Incydent na wiejskiej drodze

Krótko po powrocie z Hikikomorii krwawy Romeo zaproponował mi wyjazd w góry, z czego skorzystałem. Weekend się udał, jakoś dużo nie łaziliśmy po górach. Romeo spotkał jakieś dwie góralki i zbajerował je na tyle, że zaprosiły nas na noc do domu jednej z nich. Następnego dnia rano musieliśmy się chyłkiem wymknąć, ponieważ okazało się, że jest mężatką, o czym nas nie poinformowała. Los cepra w takich okolicznościach nie należy do wesołych, więc spieprzaliśmy aż się za nami kurzyło.

Romeo stwierdził, że wrócimy trochę wcześniej, żeby ominąć korki na Zakopiance…

Reklamy

Maruder

Wszedłszy na wzgórze ujrzał dom w oddali. Wyglądał jak samotna wyspa na białym oceanie śniegu. Mężczyzna kucnął i obserwował chwilę. Całe szczęście była zima i dało się łatwo stwierdzić, czy ktoś kręcił się w pobliżu. Tafla śniegu była nienaruszona. Z jednej strony to dobrze. Z drugiej – jeżeli pójdzie do domu, to będzie wiadomo, że tam jest. Rozejrzał się dookoła. Popatrzył za siebie. Nikogo nie było i nie zapowiadało się na to. Ruszył przez głęboki po kolana śnieg. Stawiając stopę, wsuwał najpierw palce, wchodząc w biały puch jak nóż w masło.

Dom był obsypany śniegiem z każdej strony…

Żona szefa

Krwawy Romeo siedział za biurkiem i patrzył zza klapy laptopa na swojego szefa, który był już głęboko w kodzie. Chwilę wcześniej odbył z nim krótką rozmowę i w tej chwili czuł, że już może zacząć mordować. Od kilku miesięcy Romeo starał się dostać umowę o pracę. Został zatrudniony na umowę-zlecenie, kiedy jeszcze był studentem, a teraz pomimo rzucenia studiów nie mógł się doprosić umowy. Nie zależałoby mu na tym specjalnie, nie martwił się o emeryturę, ponieważ miał świadomość, że przeżyje system emerytalny, ale chciał mieć pewność, że jak trafi do szpitala, to nie będzie musiał pokrywać kosztów leczenia z własnej kieszeni. Po wielu miesiącach udało mu namówić się swojego szefa na rozmowę. Ten wziął go do sali konferencyjnej i oddał się temu, co najbardziej lubił w kontaktach z ludźmi, czyli monologowi.

— Widzisz, chętnie dałbym ci tę umowę, ba! nawet podwyżkę, ale nie spełniliście położonych w was nadziei — zaczął z miną strasznego cierpiętnika…

Powrót syna

Piotr Kamieniecki wszedł do sali konferencyjnej. Systematyczna Sandra już tam siedziała. Jej twarz wyrażała obojętność, jak zawsze zresztą. Piotr zasiadł na jednym z 2 przygotowanych krzeseł. Jan Izydor stał pośrodku w zwykłych spodniach i podkoszulku. Na stopach miał crocsy. Co najważniejsze, był umyty. Dwa dni zajęło mu przepytanie ludzi na mieście i ogarnięcie informacji zgromadzonych przez Sandrę. Następnie zapieczętował swoją Norę Przemienienia i wezwał Piotra (Sandrę też, ale ona była na miejscu, więc dotarcie do sali konferencyjnej nie wymagało od niej wiele zachodu). Jan lubił czasem przedstawić im swój tok myślenia, co — jak twierdził — pozwalało mu go niejednokrotnie uporządkować.

— Dzięki wiadomościom emailowym, nielicznym, co prawda, ale jednak, udało mi się dotrzeć…

Kraina milczenia

Było pewne wydarzenie, o którym Maciek Muchoborski mnie nie poinformował. Wydarzenie, które miało miejsce po naszej wizycie w obozowisku Cyganów. W pierwszej chwili wstrząsnęło nim do głębi. Nie mógł się pozbierać przez 2 dni, potem zrobił nalot na cygańskie obozowisko, następnie przyszedł do mnie. Wydarzenie to zmusiło go do dalszych poszukiwań, pomimo zniechęcania przeze mnie do tematu. Może źle się do tego zabrałem.

Zaczęło się niewinnie. Na komisariat przyprowadzono chłopaczka, który zaatakował tramwaj po tym, jak ten mu zaczął odjeżdżać. Akurat przechodził tamtędy pieszy patrol policyjny, który chciał go wylegitymować i spisać. Młody człowiek był już jednak w amoku — wyzywał tramwaj, który właśnie odjechał z przystanku, od skurwysynów i nie słuchał, a kiedy policjanci „podjęli bardziej bezpośrednie kroki”, zaatakował ich. Jednego wywrócił, drugi nie czekał na dalszy przebieg wydarzeń, tylko wyjął tonfę i obezwładnił młodego gniewnego. Skuli go, przyjechał radiowóz i 19-latek wylądował na komisariacie. Tam było urwanie głowy i — nie wiem, czy zgodnie z przepisami — przesłuchał go Maciek, który akurat miał przerwę na kawę. Stwierdził, że może ją równie dobrze wypić w pokoju przesłuchań.

Wszedł i zaczął wypytywać chłopaczka o całe zajście. Standardowe pytania. Młody opowiadał, że motorniczy widział, jak biegnie, a pomimo tego ruszył. Następnie przeszedł do opisu przebiegu wydarzeń z policją i uniósł się. Wtedy stało się coś dziwnego. Jego twarz na chwilę zmieniła się, nabrała ostrych rysów i lekko zielonego koloru. Chłopak wyglądał jak jakiś czort ze staropolskiego podania. Maciek spytał go, co to było, co się właśnie stało. Młody był zaskoczony, bo pierwszy raz mu się to zdarzało. Jego mały defekt był do tej pory niezauważany przez zwykłych ludzi. Ale wszyscy „niezwykli” ludzie się znają, wiedzą o sobie, spotykają się w małych grupach. Policjant, z którym rozmawiał, nie był mu znany z opowieści ani widzenia. Wcięło go i nie wiedział, co zrobić. Maciek przycisnął go i dowiedział się, że ojciec delikwenta jest goblinem. Jego natura na ogół nie ujawnia się u syna, chyba że się wściekał (tak miał), ale nawet wtedy trzeba było mieć poszerzoną zdolność patrzenia. A tę mieli prawie wyłącznie ci, którzy się znali.

Gdyby ojciec młodzieńca był jedynie goblinem, to pewnie sprawa potoczyłaby się inaczej. Ale jego ojciec trudnił się przeprowadzaniem ludzi do innych wymiarów. Nie każdy to potrafi, tak samo jak nie każdy potrafi przenieść kogoś. Mnie się to udało, kiedy byliśmy zobaczyć się z wyrocznią, ale po prawdzie — sporo ryzykowałem. Ojciec rzeczonego młodzieńca trudnił się tym zawodowo, potrafił bez szwanku dla czyjegokolwiek zdrowia (może poza psychicznym) przetransportować większą grupę osób do innego wymiaru. Jego usługa była dość kosztowna, ale bynajmniej nikt nie przepłacał.

Książka, którą znaleźliśmy, nie tylko nie zniechęciła Maćka, ale z jakiegoś powodu dodatkowo nakręciła. Miał spisane dane ojca naszego półgoblina, Jorna, a sprawa jego syna była zawieszona w proceduralnej próżni. Maciek zorganizował to w ten sposób, żeby mieć argument na przyszłość. Przyszłość nadeszła wraz z małą książeczką napisaną przez niejakiego Charona. Maciek groził Jornowi, że nigdy więcej nie zobaczy swojego syna i że policja ma specjalny wydział do zajmowania się sprawami nadprzyrodzonymi, wyciągnął broń, krzyczał — jednym słowem odstawił niezłą szopkę. Jorn, jak wszyscy działający w jakiejkolwiek szarej strefie, przestraszył się. Wiedział, że nie ma gdzie złożyć zażalenia. Kiedy Maciek powiedział, że interesuje go Hikikomoria, Jorn o mało nie padł na miejscu. Transportował tam już jedną osobę, ale bardzo rzadko tak często ludzie chcieli się tam wybierać. Z drugiej strony, Jorn potraktował to jako szansę pozbycia się problemu. Z Hikikomorii nikt nie wracał, więc Jorn tym chętniej się zgodził, choć „oficjalnie” kręcił nosem, że to czy tamto. Poinformował go ogólnie o sztywnych zasadach panujących w tamtym świecie i pomógł Maćkowi Muchoborskiemu dokonać przejścia.

— Dlaczego do mnie z tym przyszedłeś? — spytałem go, kiedy mi opowiedział o wszystkim.

— Ponieważ ten podlec kazał mi przysiąc, że nikomu nie powiem, a w szczególności tobie — wyjaśnił Jorn. — Wtedy skojarzyłem, co mi znajomy Cygan opowiadał, że musieli przez tego drania zwijać obóz i że postawiło cię to w niekorzystnej sytuacji. Pomyślałem więc, że wszyscy na tym zyskamy. Chciałem tylko ci powiedzieć, żebyś go nie szukał niepotrzebnie.

— Po co on tam poszedł? — bardziej pomyślałem na głos niż spytałem.

— Normalnie zagaduję do ludzi, ale tego bubka chciałem się po prostu pozbyć. Nie wiem — odpowiedział Jorn. — Ale… — zaczął i zacząłem mu się przyglądać — ale było w nim coś dziwnego. Jakby o niczym innym nie marzył, tylko uciec tam do tej porąbanej krainy.

Pomyślałem, że muszę go stamtąd wyciągnąć. Było to sprzeczne z wyznawanymi zasadami, jak i raczej sprowadzało same problemy na mnie, na Jorna, jego syna i Cyganów, ale Hikikomoria nie była w mojej opinii miejscem, w którym ktokolwiek powinien kończyć. Jest to tak okrutna kraina, że brak właściwie szans na przeżycie.

Czas na kilka faktów, które wydobyłem z książeczki autorstwa Charona. (Musiałem się przygotować do wyprawy.) Zgodnie z piórem tego podróżnika do różnych światów, cała kraina pokryta jest piaskiem, jedna wielka niekończąca się piaskownica, po horyzont i jeszcze dalej. Brak jest terenów górzystych, co pozwoliłoby naszkicować jakąkolwiek mapę; tak się nie da — nie ma punktów odniesienia. Od czasu do czasu napotyka się różne obiekty niewiadomego pochodzenia, np. drewniana chata, a od czasu do czasu również na pojedyncze osoby/istoty, ale wśród nich panuje spora nieufność. W całej krainie nie wolno wymawiać ani słowa. Kto je wypowie, zostanie surowo ukarany. Jak — do tego dojdę.

Korciło mnie, żeby spytać Jorna o jakieś szczegóły lądowania, ale musiałem to przeprowadzić w tajemnicy, a Jorn już pokazał jaki ma do tajemnic stosunek. Wylądowałem w piasku. Był trochę grząski, ale nogi nie zapadały się bardzo. Tylko po kostki. Chodzenie po takim podłożu dość szybko zrobiło się męczące, ale nie było wyjścia. Piasek w trampkach, parę razy się wywróciłem, więc piasek i w ubraniu oraz we włosach, bo przecież nie mogłem się po prostu wywrócić — poleciałem na pysk, zaryłem jak pieprzony czerw pustyni. Poza tym jednak nuda. Nic się nie dzieje. Nikogo nie spotkałem. W przeciwieństwie do większości bywalców tego wymiaru mogłem jednak się ewakuować w jednej chwili. Tyle że zależało mi na wyciągnięciu stąd Maćka.

Nie wiem ile szedłem. Zaczęło chcieć mi się pić. Wziąłem ze sobą dwulitrową butelkę z wodą mineralną (niegazowaną), ale do tej pory ją oszczędzałem. Usiadłem na piasku i napiłem się trochę. Potem ruszyłem dalej. Niebo nade mną było niebieskie i bez jednej chmurki, słońce wisiało gdzieś nade mną, ale nie dawało mocnego światła, jakby między czystym niebem a źródłem światła była dodatkowa warstwa. Nie było też jakoś gorąco. I nie wiał wiatr. Jedno wielkie nic. Koszmar.

Nagle poczułem, że wszedłem na coś twardego, ledwie przysypanego piaskiem. Odsypałem trochę i odkryłem, że to… szyba. W tym momencie materiał nie wytrzymał i z hukiem runąłem w dół. Nie było na szczęście wysoko i miałem na sobie bluzę z kapturem, więc zdążyłem zasłonić się zanim coś mnie pocięło poważniej. Jeden odłamek wszakże przeciął mi policzek. Nie było jednak czasu o tym myśleć, ponieważ trafiłem do ciekawego miejsca. Wszędzie leżały manekiny ludzi, a pośrodku ich stał osobnik w metalowym hełmie, który przypominał czapkę członka Ku-Klux-Klanu. W ręce dzierżył wielki katowski miecz. Przewiązany był w pasie skórzanym jasnym fartuchem. Umięśniony tors był nieokryty. Stał niczym posąg. Wielki Egzekutor. (To i inne określenia są autorstwa Charona.) On zajmował się tymi, którzy mieli czelność lub odwagę naruszenia obowiązujej w tej krainie ciszy. Teraz stał bez ruchu. Nikt nie przemówił. Jeżli wierzyć Charonowi, miejsce, w którym byłem, to Świątynia Przemienienia. Ludzie byli tu zaciągani i w nieopisanym procesie zamieniani w manekiny. Większość stała, choć niektóre leżały. Jeden roztrzaskałem spadając z góry. Wstałem i ostrożnie podszedłem do Wielkiego Egzekutora. Stał nieruchomo, ale przez to był nieznośny jak straszne sceny z Davida Lyncha — niby nic się w nich nie dzieje, ale człowiek nakręca się, że w takim razie stanie się coś jeszcze gorszego, a ponieważ i to się nie dzieje, to zaczyna nastawiać się na jeszcze gorsze, co również nie dochodzi do skutku. I tak aż do takiego wzrostu napięcia, że człowiek dostaje głupawki. Dotknąłem Egzekutora. Był twardy jak skała i zimny. Zacząłem oglądać pojedyncze manekiny, aż nagle zamarłem, bowiem dało się słyszeć czyjś głos. Ciche kwilenie, jakby stłumione. Rozejrzałem się nerwowo. Wszędzie były tylko manekiny. Zacząłem przemieszczać się po pomieszczeniu — oczywiście na palcach — żeby zlokalizować źródło. W końcu odkryłem, że jeden z manekinów wydaje dźwięki. Był w kształcie młodej kobiety. Być może zakaz nie dotyczył wydawania żadnych dźwięków, a tylko mówienia, gdyż Wielki Egzekutor nie drgnął. Klęknąłem przed manekinem i zacząłem się przyglądać. Wpadało tu dość sporo światła, ale ona leżała w cieniu innych.

Manekin miał ludzkie oczy, co było najbardziej przerażające, ponieważ reszta była sztuczna, choć w paru miejscach elastyczna. Podniosła się na rękach i pokazała mi swoje dłonie — palce były już zrośnięte. Straciła nad sobą panowanie i znowu zaczęła drzeć się przez swoje zrośnięte usta. Uderzała przy tym twardymi dłońmi o betonową podłogę. Wstałem i spojrzałem na nią z większej perspektywy. Ujrzałem, że jej nogi są całkiem sztywne i nie zginają się w kolanach. Nie mogła wstać. Zacząłem się wycofywać, podczas gdy ona wciąż wydawała rozpaczliwe odgłosy. Spojrzałem po innych manekinach — każdy zastygły był w jakiejś nienaturalnej pozie, wymuszonej sztywnieniem kolejnych członków. Było mi ciężko, ale musiałem ją zostawić. Nie mogłem jej pomóc, nawet gdybym ją zabrał do innego świata. Może do jakiegoś czarodzieja, ale nie miałem takich kontaktów. Właśnie doświadczałem tej krainy, co było przyciężkawym doświadczeniem. Popatrzyłem w górę i zacząłem zastanawiać się, jak się stąd, do cholery, wydostać. Nie było nigdzie żadnej liny. Miałem się zacząć za czymś rozglądać, ale wycie kobiety-manekinu się nasiliło, co mnie zaczęło denerwować. W dużym stopniu dlatego, że czułem się winny.

Postanowiłem spróbować teleportacji. Na ogół stosowałem ją rzadko, ponieważ jest dość męcząca, ale przypomniałem sobie z książki Charona informację, że w Hikikomorii panuje tak zwana martwa strefa. To niezbyt wymyślne określenie kryło w sobie ciekawe i niezbadane dokładniej zjawisko, w którym ustają pewne zjawiska. Ludzie się nie starzeją, nie umierają i nie istnieje komunikacja radiowa. Nie wszelkie fale zanikają, bo światło i dźwięk jest, a to też fale. Ale komórki czy radio odpada. Choć w Hikikomorii również z racji na brak potrzebnej infrastruktury. To, co mnie interesowało, to brak męczenia się. Po wrażeniu pierwszego zmęczenia, które nie przechodzi, ale do którego człowiek się przyzwyczaja, odkrywa się, że właściwie sprawność jest ta sama. Problem tkwi w psychice i przyzwyczajeniach spoza martwej strefy. Podskoczyłem i przeniosłem się poza dziurę.

Wpadłem w piach. Wtedy wymyśliłem sposób na szybkie zlustrowanie okolicy. Teleportowałem się jeszcze raz, tylko wysoko w powietrze. Piach był na tyle miękki, że powinien mnie zamortyzować. Chciałem ujrzeć panoramę. Wypadłem chyba z kilometr nad ziemią, ale opłaciło się, bo w oddali ujrzałem małą drewnianą chatkę. Nie czekając na być może bolesny upadek (martwa strefa nie niwelowała bólu, nawet jeśli wiedziałem, że przeżyję upadek), teleportowałem się w okolicach chatki i trochę niżej.

Chatka przypominała te amerykańskie, zabudowa pod pustynny teren. Jedno okno było zabite dechami, ale w pozostałych były szyby. Wszedłem na ganek, który zazgrzypiał, jak tylko postawiłem nogę. Wtedy zauważyłem, że jakiś harmider w środku ucichł. Przypominało to harcowanie psa. Odruchowo zacząłem cofać się od drzwi. Zszedłem z ganku i wtedy drzwi otworzyły się z hukiem. W progu ujrzałem dziwnego człowieczka. Gdyby wstał, nie sięgałby mi wyżej jak do pasa, ale on był na czworakach. Ubrany był w jakieś łachmany bliżej nieokreślonego koloru (ale coś z palety bordo-brąz). Zachowywał się jak zwierzę, przyglądając mi się przekrzywiał głowę jak pies. Zacząłem mu się przyglądać. Miał szczerbate zęby, pomiędzy szczeliny których zmieściłoby się po całym zębie. Ale najdziwniejsze były oczy. Przypominały wystające z drzewa sęki. Mały przestał się przyglądać i rzucił się do biegu. Miał krótkie kończyny — to znaczy: ręce i nogi, więc więcej się namachał niż przebiegł, ale i tak wolałem nie ryzykować. Kiedy był tuż przede mną po raz kolejny się teleportowałem. Tym razem na dach domku. Łatwość teleportacji zaczynała mi się podobać. Zaczynałem czaić, co może się podobać w tej krainie. Warunki były przerąbane, ale człowiek miał znacznie większe możliwości.

Kurdupel rozglądał się chwilę dookoła, ale w końcu skapitulował i popędził daleko od chatki, aż się za nim kurzyło. Kiedy był daleko, zeskoczyłem z dachu i wszedłem do chatki. W środku były 2 pomieszczenia. W tym, do którego się wchodziło, stała stara kuchenka węglowa, z odpadającą emalią i ogólnie zaniedbana, choć sprawiała wrażenie, jakby zaniedbano ją dawno temu, obecnie jednak proces niszczenia nie postępował. Na blacie stał kubek i otwarta puszka kawy zbożowej. Skąd się tu wzięła kawa? Skąd woda do jej zalania? Nie znalazłszy odpowiedzi na te pytania, przeszedłem do drugiego pomieszczenia, w którym stała wielka szafa i nic poza nią. Podszedłem do okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz, czy dziwne stworzenie nie wraca, kiedy usłyszałem zgrzypnięcie zawiasów. Szafa! Odwróciłem się szybko. Z mebla wyszedł człowiek. Był nieogolony i miał długie skołtunione włosy, które opadały mu grubymi strąkami na ramiona. Trochę przypominały dredy. Na sobie miał cienki płaszcz, pod spodem miał żółty cardigan i jakieś popielate spodnie. Na stopach miał białe tenisówki. Patrzył na mnie nieufnym spojrzeniem, ale nie podejmował żadnych działań. Delikatnie sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem zdjęcie Maćka, które ściągnąłem ze strony Policji i wydrukowałem na laserowej drukarce, żeby uzyskać jak najlepszą jakość. Pokazałem zdjęcie mężczyźnie. Podszedł i przyglądał się chwilę Maćkowi, a potem spojrzał na mnie zaciekawiony. Dał znak, żeby iść za nim.

Nie miałem kompasu i nie wiem, czy by zresztą działał, więc powiem, że poszliśmy w kierunku za chatką. Mój przewodnik miał twarz ogorzałą od wiatru i ogólnie sprawiał wrażenie kogoś, kto przez dłuższy czas żyje w ciężkich warunkach, ale się do nich dostosował. Szedł wartkim krokiem. Złapałem go za ramię, żeby coś pokazać, ale odwinął mi momentalnie. Zasłoniłem się, upadłszy, ale poprzestał na tym. Pozbierałem się z piaski i teleportowałem kawałek dalej, po czym wróciłem do niego. To było niesamowite dla mnie, że nie kosztowało mnie to wielkiego wysiłku. Po powrocie do strąkowłosego pokazałem dookoła pytająco. Wskazał dalej w tym samym kierunku. Złapałem go szybko i teleportowałem nas spory kawałek. Na miejscu odskoczył, ale chyba zrozumiał, co zrobiłem, bo pokazał raz jeszcze. W ten sposób, metodą skoków o takiej długości przebyliśmy dość spory odcinek, aż dotarliśmy do drewnianej platformy na palach, na szczycie której siedział Maciej. Złożyłem ręce po japońsku i skłoniłem się mężczyźnie, a następnie teleportowałem na górę. Pomyślałem, że będzie mi tego brakować. A potem przyszło mi do głowy, że mógłbym zostać. Ale nie miałem czasu myśleć nad tym więcej, ponieważ Maciek wstał i patrzył na mnie wrogo.

Ruszyłem w jego kierunku, ale wtedy wyciągnął pistolet zza paska i wycelował mi w głowę. W pierwszej chwili ogarnęło mnie rozbawienie, ponieważ nie potrafiłem ocenić, czy strzał w głowę też nie pozbawiał życia w martwej strefie, ale zaraz potem zastanowiła mnie ta broń. Po co mu ona była? Czytał książkę Charona i wiedział, że mu się raczej nie przyda. Zagrożenia tutaj nie dawały się usuwać bronią. Zresztą z jednym magazynkiem wkrótce miałby wymyślny młotek. A jednak wziął ją. Ciarki przeszły mnie po plecach. Dla mnie? Przewidział, że mogę się pojawić.

Przyjrzałem mu się jeszcze raz. Był ubrany na czarno, płaszcz leżał obok, przygnieciony kamieniem. Sam Maciej nosił oznaki lekkiego zmęczenia, miał rozwiane włosy, ale poza tym wyglądał dobrze. Mój wzrok znowu spoczął na lufie wycelowanego we mnie pistoletu. Westchnąłem ciężko. Hikikomoria była okrutną krainą, ale też wiedziałem już, że szanse przeżycia są spore. Zrobiłem krok do tyłu. Maciek opuścił broń. Z jednej strony moja wyprawa tutaj była pozbawiona sensu, jeśli chodzi o ściągnięcie Maćka, ale z drugiej — w końcu to pojąłem. To było jego życie i jego decyzja. Zrobiłem drugi krok do tyłu. Skłoniłem się i zeskoczyłem z platformy.

Strąkowłosy podszedł do mnie i wyjął z kieszeni małą kulę ziemską, a następnie spojrzał na mnie pytająco. Zrozumiałem, że chce wrócić ze mną. Skinąłem głową potwierdzająco. Złapałem go za rękę i teleportowałem nas.

Pieśń uciekiniera. Zemsta

Droga z pustymi poboczami ciągnęła się dokąd wzrok sięgał, ale nie zniechęcało to Gracza. Przez jakiś czas powinien unikać główniejszych dróg. W zeszłym tygodniu postanowił zakończyć swoje odosobnienie w szpitalu psychiatrycznym. Wolny umysł jest wolny w każdej sytuacji. Oszukanie strażników i prymitywnych zabezpieczeń nie sprawiło mu trudności. Wybrał drugi dzień urlopu dr. Wakulskiego. Była to drobna złośliwość ze strony Gracza, do czego się sam przed sobą przyznawał. Wakulski musiał być wściekły, kiedy ściągnęli go w trybie pilnym z Egiptu. Podobno 7 lat zajęło mu takie ustawienie spraw, żeby się móc wyrwać. Gracz wątpił czy czegoś go to nauczy, ale szansa zawsze była. Wymknął się pod osłoną nocy i przez cały czas szedł przed siebie. Od momentu, w którym postanowił przywrócić sobie pełną wolność, spożywał pełne posiłki, czym zdaje się trochę zaskoczył personel, ale nie wiedział kiedy i gdzie będzie miał szansę posilić się czymś poza murami szpitala, więc chciał mieć jak największy zapas energii. Szedł przez całą noc. Drogi wybierał trochę przypadkowo, choć zgodnie z regułą „zawsze mniej ważna”. Starał się trzymać kierunku na wschód. Szpital był ulokowany na wschodzie miasta. Nad ranem był już daleko od szpitala i od miasta. Koło dziesiątej zszedł z pobocza i wszedł w las, gdzie znalazł borówki. Najadł się ich aż nie mógł na nie patrzeć. Potem położył się spać na rozgrzanym przez słońce mchu. Przespał południe i maksymalne słońce. Wybrał okres upałów nie bez przyczyny — w dni takie, jak ten, nie chce się tak jeść. Ponadto nie musiał się ciepło ubierać. Miał na sobie dżinsy, koszulę i nowe trampki, które oszczędzał przez cały pobyt w szpitalu. Nie miał dalszego planu. Zamierzał dać ponieść się losowi. W ostateczności, gdyby mu się nie udało zorganizować niczego, mógł oddać się w ręce władz i wrócić do szpitala. Chciał tego uniknąć, ponieważ obawiał się surowego traktowania. Zaczęliby go faszerować otępiającymi prochami. Wakulski był kawałem zawistnego drania. Mściłby się.

Po przebudzeniu się ruszył dalej. Słońce już od jakichś 5–6 godzin było poza zenitem, ale temperatura nadal była grubo powyżej 30 stopni. Przez chwilę szedł poza drogą, która była strasznie nagrzana, ale w pewnym momencie teren stał się grząski i Gracz zaczął się zapadać. Wrócił na pobocze. Po dwóch godzinach dotarł do rozstaju dróg. Gdyby miał monetę, to by nią rzucił. Musiał sobie jednak radzić w inny sposób. Obydwie drogi były podobnie ważne, jedna prowadziła w kierunku lasu, druga — wzdłuż ciągnących się po horyzont (na niewielkim wzniesieniu) pól złocącego się zboża. Przed sobą miał drogowskaz wskazujący w stronę zbóż. Wedle znaku wybierając drogę w stronę pól zbożowych trafić miał do miejscowości Hęchodoły. Stwierdził, że przydałby mu się jakiś kontakt z cywilizacją.

Siedzenie w celi i zbieranie informacji o świecie nie mogło trwać wiecznie. Nie myślał o tym wcześniej. Po prostu czytał i analizował starą wiedzę swoim nowym spojrzeniem. W końcu osiągnął punkt, w którym teorię wypadało przekuć w praktykę. W istocie podział na teorię i praktykę był bezsensowny. Teoria i praktyka są niczym dwie strony tej samej kartki. Nie da się ich rozdzielić. Jego wyzwolony umysł jednak nie pozwalał mu na coś, co mógł określić powrotem do społeczeństwa. Powrót oznaczałby odrzucenie doświadczenia, które spotkało go na tropikalnej wyspie. Doświadczenia, które kontynuował już na własną rękę podczas pobytu w szpitalu. Nie pasował już do świata, w którym się narodził i wychował. Zaczął postrzegać swoje relacje ze światem zewnętrznym jako swoistą grę, którą z miejsca podjął. Udawał przed nim wariata. Jako wariat mógł więcej. Jego wizje nie budziły niczyjego niepokoju. Szpital go niezniewalał, lecz zaczął w nim odczuwać duszność. Dlatego ubrał się w najlepsze ubranie, jakie znalazł i dał drapaka.

W pewnym momencie asfalt skończył się. Gracz zatrzymał się, gdyż ujrzał przed sobą kałużę. Była już w większości wyschnięta i błotnista, ale był to pierwszy zbiornik z wodą, na jaki trafił. Podszedł i kucnął przed kałużą. Zastanawiał się czy jest potrzeba picia z niego, kiedy spomiędzy złocących się łanów wyszedł pies. Kundel o futrze niewiadomego koloru. Obszedł go tak, że stanął od strony drogi i zaczął chłeptać. Gracz jął zastanawiać się czy to aby nie jakiś znak. Że powinien się napić. Nagle usłyszał silnik samochodu, ale było za późno na jakąkolwiek reakcję. Samochód potrącił psa z dużą prędkością. Zwierzę zaskomlało i potoczyło się kawałek dalej. Samochód gwałtownie zahamował. Gracz miał teraz okazję przyjrzeć mu się. Był to polonez starego typu, chociaż był odnowiony. Odmalowany na czarny matowy kolor. Tylne szyby były przyciemniane. Drzwi samochodu otworzyły się i z pojazdu wysiadł łysy mężczyzna. Oczy krył za podłużnymi czarnymi okularami. Miał na sobie czarną kurtkę z pagonami, pod którą miał żółty podkoszulek wpuszczony w czarne acz prążkowane spodnie zaprasowane w kantkę. Na stopach miał eleganckie półbuty, które pasowały do tej drogi jak pięść do nosa. Gracz wyczuł wokół niego jakąś aurę zła. Mężczyzna emanował nią z daleka. Ruszył dziarskim krokiem w stronę Gracza. Lewą rękę trzymał za plecami. Być może miał tam jakąś broń.

— To twój pies? — spytał beznamiętnym tonem.

— Ten pies nie należał do nikogo, jak mniemam — odrzekł Gracz.

W tym momencie ich spojrzenia spotkałyby się. Niestety ciemne okulary pozwalały tylko mężczyźnie dojrzenie w oczach Gracza coś, co go musiało przerazić. Zesztywniał i spojrzał w stronę samochodu, lecz musiał zmiarkować, że odszedł zbyt daleko, by zawrócić bez wzbudzania podejrzeń. Musiał wziąć Gracza za jakiegoś bezdomnego włóczęgę i teraz zapewne żałował swojej pochopnej oceny sytuacji. Wtedy okazało się, że za plecami trzyma małą butelkę z wodą mineralną. Rzucił ją w stronę Gracza i zaczął się wycofywać w stronę samochodu. Gracz cały czas kucał i obserwował mężczyznę. Po dojściu do samochodu wskoczył do niego i odjechał z piskiem opon. Wtedy Gracz wstał. Popatrzył na psa a potem na butelkę wody. Podniósł zwierzę, podniósł wodę i zaczął iść przed siebie. Pies nie żył. Śmierć była szybka.

Gdy doszedł do końca pól, zszedł z drogi do małego zagajnika. Wykopał ręcznie grób i złożył tam psa. Zakopał grób i chwilę podumał nad nim. Potem wrócił w dalszą podróż. Nie tknął wody od łysego mężczyzny, chociaż cały czas miał przy sobie butelkę. Było koło 19, kiedy dotarł do Hęchodołów. Była to niewielka wieś. Pełno takich w Polsce. Składała się z kawałka drogi i kilkunastu domów. Tutaj był również kościół. Wpisywał się w liczną grupę architektonicznych potworków, jakie rodziły się w umysłach kolejnych księży przekonanych o swoim kunszcie. Zawsze znalazł się jakiś łasy na pieniądze architekt, który za pieniądze gotów był rozrysować każdy pomysł. Tak powstał betonowo-drewniany budynek, którego próżno było szukać w przewodnikach turystycznych. Naprzeciwko kościoła stał jeszcze tylko kanciasty sklep ogólnospożywczy. Za sklepem siedziało na ławce kilku piwoszy. Zanim jednak Gracz ruszył w kierunku „centrum” zauważył studnię. Podszedł do niej, spuścił wiadro w dół i wyciągnął po chwili pełne lodowatej wody. Pił łapczywie a woda lała się po jego ustach i koszuli. Przerwał usłyszawszy skrzypnięcie drzwi. Obrócił się i ujrzał zgarbioną babuleńkę. W domu nie paliło się żadne światło. Wyszła i ruszyła w jego stronę. Utykała. Złapała Gracza za łokieć i powiedziała: — Panie, nabralibyście mi wody. — Gracz skinął głową i spełnił jej prośbę. Postawił wiadro obok studni. Kobieta uśmiechnęła się. Znowu złapała go za łokieć i powiodła w kierunku drogi. Wskazała na kościół i zawołała: — Czort! Chce zrobić naszemu księdzu proboszczowi krzywdy! — Gracz ujrzał wtedy czarnego poloneza zaparkowanego przed kościołem. Czy nie było go wcześniej, tego Gracz nie wiedział. Na pewno nie zwrócił na niego uwagi.

Wyswobodził się z uścisku kobiety. Wrócił po butelkę wody i ruszył z nią w kierunku kościoła. Przeszedł przez bramę w niskim sięgającym do pasa murku. Pchnął ciężkie wrota i dostał się do środka. Wystrój wnętrza był nijaki. Lepszy od fasady kościoła, ale nie zachwycał w żaden sposób. Na środku przed ołtarzem leżał starszy mężczyzna w stroju ministranta. Gracz podszedł do niego i kucnął. Mężczyzna nie ruszał się, ale oczy miał otwarte. Najprawdopodobniej miał skręcony kark. Gracz wstał i wyszedł bocznym wyjściem. Schylił się i zakradł do domu za kościołem. Drzwi były uchylone, Gracz jednak postanowił nie korzystać z nich. Obszedł dom dookoła i wspiął się na okno, które okazało się prowadzić do łazienki. Wylądował w wannie. Na szczęście nie było w niej wody. Odsunął delikatnie plastikową zasłonkę z wzorami muszl małż i zeskoczył na wykafelkowaną podłogę. Uchylił drzwi i znalazł się w skąpanym w ciemności korytarzu. A może przedpokoju? Zauważył w szczelinie pod jednymi drzwiami słabe światło. Nacisnął delikatnie i cicho klamkę i wszedł do środka. Była to sypialnia. Szafa, nakastlik obok wielkiego łoża, na którym… leżał jakiś chłopiec. Gracz podszedł do łóżka i stwierdził, że chłopiec na oko 9–10 lat miał ręce związane w nagarstkach i przywiązane do łóżka. To samo w kostkach. Ponadto był zakneblowany. Gracz zdjął mu materiałow knebel.

— Jest pan diabłem? — spytał chłopiec przerażony.

— Nie jestem diabłem. Co tu robisz?

— Ksiądz powiedział, żebym przyszedł na błogosławieństwo, ale… — zaczął, lecz urwał. Zaczął płakać.

— Uwolnię cię.

Gracz odwiązał chłopaka. Kazał mu na razie jednak nie wychodzić z pokoju. Wyszedł z powrotem na korytarz. Następnym pomieszczeniem była kuchnia. Znalazł tam nieprzytomną kobietę. Gosposia, zawyrokował cucąc ją. Nie obudziła się, ale nie wyglądała na poobijaną. Oddychała normalnie. Wziął duży nóż kuchenny z blatu i opuścił kuchnię. Podszedł do pokoju na końcu korytarza. Musiał uważać na podłogę, która skrzypiała podczas poruszania się środkiem. Gracz trzymał się ścian. Zza drzwi usłyszał rozmowę. Skoncentrował się nich.

— I niby co takiego się stało? — spytał pierwszy głos. Nie należał do mężczyzny z poloneza. Głos był roztrzęsiony i zdenerwowany. Zdradzał strach mówiącego. — Stała ci się jakaś krzywda przez to? Nie. Jestem pewien, że odczuwałeś satysfakcję, pomimo iż wiedziałeś, że to grzech.

Drugi osobnik uderzył pięścią w stół. Ksiądz umilkł. — Nie chodzi o mnie, głupcze. — Był to głos łysego mężczyzny. — Jeśli o mnie chodzi, to nie wracałbym do sprawy, ale mój młodszy brat… on nigdy się nie pozbierał. Zawsze był z niego mięczak. Kontakt nam się urwał, bo wciąż chciał gadać o tym, co tu się wydarzyło. Ja nie chciałem. Popadłem w konflikt z prawem. Zamknęli mnie. W więzieniu poznałem pewnych ludzi. Wprowadzili mnie do biznesu. Odkułem się i zapomniałem o przeszłości. Sam robiłem potem o wiele gorsze rzeczy niż ty, ojczulku. Ale mój brat. Nie wytrzymał demonów w swojej głowie. Demonów przeszłości. Odebrał sobie życie. Zostawił mi list, w którym opisał to wszystko. Być może go zaniedbywałem, nie przeczę. Teraz przyszedł jednak czas wyrównania rachunków.

— A-ale… — zaczął ksiądz.

— Śmierć za śmierć.

Ksiądz zerwał się z miejsca i wybiegł z pomieszczenia. Gracz cofnął się za wieszak stojący w kącie i schował za wiszącą tam sutanną. Ksiądz pobiegł wzdłuż korytarza i wybiegł na zewnątrz. Łysy mężczyzna pobiegł za nim. Gracz wyszedł z kryjówki i niespiesznie udał się do sypialni. Wziął chłopca. W przedpokoju napadła na niego gosposia.

— Co pan wyprawiasz?! — zawołała. — To dom księdza proboszcza! Zaraz zadzwonię na milicję!

Być może nie przyglądała się wcześniej Graczowi, ale zareagowała tak samo jak łysy mężczyzna na drodze. Nagle uspokoiła się. Być może widok mężczyzny z siwymi włosami sięgającymi prawie do pasa tak działał na ludzi. Może było to spojrzenie Gracza. Swoista wolność od wszystkiego, która tak przerażała zniewolone umysły.

Gracz pokazał na chłopca. — W tym domu żaden bóg nie mieszka — rzekł. Wyszli na zewnątrz. — Leć do domu i opowiedz rodzicom o wszystkim — powiedział do malca. Chłopiec pobiegł co sił w nogach. Gracz ruszył do kościoła, gdzie paliło się światło. Węch podpowiadał mu, że tam udali się obydwaj mężczyźni. Zło i strach. Rzeczy nie do pomylenia. Kątem oka widział, że kobieta idzie za nim. Pełna lęku, niepewnie, ale idzie. Gracz wszedł do kościoła bocznymi drzwiami, tam przez zaplecze dostał się do bocznej nawy. Kościół pomimo pseudonowoczesnego podejścia do tematu czerpał również z klasyki budownictwa. Zza kolumn Gracz zlustrował sytuację. Ksiądz już nie żył. Leżał w kałuży własnej krwi z przestrzeloną głową. Łysy mężczyzna tymczasem odkręcał tłumik od pistoletu. Gracz przebiegł schylony na palcach najpierw wzdłuż ławek w kierunku wyjścia a potem z jednej strony kościoła na drugą zostawiając na środku butelkę. — Buu! — zawołał. Kościół pomimo koszmarnego i nieprzemyślanego wyglądu cechował się wspaniałą akustyką. Jego zawołanie poniosło się po wnętrzu, ale łysy mężczyzna nie był w stanie określić skąd dobywa się głos.

— To ty, prawda? — spytał łysy mężczyzna. Znowu zaczął przykręcać tłumik. — Pieprzony łachmaniarz. To nie był nawet twój pies.

— Zaprzyjaźniliśmy się. Chciałeś kupić mnie za butelkę wody. Oto ona. — Gracz mówił cały czas teatralnym szeptem. Bardziej donośny głos dałby się łatwiej zlokalizować.

Łysy mężczyzna niepewnie ruszył w kierunku butelki wodą. Stukot obcasów jego butów rozchodził się po całym kościele. Gracz złapał mocniej nóż i szybko przebiegł tak, że znalazł się za mężczyzną. Podbiegł do niego na palcach a nastęnie objął jedną ręką i przyłożył ostrze noża do szyi. Cięcie było szybkie acz głębokie. Kierowca poloneza wypuścił pistolet i złapał się za ranę, krew jednak sikała tak obficie, że nic to nie dało. Próbował zrzucić z siebie kurtkę. Chwilę się szamotał z nią. Potem upadł ciężko dysząc. Wtórował mu bulgot własnej krwi. Ciśnienie dość szybko spadło i dźwięk ustał. Mężczyzna nie żył. Gosposia zawyła rozpaczliwie klękając przy zwłokach ksiądza. Spojrzała zapłakana na Gracza, ale mina tego wyrażała bezwzględność, która ponownie skłoniła kobietę do zaniemówienia. Gracz przeszukał łysego mężczyznę i zabrał mu kluczyki od samochodu oraz portfel z dokumentami i sporą ilością gotówki. Stanął nad kobietą, która patrzyła na niego z dołu jak na jakiegoś pogańskiego boga, i powiedział stanowczym głosem:

— Nie było mnie tutaj.

Po tych słowach opuścił kościół. Postanowił wykorzystać samochód, by znaleźć się jak najdalej stąd i szpitala. Być może rozważy ucieczkę za wschodnią granicę na jakiś czas.

Wyrocznia

Utrata

Maciej Muchoborski nie był bardzo rad, gdy dowiedział się o ucieczce Alojzego Glaubensteina do innego wymiaru, ale w pierwszej chwili odpuścił, co mnie ucieszyło, bo nie wyobrażałem sobie ścigania osobnika na tyle potężnego, by wynieść się do Hikikomorii. Lub głupiego. Według jednak niektórych głupota znacznie niebezpieczniejsza jest od zła. Głupiec nie potrafi przestać. Tak minęło kilka tygodni, Maciek miał jakieś klasyczne śledztwo bez udziału sił nadprzyrodzonych, a ja zajmowałem się swoimi sprawami. Było nieźle. Niestety wtedy pojawił się Maciek i zaczęło się od nowa. Z jakiegoś powodu ta sprawa nie dawała mu spokoju.

— Więc nie odpuścisz? — spytałem, widząc jego zawziętą minę.

— Nie — odparł Maciek. — On nie może się tak wywinąć. Normalnie wystawilibyśmy list gończy…

— Zrobiliście to — wtrąciłem.

— Tak, bo przecież nie wiemy, że jest w innym wymiarze, więc byłoby to dziwne, gdybyśmy tego nie zrobili, ale osobą, która może nam pomóc, jesteś ty. Ty nas możesz wziąć do tamtego wymiaru — powiedział z determinacją w oczach Maciej.

Zamarłem i zacząłem na niego patrzeć w osłupieniu. — Nie wiesz, co mówisz — wykrztusiłem z siebie.

— Dobrze, to opowiedz mi dlaczego? Wiesz, gdzie jest?

— Ogólnie tak. To jest inny wymiar. Dostać się tam nie jest tak prosto, trzeba wykonać pewien rytuał.

— Jak na przykład zabicie dziewczyny?

— Możliwe. — Spojrzał na mnie, jakbym coś ukrywał, co nie było dziwne, bo już dwa razy kazałem mu wychodzić z pomieszczenia, w którym działo się coś ważnego dla tego śledztwa. — Nie wiem, naprawdę. Nie interesowałem się tym światem, mam właściwie informacje z drugiej ręki tylko i wszystkie niepokojące.

Maciek wziął krzesło i usiadł na nim tyłu do przodu. — Opowiedz o tym — powiedział. — Odkąd dałeś zatrudnić się jako nasz konsultant, polska policja płaci ci za takie informacje. Ten wymiar, świat czy jak go sklasyfikujemy ma swoją nazwę?

— Tak i nie — odparłem. — Ten świat to jedna wielka pustka, nie wiadomo, kiedy i jak powstał, choć raczej jest sztucznym tworem. Cechą najbardziej charakterystyczną jest zakaz używania tam słów i języka w ogóle.

— Więc jak się porozumiewają? — spytał Maciek.

— Nie porozumiewają się. Chyba. Tutaj nie ma pewnej wiedzy. Każdy znajduje sobie swoje miejsce i żyje w nim. Warunki są podobno trudne, trzeba czasami walczyć o swoje na śmierć i życie. I nie wolno przy tym przekląć. Nigdy nie rozumiałem, po co ludzie się tam pchają. W każdym razie… z racji na zakaz używania słów kraina nie ma swojej nazwy. Tajemniczy demiurg, który ją stworzył, nie nadał nigdy żadnego komunikatu. Ponieważ kraina nie przedstawia sobą ani żadnego zagrożenia, ani żadnej wartości w postaci surowców, więc traktowana jest jako ciekawostka. Jako taka nazywana jest ona Hikikomorią.

— To z „Władcy pierścieni”?

— Nie, bynajmniej, choć faktycznie brzmią podobnie. Etymologii należy jednak szukać w japońskim słowie hikikomori, które określa dość osobliwą chorobę cywilizacyjną. Polega ona na tym, że młody człowiek dokonuje wycofania się z życia społecznego i najczęściej zamyka w szafie. Dzięki temu, że rodzice w Japonii potrafią utrzymywać swoje dzieci przez długi czas, taki osobnik potrafi długo wegetować. Dostaje jedzenie itd. Wokół hikikomori powstało kilka krzywdzących stereotypów, jakoby byli niebezpiecznymi dla społeczeństwa psychopatami. Tymczasem największe zagrożenie stanowią dla siebie samych. Są specjalne programy leczenia ich, ale to trudna sprawa. Niemniej od ich schorzenia zaczerpnięto nazwę dla tej osobliwej krainy, do której chcesz się udać. Zastanów się tylko: nawet nie będziesz mógł krzyknąć, że go aresztujesz. Będzie się bronił. Zabije cię, a jeśli nie, to ty będziesz musiał zabić jego.

— Chciałbym poczytać o tej krainie, są jakieś książki? — spytał Maciek niespodziewanie.

— Nic mi nie wiadomo o żadnej.

— No to skąd w ogóle wiesz, że istnieje? Ktoś stamtąd wrócił?

— Dobre pytanie. Może Hikikomoria jest swoistą Atlantydą. Zabawne. Wiesz, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nie było mi to potrzebne. To chyba taka trochę opowieść o czarnej wołdze, również podróżnicy między wymiarami opowiadają sobie takie historie, kiedy siedzą w zadymionej knajpie i grają w karty lub piją na umór.

— Ta stara Cyganka może coś wiedzieć? — spytał Maciek. Był skoncentrowany na swoim celu. Po tym pytaniu wiedziałem, że on nie przestanie, więc lepiej będzie mu pomóc i przy okazji trzymać rękę na pulsie.

— Może, ale raczej do niej nie chodź. Jaelle to nie Twoja liga. — Zobaczyłem, że Maciek uśmiecha się do mnie, jakby się nie nabrał na coś. — Nie żartuję.

— Już u niej byłem — odparł. — Stawiała się, ale przetrzepaliśmy obozowisko i znaleźliśmy kilka rzeczy, których tam nie powinno być, więc rozwiązał się jej język.

— Powinienem Cię zatłuc za to — odparłem. — Przypominam Ci, że korzystasz z moich kontaktów, które są mi potrzebne. Teraz jestem spalony u Jaelle. Co ty sobie myślałeś, Maciek?!

Był zaskoczony w pierwszej chwili. Wyprostował się i chwilę analizował sytuację.

— Nie będzie na ciebie. Nie było mnie przy tej akcji.

— A z Jaelle rozmawiał twój kolega, tak? Rzucam tę robotę, rezygnuję, nie będę wam więcej pomagał, bo tylko mi szkodzicie.

— Na ciebie też mamy haki — powiedział.

— Słucham? — spytałem zdziwiony. — Grozisz mi?

— Nie, ale potrzebuję twojej pomocy. Co z tą krainą?

Istotnie miał na mnie parę haków, bywał w moim laboratorium/warsztacie. Pewnie nic wielkiego, ale w Polsce jest tak, że jak już kogoś złapią, to zawsze coś na niego złapią. Ot, zawiłe prawo i jego interpretacje. W pewnym sensie byłem więc w potrzasku. Teraz ja analizowałem sytuację. Dlaczego miałem kłopot? Bo pomagałem Maćkowi? Niezupełnie. Istotnie, zaczęło się od pomocy, ale obecnie miałem problem, ponieważ chroniłem Maćka przed nim samym i jego dążeniami. Jeżeli chciał popełnić największy błąd swojego życia — tak, moim zdaniem było — to nie chciałem ucierpieć przez to, że chciałem go od tego uchronić. Zrewidowawszy swoje motywy i podjęte działania odrzekłem:

— Dobrze, pomogę ci, ale pod jednym warunkiem.

— Chcesz mi stawiać warunki? — spytał rozdrażnionym głosem Maciek.

— Po tej sprawie nasza współpraca się skończy — powiedziałem.

Myślał nad tym chwilę. Miał do wyboru się nie zgodzić i iść ze mną na noże, ale zależało mu na Alojzym Glaubensteinie. Może założył, że potem coś wykombinuje albo mnie przebłaga, ale do tej pory zamierzałem zwinąć interes i się przenieść. Potrzebowałem trochę czasu.

— Zgoda — powiedział. Zabrzmiało to nieszczerze, choć słychać było, że się stara.

— To świetnie! — zawołałem tonem ucieszonej 12-latki. — Co powiedziała ci Jaelle?

— Nic konkretnego, zaczęła krzyczeć i zachowywać się jak opętana — odpowiedział Maciek. Było mu głupio.

— Zrobiłeś nalot na Cyganów i nic nie osiągnąłeś. Brawo. Niech zgadnę: zwinęli swoje obozowisko, tak? — Maciek spuścił głowę. — No dobra, udam się do mojej znajomej i spytam ją, czy nie ma jakiejś książki o tej cudacznej krainie.

— Idę z tobą — powiedział rozkazującym tonem Maciek.

— Nie — odparłem, ale od razu pomyślałem, że jeśli go wezmę, to mogę tylko zyskać, a nie stracić. — No dobra, ale przygotuj się, że będzie trzęsło.

Głos z przeszłości

Wylądowaliśmy w piasku. Zakręciło mi się tylko trochę w głowie, ale Maciek upadł na czworaki i zaczął wymiotować. Rozejrzałem się po okolicy — piasek, jakieś pojedyncze krzewy i drobne trawy. Poza tym nic więcej, choć wydawało mi się, iż widzę drogę w oddali. Miałem na sobie tylko podkoszulek, spodnie i buty, nie brałem żadnej kurtki ani nawet koszuli. To samo doradziłem Maćkowi, ale nie uwierzył mi i wziął płaszcz i plecak z jakimś zestawem do survivalu. Niestety, nie pamiętam swojej podróży między światami, ale może też się tak zachowywałem. Usiadłem na piasku i czekałem. Kiedy skończył usiadł koło mnie i wyglądał na naprawdę biednego.

— Ile razy brałeś kogoś ze sobą?

— Raz — odparłem, wspominając wyprawę po Jelenia. — Za chwilę udamy się do… — urwałem, nie mogąc sobie przypomnieć jej imienia. — Głupia sprawa, ale nie pamiętam, jak się nazywała. No w każdym razie tym, co nas interesuje to fakt, że przeczytała wszystkie książki, jakie istnieją na tym świecie. Opowiem jej, co nas interesuje, a ona powie, czy istnieje książka, w której ktoś opisał coś podobnego.

— To niemożliwe — powiedział Maciek, powoli dochodząc do siebie. Wyciągnął wodę w litrowej butelce i zaczął pić. — Chcesz? — spytał.

— Nie, dzięki. Widzisz, poznałem ją w dość osobliwych okolicznościach. Wpadłem w pętlę czasową, która zaciskałą się na rzeczywistości. Polega to na tym, że za każdym kolejnym obiegiem pętli świat kurczy się. Zmniejsza się liczba osób oraz miejsc. To nie znika, tylko pozostali stają się swoistymi konglomeratami tych, którzy zniknęli. To, co pamiętam, to to, że byłem cynglem, który miał kogoś zabić. Obudziłem się w pokoju hotelowym i była tam kobieta, do której się udajemy. Prostytutka. Od niej dowiedziałem się, że jako jedyni mamy świadomość tego, że pętla istnieje i nie tracimy wspomnień przy każdym obrocie. Dzięki temu zmienialiśmy się. Ona popadała w coraz większą apatię, ja — obłęd. Aż za którąś pętlą podsunęła mi, żebym strzelił sobie w łeb. Zrobiłem tak i obudziłem się kimś innym. Nie pamiętałem tego wszystkiego, co było wcześniej, ale to inna historia. Ona z kolei czytała książki i przez tę zacieśniającą się pętlę liczba książek w pokoju rosła. Pod koniec były w niej wszystkie książki, jakie napisano do tamtej chwili. Ale nie fizycznie. One były poupychane w tych reprezentantów wszystkich książek. Potem jednak sytuację udało się odwrócić i w efekcie jej wiedza się rozciągnęła.

— Zgubiłem się w połowie — odparł Maciek. Wyglądał już trochę lepiej.

Wstałem i sięgnąłem do paska, gdzie miałem w przypinanym futerale czerwone okulary przeciwsłoneczne. Mocno czerwone szkła przesuwają widmo patrzenia. Większości ludzi to bez różnicy, po prostu widzą bardziej na czerwono. Ale nie ja. Ja widzę miejsca, w których naruszona jest integralność rzeczywistości, że tak to ujmę. Najczęściej oznacza to, że ktoś coś chowa przed wzrokiem zwykłych ludzi. W miejscu, w którym teraz osiadłem, praktycznie się to nie zdarza, więc nie noszę ich na codzień, ale tym razem wiedziałem, że osoba, której szukam, nie chce by ją odnaleźć. Rozejrzałem się i ujrzałem pulsujący na ciemno obszar. — Chodź — powiedziałem, nie czekając aż Maciek się zbierze i ruszyłem przed siebie. Dogonił mnie w ostatniej chwili. Przeleciało mi przez myśl, że mógłbym go równie dobrze zabrać do jakiegokolwiek wymiaru i zostawić tam. Złapałem go, ponieważ zaraz miał nie wiedzieć, co się stanie. Przeszliśmy przez pęknięcie w rzeczywistości i znaleźliśmy się w jej załomie. Tutaj była drewniana chatka. Obok bawiła się dwójka dzieci. Ruszyłem, po raz kolejny porzucając Maćka. Dzieci mnie dostrzegły i wbiegły do domu. Stanąłem przed gankiem i czekałem. Po chwili ze środka wyszła kobieta. Powiedziała coś do wnętrza chatki. Miała na sonie tunikę z kapturem i rybaczki. Na stopach miała japonki. Stanęła i patrzyła na mnie z góry, zachowując dystans. Moja wizyta na pewno była niespodziewana. Tak naprawdę sądziłem, że nigdy więcej się już nie zobaczymy. O miejscu jej pobytu dowiedziałem się przypadkiem dawno temu. Ciekawe, co sobie myślała?

— Frank — powiedziała po angielsku. — Kopę lat. — Po tych słowach usiadła na stopniach, zostawiając mi miejsce obok siebie. Zdjąłem okulary, od których się odzwyczaiłem, i usiadłem obok niej. — Co cię sprowadza?

— Potrzebuję twojej pomocy.

— Tylko jeżeli pomogą ci zdolności, które nabyłam wtedy — powiedziała z głęboko skrywanym urazem.

— Szukam pewnej książki, a tak się składa, że podczas tamtej pętli przeczytałaś wszystkie.

— Wydali potem mnóstwo książek — odparła trochę drocząc się ze mną.

— Zaryzykuję — powiedziałem i spojrzałem na nią. Uśmiechnęła się zawiadiacko. — Szukam relacji kogoś, kto wrócił z krainy znanej pod nazwą Hikikomoria, choć nie jest to oficjalna nazwa — zacząłem, po czym podałem jej wszystkie rzeczy, jakie wiem. — Kojarzysz coś takiego?

Moja rozmówczyni zamyśliła się. Spojrzała w czerwone niebo (zmierzchało), potem schyliła się, następnie spojrzała na mnie i rzekła: — Tak, było coś takiego. „Dzienniki z niemej strefy”.

— Pamiętasz autora? — spytałem.

— Zdaje się, że… Charon. Ale nie pamiętam imienia. Lub nazwiska.

— Dzięki.

— Co porabiasz? — spytała. Wydaje mi się, że w tej chwili przeszła jej jakakolwiek złość. — I kim jest twój kolega?

— Mój kolega chce się udać do tej krainy, o której szukamy książki.

— Czy on jest normalny?

— Nie wiem, skąd mu się to wzięło. Jest policjantem i tam zbiegł mu sprawca morderstwa. Jak dla mnie, to koniec, ale Maćka coś opętało. Sam nie wiem.

— Dlaczego mu pomagasz? — spytała zdziwiona.

— Nie postrzegam tego jako pomocy — odparłem. — Próbowałem go trzymać z daleka od tego, ale zaczął mnie szantażować.

— Ludzie są czasami niesamowici, jeśli chodzi o dążenie do autodestrukcji — powiedziała z goryczą. Spojrzała na mnie. — A ty co robisz, Frank?

— Dawno nie słyszałem tego imienia — powiedziałem, przypominając sobie jednak epizod z Tranny, kiedy to imię również się pojawiło. — Teraz nazywam się Aubrey De Los Destinos. Zajmuję się różnymi rzeczami, aczkolwiek związanymi z szeroko pojętą psychotroniką. Ostatnio na swoje nieszczęście zostałem konsultantem policji. W efekcie siedzę tutaj. Ale powiedziałem już mojemu koledze, że po tej sprawie koniec.

— Oni lubią nie przestrzegać takich umów — powiedziała. — W swojej poprzedniej pracy odczułam na własnej skórze, jakimi zasadami kierują się czasami policjanci. Nie oceniam tego, ale ten typ już tak ma.

— Wiem. Żeby kupić sobie trochę czasu, jestem tutaj. A ty czym się zajmujesz?

— W ciągu kilku tygodni od tamtego dziwnego dnia, który powtórzył się nieskończoną liczbę razy, zaczęłam odkrywać w sobie różne talenty. Telepatyczne, lecz również prekognitywne. Zaczęłam zarabiać więc w podobny do ciebie sposób. Chyba tak samo zyskaliśmy na tamtej pętli. W jakiś sposób czułam, że się pojawisz. Tamten koszmar zostawił we mnie jakiś cierń. Nie znosiłam cię. Nie pamiętasz, jak zachowywałeś się przed strzeleniem sobie w głowę, ale ja tak. To było bardzo męczące. Możliwe, że nabawiłam się jakiegoś zespołu stresu pourazowego. I tak, wiem, że to nie twoja wina. Byłeś ofiarą tak samo, jak i ja. Jednak z chwilą, gdy się odezwałeś, przeszło mi. Ukryłam się w miejscu, o którym wiedziałam, że większość śmiertelników nie znajdzie, ponieważ stałam się obiektem zainteresowania zbyt wielu osób. W tych warunkach nie sposób wychowywać dzieci. I tak przez to zamieszanie mąż zdążył ode mnie odejść. Tutaj mam spokój. — Wstała. Audiencja dobiegła końca. — Zatem powodzenia, Aubrey De Los Destinos, i żeg… do zobaczenia.

Wróciła do chaty, a ja zabrałem Maćka i wyprowadziłem go z załomu. Wyglądał lepiej, ale nadal ledwo żył. Wyjątkowo źle zniósł tę podróż. W sumie tym lepiej dla mnie na przyszłość. Wyciągnąłem z jego plecaka smartfona. — Hej, to moje! — zawołał, ale na tym jego protest wytracił całą siłę. Wgrałem mu na telefon największą bazę książek, jaką udało mi się znaleźć, kiedy nie patrzył. Wbiłem kilka zapytań o podaną mi książkę.

— Dobra, jest, mamy tę książkę u nas. Wracamy.

— Ale wróćmy samolotem może, co? — spytał. — Ja zapłacę.

— Gdzie samolotem? — spytałem rozbawiony. — Człowieku, jesteśmy w rzeczywistości równoległej. Chciałem cię zostawić, ale się uparłeś.

Epilog

Przez chwilę myślałem, żeby go tam zostawić. Jakoś by sobie poradził, a ja miałbym spokój, ale pomyślałem, że mógłby wsypać moją dawną znajomą, a tego nie chciałem. Wróciliśmy, a Maciek chorował tu jeszcze przez 2 tygodnie. Lekarze pytali go, czy latał odrzutowcem. Ja w międzyczasie znalazłem mu książkę i stwierdziłem, że faktycznie może opisywać ona krainę, która nas jego interesuje. Przekazałem mu ją w szpitalu. Leżał podłączony do kroplówki. Był jakiś zamyślony, choć wyglądał wyraźnie lepiej.

— Chciałbym cię przeprosić — powiedział niespodziewanie. — Nie powinienem był się tak zachowywać, ale ta sprawa mnie pochłania, jak pewnie zauważyłeś. Chciałbym to wyjaśnić.

— Nie ma czego — odpowiedziałem. — Potrafię dużo wybaczyć, ale nie szantażowania mnie. Jeżeli faktycznie zrozumiałeś swój błąd, to po tej sprawie dasz mi spokój. Tymczasem zdrowiej.

Po tych słowach wyszedłem z sali. Musiałem dokończyć przenosiny swojego warsztatu do zupełnie nieznanego miejsca, póki Maciek był niedysponowany.

Do dziś nie przypomniałem sobie jej imienia.