Niszczyciel

Krajobraz przytłaczał. Ze wzgórza roztaczał się widok na zrujnowane centrum handlowe, takie z piętrowym parkingiem i ogromnymi powierzchniami niegdyś zapełnionymi mnóstwem butików z najmodniejszymi ubraniami. Teraz powoli, acz nieuniknienie niszczało, głównie pod naporem bezlitosnego czasu. Kucnąłem. „To tam”, powiedział John Gareth, który przeprowadził tu wcześniej rekonesans. On i Cyryl również kucnęli. Było bardzo małe prawdopodobieństwo, że ktoś nas zaatakuje, ale dobre nawyki to dobre nawyki; na pewno nie rzucaliśmy się w oczy i to nie mogło nam zaszkodzić.

Kiedy człowiek słyszy o zniszczonym świecie, wyobraża sobie jakieś wojenne zniszczenia. Tutaj było jednak inaczej. Nie było żadnych śladów walki, zupełnie jakby ludzie wyszli z domu — w trakcie różnych czynności — i poszli nie wiadomo gdzie. Reszty dokonał czas. Musiało to być dawno temu, ponieważ zniszczenia były znaczne. Wszedłem po drodze tylko do jednego domu. Meble się nawet trzymały, ale kiedy wziąłem do ręki książkę, rozsypała mi się w rękach. „Ekologiczny papier”, powiedział na widok tego John. Ale to w kuchni zjeżyły mi się włosy na rękach. Na piecu stał garnek z przypalonym i dawno już zapleśniałym posiłkiem. Pozostawiona w jedzeniu metalowa łyżka nadal stała na sztorc, choć była doszczętnie przerdzewiała. Wyszliśmy stamtąd szybko. Nie z powodu tego, co tam zobaczyliśmy, lecz z obawy, że dach może runąć nam na głowy. Więcej zabudowań, nielicznych po drodze, odwiedzać sensu nie było. Porzucone po drodze auto tylko wpisywało się niezrozumiałe dla mnie zjawisko, które dokonało tego ogromnego spustoszenia.

„Po stu latach z samochodu nic nie zostaje”, powiedział John, kiedy minęliśmy samochód. Spojrzałem na niego, ale nic nie odpowiedziałem. Nie przejął się tym i podbiegł do Cyryla. Jedno muszę przyznać — był z nas najlepiej ubrany. Miał na sobie czarny kombinezon, jak komandosi, a na stopach wojskowe buty. Obdarzał wszystko pełnym entuzjazmu spojrzeniem, jak dziecko, a z drugiej strony sypał wciąż ciekawostkami na temat wszystkiego, na czym spoczął mój wzrok. Cyryl zupełnie go ignorował. Szedł przed siebie w tym swoim marynarskim, chyba, płaszczu ze złotymi guzikami. Wysokie do połowy uda buty i włosy spięte w kucyk tylko bardziej upodabniały go do postaci rodem z powieści Josepha Conrada.

Nagle Cyryl zawołał, żebyśmy padli, co sam również uczynił. Podczołgałem się do moich towarzyszy i spojrzałem w dół. Po płaskim kawałku terenu poniżej szedł jakiś człowiek. Miał na głowie coś, co wyglądało jak zrobione z metalu, ale ciężko było mi określić kształt. Sądząc z proporcji jego ciała był wysoki, mógł mieć nawet 2 metry. Od pasa w górę był nagi, a poniżej był owinięty jakimś skórzanym fartuchem lub utłuszczoną szmatą, z tej odległości i przy tym oświetleniu nie potrafiłem powiedzieć. Na plecach miał blizny, jakby był chłostany dawno temu. Potem dorósł a blizny zmieniły się wraz z nim. Szedł ciężkim krokiem, lekko pochylony do przodu, być może konstrukcja na głowie mu ciążyła. Był bardzo masywny, co wydawało mi się o tyle dziwne, że nie wyobrażałem sobie, co mógłby jeść. I wolałem nie drążyć tego tematu. Osobnik ciągnął w dłoni coś, co wyglądało jak miecz, choć nie była to robota artystyczna. Ot, wykuty spory odpowiednio kawałek metalu.

Wtedy dostrzegłem, że w drugiej dłoni trzyma jakiś worek, który ciągnie za sobą. John podał Cyrylowi lornetkę. Ten oglądał chwilę upiornego osobnika w oddali, po czym powiedział, że poczekamy aż odejdzie dalej i wtedy za nim podążymy. Położyłem się i spojrzałem na szaronijakie niebo. Gęste chmury przepuszczały tylko trochę światła. Albo była noc. Ciężko było to powiedzieć. Byliśmy w tym świecie za krótko, a słońce nie przebijało przez zasłonę z chmur w żadnym miejscu.

Po chwili Cyryl dał hasło do dalszej drogi. Skradając się bez przesadnej ostrożności dotarliśmy jakimiś ubitymi wydmami do centrum handlowego, które wcześniej obserwowaliśmy. Masywny osobnik powłócząc nogami, ciężkimi krokami wszedł do środka. Schowaliśmy się z kontenerem na śmieci. John wyjaśnił, że dalej ostatnio nie wchodził i że jeżeli nie będziemy kontynuować, to gotowiśmy go zgubić, ponieważ obiekt był bardzo rozległy. Cyryl postanowił, że skrócimy dystans. Dodał również: „Gdyby zorientował się, że podążamy za nim, rozdzielamy się i każdy radzi sobie sam w miarę możliwości”.

Wbiegliśmy do obiektu i od razu pochowaliśmy się za kolumnami. Po chwili ruszyliśmy dalej. Cyryl dostał się na galeryjkę powyżej i stamtąd podążał za obiektem naszego zainteresowania. Johna nie mogłem dostrzec. Kolos w metalowym hełmie zdawał się nas jednak nie zauważać, posuwał się dalej swoim miarowym tempem. Zaczynałem podejrzewać, że przez konstrukcję na jego głowie nie słyszy nic; a i widzi niewiele. Jego tempo było bardzo wolne, co budziło we mnie irytację, ponieważ powodowało duże przestoje. Jakieś dwie godziny zajęło nam dotarcie na drugi koniec obiektu, gdzie znajdował się park rozrywki — bilard, automat i kręgle.

Po drodze przyglądałem się ciągniętemu przez niego workowi. Był na tyle duży, by pomieścić ludzkie ciało, choć musiałoby być chyba połamane. Nie wiem, dlaczego do głowy przyszło mi to ciało. Coś, co wydawało mi się mieczem istotnie wydawało się być wzorowane na tej broni, choć wykonane było dość nieporadnie. Nadal jednak było zabójczym narzędziem. Nie sądzę, że blaszanogłowy ciągnąłby to coś ze sobą, gdyby nie był w stanie tego skutecznie używać. Takie założenie było bezpieczniejsze. Fartuch wokół niego był chyba ze skóry, na pewno nie była to szmata, jak wcześniej rozważałem.

Na terenie centrum rozrywki skręcił w stronę kręgielni. Majestatycznie przeszedł po torze dla kuli i schyliwszy się wczołgał się do środka. Cyryl stanął obok mnie i powiedział, że jak John się pojawi, to zdecydujemy, co dalej. Wtedy zadeklarowałem się, że pójdę, a on żeby poczekał. Protestował argumentując, że mogę sobie nie poradzić, że on sam nie wie, jakimi mocami dysponuje dwumetrowy olbrzym, ale nie słuchałem go. Wbiegłem na tor i upadłem, ponieważ był śliski. Jak tamtenu się udało przejść bez upadku, nie wiem. Podniosłem się i w kucki doszedłem do końca. Nasłuchiwałem chwilę aż usłyszałem jakiś odgłos w oddali. Wczołgałem się i zobaczyłem, że wspina się po metalowych, zardzewiałych schodach do części nad kręgielnią. Ruszyłem za blaszanogłowym.

Wchodząc po metalowych schodkach starałem się być cicho. Nie było to łatwe i parę razy konstrukcja zazgrzytała, ale uspokajała mnie myśl, że gospodarz i tak tego nie usłyszy. U góry był zakurzony korytarz, gdzie dało się zobaczyć ślady przebytej przez niego drogi. Prościutko do końca. Doszedłem szybko do drzwi i delikatnie ująłem gałkę. Była utłuszczona lub wysmarowana czymś podobnym. Nie uniemożliwiało to, na szczęście, cichego otwarcia drzwi. Uchyliłem je i ujrzałem słabe światło dochodzące gdzieś z wewnątrz. Stawiając cicho kroki wszedłem do środka. Zza regału z książkami ujrzałem go siedzącego przy biurku w głębi. Worek leżał obok, nic się w nim nie ruszało. Po lewej stronie oparty o ścianę stał amatorsko wykonany miecz. Dopiero w drugiej chwili dostrzegłem, że nie ma na głowie hełmu. Był łysy i chyba miał trochę zdeformowaną czaszkę. Z jego uszu sterczały dwa grube kawałki drutu. Aż ciarki mnie przeszły po całym ciele. Zawiązany w pasie fartuch na pewno był ze skóry, mogłem to już stwierdzić. Wyglądało na to, że mężczyzna coś pisze.

Wtedy naszło mnie pytanie: co dalej? Wlazłem do pieczary lwa bez dalszego pomysłu. Postanowiłem się wycofać i zdać chłopakom raport. Obracając się do wyjścia strąciłem książkę. A dwumetrowy kolos nie miał swojego hełmu, więc mógł słyszeć. Usłyszałem nieartykułowany krzyk, jaki dobył się z tej zakazanej krtani, ale nie czekałem na dalszy ciąg. Wybiegłem z pomieszczenia i rzuciłem się pędem przed siebie. Zeskakiwałem po stopniach, kiedy ujrzałem kątem oka sylwetkę Blaszanogłowego w drzwiach jego pokoju. Na chwilę się zatrzymałem i to był błąd. Mężczyzna okazał się bardzo szybki i w kilku susach pokonał odległość dzielącą nas. Przestałem kontemplować sytuację i zbiegłem po schodach, a następnie dobiegłem wąskim korytarzykiem za torami kręglarskimi do miejsca, którym się tu dostałem, kiedy obraz mi dziwnie zafalował przed oczami. Zatrzymałem się zdezorientowany i spojrzałem za siebie. Blaszanogłowy stał w przejściu i nie podchodził.

Nagel zaczęło się dzaić coś dziwnego. Ucuzie deoriezntacji minęło, ale keidy wygarmoliłem sęi z tnuelu i załowałem Curyla, ten wydawał się bazdro zdziwiniony. Paimętając o silskiej nawieszchni perzeszedełem tor w kuski. Zrekąnłem za seibei, ela Baszalnogowły się nie zbilżał. Dotrałszy do Ciryla, zatszłąem owopiadać, co się satło u gróy, ale ten nic nei odwopiedizał, tyklo pyrzglądłał seię jak kelarz, kajmyb łyb rochy. Sytpałem go, oc sei dizeje. Rzoglądąłnem się i dsoterzegełem pweną obosliwość — utariciłem żomwilość ytaczania tsetkswó, kórte łyby pywisane w nórżych meiscjach. Wyzskite pinasy wglyład kja homobazy. Wetdy Lycry niósuł sąw pawęric, tórka złopałęna bełtnikmy pełoniemem. Czązameł tyćap go, oc mokbijune, lea net wkaszał, mby limczał. Płyżołył kęrę do jemoj łogwy i ganle starłićem mytrzopność.

Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Podniosłem się i stwierdziłem, że leżę na stole bilardowym. Cyryl i John siedzieli przy stoliku nieopodal i omawiali coś. Na stoliku leżała lampa, którą „włączało się” poprzez złamanie jej, co powodowało zmieszanie się dwóch substancji i reakcję w postaci światła. Zszedłem ze stołu i podszedłem do nich. Cyryl spytał, jak się czuję, po czym zaczął wypytywać, co się stało. Opisałem mu, co widziałem u góry w pokoju Blaszanogłowego, ucieczkę i dziwne uczucie dezorientacji. Cyryl nic nie odpowiedział poza krótkim „Hmm”. John powiedział, że ma plan, tylko że będzie potrzebował użyć mnie jako przynęty. Zgodziłem się.

Stanąłem na początku toru, którym dostawało się do kryjówki Blaszanogłowego. W ukryciu czekali Cyryl oraz John. Cyryl wytwarzał jakieś pole, które chroniło mnie przed kolejną falą uderzeniową. John z kolei miał jakąś broń, z której miał postrzelić naszą zwierzynę łowną. Zawołałe kilka razy. Będąc w pomieszczeniu u góry widziałem — na co nie zwróciłem wtedy uwagi, choć mogłem potem odtworzyć w pamięci — małe okienko, przez które Blaszanogłowy mógł obserwować, co się dzieje na dole. Ujrzałem, że małe światełko u góry zgasło na chwilę, po czym ponownie się zapaliło. Po dłuższej chwili z niskiego przejścia na końcu toru wyłoniła się okuta w blaszaną konstrukcję głowa. Wyszedł na czworakach i wstał. Jakiż on był wielki! Nawet z tej odległości. Ruszył przed siebie ostrożnie. Przyjrzałem się temu czemuś, co zasłaniało jego głowę — bezładnej konstrukcji z kawałków blach, połączonych nitami; nie mogła chronić przed niczym, ponieważ ani materiał, ani wykonanie nie zapewniały niczego solidnego. Uniósł miecz do góry i stanął w rozkroku przyjmując pozycję bojową. Patrzył na mnie chwilę i coraz ciężej dyszał. Aż nagle podniósł miecz i zamachując się nim pionowo wytworzył falę uderzeniową. Odruchowo się zasłoniłem, ale nic by to nie dało — tam, gdzie nie sięgała ochrona zapewniona przez Cyryla, była nawet zryta podłoga. Blaszanogłowy spojrzał na mnie i przekręcił głowę jak pies słyszący nowy odgłos.

W tym momencie w jego ramię wbiła się jakaś igła. Blaszanogłowy spojrzał na nią i potrząsnął swoim masywnym cielskiem. Był jednocześnie umięśniony i tłusty, do tego w wielu miejscach widać było ciemnoniebieskie żyły znaczące jego ciało niczym mapę. Igła wypadła. Tego nie przewidzieliśmy! Miał na tyle grubą skórę, że strzałka Johna nie wbiła się na tyle głęboko, by dostarczyć truciznę. Byłem tu chroniony i miałem nadzieję, że pole zatrzyma również ciężki pseudomiecz. Wtedy z lewej strony nadbiegł John. Spojrzałem na chwilę w kierunku, z którego się pojawił, ale nie potrafiłem dostrzec jego kryjówki. Stanął na godzinie wpół do piątej Blaszanogłowego, zmuszając go tym samym do obrócenia się. Wtedy zobaczyłem, jaką bronią się posługiwał — była to mała bambusowa rurka! Wycelował gdzieś z przodu, próbował najwidoczniej znaleźć cieńszy kawałek skóry. Strzałka wbiła się w krtań, ale tak samo odpadła. Blaszanogłowy zrobił zamach i poczęstował Johna taką samą falą uderzeniową, jak mnie, na szczęście John zrobił unik.

Teraz Blaszanogłowy stał tyłem do mnie, co podsunęło mi pewien pomysł. Odpiąłem scyzoryk od paska i otworzyłem otwieracz do puszek. Zacząłem biec w jego kierunku — rezygnując tym samym z tarczy ochronnej zapewnianej przez Cyryla — odbiłem się i wbiegłem na Blaszanogłowego. Był śliski, jakby wysmarowany jakimś tłuszczem, więc w ostatniej chwili złapałem się hełmu, kalecząc się w dłoń, ale najważniejsze, że nie spadłem. Zahaczyłem o blachę i pociągnąłem mocno. Wygięła się i puściły dwa nity. Blaszanogłowy chyba zorientował się, co się dzieje, ponieważ zaczął się szarpać. Majdnąłem w jedną stronę, o mało nie spadając. W trakcie zahaczyłem jednak o kolejną blachę i wykorzystałem nadany mi pęd. Konstrukcja puściła i poleciałem z nią do tyłu.

Blaszanogłowy rozejrzał się przerażony. Był łysy, na całej głowie nie miał ani jednego włosa. Wyglądał trochę jak dziecko, był uśliniony i miał bardzo jasne, prawie białe tęczówki. Zawył jak u góry. Było w tym coś przerażającego, jakby ktoś zażynał zwierzę. A dobywało się z ludzkich ust. Nie wiem, czy była to kwestia hełmu, czy wcześniej po prostu nie było nam dane to widzieć, ale ten rosły mężczyzna wydawał się po prostu zdezorientowany. Cyryl zawołał do Johna, by ten spróbował trafić w głowę. John ujął rurkę i wystrzelił z niej małą strzałką, która dosięgła policzka. Mężczyzna zawył przerażony, rzucił miecz i zaczął uciekać. Masa, która jeszcze chwilę temu budziła we mnie autentyczną grozę, teraz wygląda nieomalże komicznie. Zupełnie zniknęła groźna postawa. Mężczyzna przebiegł w poprzek kilka torów kręglarskich, po czym zasłabł i padł z hukiem.

Podeszliśmy do niego i Cyryl przyłożył palce do szyi. Stwierdził tętno. Chciał, żebyśmy obrócili go na plecy, ale ciało było zbyt ciężkie. „Dobra, weźmiemy go później”, stwierdził w końcu Cyryl. Ruszyliśmy obejrzeć jego pokój.

W swojej kryjówce miał głównie książki. Regały, szafki, piętrzące się stosy książek. Cyryl zabronił ruszać czegokolwiek, następnie stanął na środku pomieszczenia i obrócił się dookoła, obserwując je dokładnie w każdym położeniu. Dołączyłem do niego, kiedy zaczął oglądać rzeczy na biurku. Kolejne książki. Jedna była otwarta, mniej więcej w połowie. Kolejne litery były zarysowywane tak, żeby nie dało się ich odczytać. Obok był spodek z tuszem wylanym ze złamanego wkładu do długopisu. Obok spodka leżało wykonane z kawałka blachy pióro, które mężczyzna maczał w tuszu i używał do zakreślania kolejnych literek. Przekartkowałem książkę leżącą na biurku. Do strony, na której było otwarte, litery były zamazane. Cyryl zaczął oglądać na chybił-trafił kolejne książki. Wszystkie były w całości pomazane tak, że nie dało się ich odczytać. Ja najbardziej się zastanawiałem, jak te książki przetrwały niszczycielską moc czasu. Niektóre, co prawda, były w opłakanym stanie, ale większość w miarę się trzymała.

Najciekawsze jednak odkrycie oczekiwało na nas w zamykanej niegdyś na klucz szufladzie. W środku leżała oprawiona w skórę stara Biblia. Cyryl wyciągnął ją i otworzył. Podobnie jak inne książki, również ta miała pozakreślane litery, aczkolwiek też częściowo. Cyryl położył Biblię na biurku. Nasze oczy powędrowały w stronę worka, który Blaszanogłowy przytaszczył tutaj. Przełknąłem ślinę. Cyryl nie obcinał się, kucnął i rozsupłał sznurek. W środku znaleźliśmy… książki. Były jeszcze nienaznaczone jego działalnością. Świeże książki, które zebrał gdzieś i przyniósł tutaj, by oddać się swemu dziwnemu i niezrozumiałemu rytuałowi, który zakłóciliśmy swoją obecnością. Cyryl wstał i wyszedł, rzucając w drzwiach, że idzie obejrzeć jeszcze uśpionego mężczyznę i żebyśmy za chwilę dołączyli.

Po jego wyjściu wszedł John i rozejrzał się po pokoju, choć nie tak metodycznie jak Cyryl. Wziął do ręki zarówno niedokończoną książkę, jak i Biblię, po czym uśmiechnął się i wyszedł. „Czas wracać!”, zawołał z korytarza. Nie oponowałem.

Po powrocie poszedłem spać. Byłem zmęczony, najprawdopodobniej atakiem przeprowadzonym na mnie. Spałem niespokojnie. Śniło mi się, że dziwna przypadłość będąca efektem ataku wróciła i nie potrafię dogadać się z nikim. Chodziłem po targowisku nieopodal mojej lokalizację i nie rozumiałem tego, co ludzie do mnie mówili. Również oni nie potrafili mnie zrozumieć. Po chwili zaczęli mnie ignorować. Obudziłem się nagle. Na krześle obok łóżka siedział John i wyglądał przez okno. Spojrzał na mnie i poinformował mnie, że Cyryl przeprowadził sekcję zwłok osobnika i chętnie podzieli się wnioskami, jak również zapyta nas o swoje zdanie. Czułem, że nie zasnę na razie — a zresztą nie chciałem znowu mieć tego snu — więc przystałem na tę propozycję. Biuro Cyryla było niedaleko mojej miejscówki, więc dotarcie tam nie zajęło nam dużo czasu.

Blaszanogłowy leżał już zszyty na metalowym stole, za którym stał Cyryl w ukrwawionej ciemnobrązową krwią białej koszuli. Porzucił iluzję ludzkiej twarzy i wyglądał tak, jak normalnie — z twarzą pozbawioną nosa, ust i uszu, tylko z dwoma jarzącymi się na niebiesko oczami. Na nasz widok znowu przybrał ludzką twarz. To ułatwia kontakt, jak mi wytłumaczył z początku. (A przynajmniej jednego z początków).

— A zatem, panowie — zaczął. Podniósł dyktafon kasetowy i włączył nagrywanie. — Zgodnie z informacjami, jakie mieliśmy wcześniej, ten oto osobnik, którego Frank ochrzcił Blaszanogłowym, co jest tak samo dobre jak każde inne imię, posiadał zdolności magiczne. Podjęliśmy próbę przechwycenia obiektu i zastosowaliśmy środka usypiającego, niestety, pomimo dużej masy Blaszanogłowy okazał się zupełnie nieodporny na tę relatywnie małą dawkę, szczególnie jak na niego, i zmarł. Jego kondycja wydaje się w miarę w normie, nie stwierdzono żadnych odstępstw od normy, może poza brakiem jakiegokolwiek owłosienia na całym ciele. Być może taki się urodził, być może to skutek uboczny przebytej choroby, a może reakcja na otoczenie. Pozostanie to w sferze domysłów. Na plecach widać pozostałości po biciu jakimś rodzajem bata. Tym, co jest najciekawsze z punktu widzenia badacza, są odstające z uszu druty oraz ich interakcja. Jedyna sensowna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to upośledzenie słyszenia w jakimś stopniu. Czemu to miało służyć? Brak na razie hipotez. Wydaje się to jednak korespondować z uszkodzeniem krtani, które umożliwiało jedynie wydawanie nieartykułowanych dźwięków. Badanie mózgu przy pomocy aparatury pomiarowej wskazuje na umiejętność wpływania na innych ludzi. Z relacji jednego z uczestników ekspedycji, Franka Aubreya, wiemy, że w efekcie ataku ofiara traci umiejętność rozpoznawania ludzkiej mowy, jak również artykułowania dźwięków, przez co mowa staje się bełkotliwa i całkowicie niezrozumiała. — Spojrzał na nas. — Macie pomysł, czemu służyło zakreślanie liter w książkach?

— Temu samemu, czemu miało służyć okaleczenie krtani i uszu — odpowiedział pogodnym głosem John. Spojrzeliśmy na niego obydwaj zaintrygowani. — Druty szurające po wnętrzu metalowego hełmu uniemożliwiały, poprzez przenoszenie wibracji do samej kości, zrozumienie mowy ludzkiej, nie powodując jednocześnie całkowitej głuchoty. Podejrzewam, że dlatego tak powoli się poruszał. Wtedy nie dochodziło do zakłócania słuchu. Jak powiedziałeś, ma to związek z uszkodzeniem krtani: dzięki temu zabiegowi nie miał możliwości mówienia. Z jakiegoś powodu odczuwał wstręt do mowy ludzkiej. Nie powiązałbym tego jednakże z książkami, gdyby nie Biblia w szufladzie. Według chrześcijan na początku było Słowo, w domyśle: Boże. Zamach na Słowo to zamach na Boga. Nawet jeżeli to uproszczenie, to myślę, że mniej więcej tymi torami podążały myśli — tu spojrzał na mnie — Blaszanogłowego. Z powodu, którego zapewne nie poznamy, uszkodzenie swojego organizmu było niewystarczające, więc zaczął niszczyć zapisanę ludzką wiedzę. Dlaczego Biblia była niedokończona? No cóż, tutaj mogę tylko zgadywać. Myślę, że za każdą całą książkę, którą uczynił nieczytelną, wykreślał jeden znak w Piśmie Świętym. Sukcesywnie niszczył język i Słowo. Nie liczyłem tego dokładnie, ale przybliżona liczba książek, jakie tam widzieliśmy, odpowiadały ilości wykreślonych znaków w Biblii.

Cyryl wyłączył dyktafon widząc, że nie mam zamiaru dodawać nic od siebie, a następnie podziękował nam za współpracę. Stwierdziłem, że jednak spróbuję się przespać, jednak historia tego biednego człowieka długo nie dała mi zasnąć. Długo leżałem wpatrzony w sufit próbując zrozumieć, dlaczego ktoś mógłby chcieć zrobić sobie coś takiego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s