Pattern

Czarna, sportowa toyota mknęła bezlitośnie przez mrok nocy. Kierowca z miną pozbawioną ekspresji dzielił swoją uwagę pomiędzy dudniące z głośników „From Paris to Berlin” Infernal oraz prowadzenie pojazdu. Pogoda była ładna, a samochód dobrze trzymał się nawierzchni. Droga prowadziła przez gęsty las. Jedyne, co mogło go spotkać, to jakieś zwierzę wyskakujące spomiędzy drzew prosto pod koła jego batmobilu.

Lecz mógł to być również motocyklista.

Batman i dziewczyna na moście

Batman był tamtego lata w Pradze. Wynajęty do małego projektu na trzy miesiące, który rozciągnął się do pół roku. Estymacje projektów z reguły tak kończą. Najlepiej od razu pomnożyć razy dwa. Tylko że wtedy projekt zająłby dwanaście miesięcy? Piękno rekurencji. Po skończonym projekcie odkrył, że jest środek lata i że nigdzie mu się nie spieszy. Postanowił zostać jeszcze tydzień albo dwa. Albo dwa miesiące. Nie zakładał żadnej liczby, bo wiedział, że tym, co go stąd wyrwie, będzie kolejny projekt w innej części Europy, a może nawet dalej. Pozwolił więc chwili trwać. Tamtej nocy popił z grupą Estończyków, a następnie zaczął się włóczyć po przerzedzonym mieście. Chciał wyjść i się tylko przewietrzyć, ale dał porwać się sile, której nie potrafił nazwać, a którą najlepiej opisywała scena z filmu, którego nigdy nie potrafił zrozumieć; poszczególne elementy nie zazębiały się gładko, a zdawały wręcz przeczyć sobie nawzajem, ale nie w sposób, który pozwalałby owe sprzeczności wskazać i nazwać. Wspomniana scena przedstawiała głównego bohatera, z klatki piersiowej którego wychodziła galaretowata glista, która ciągnęła go w miejsce, w którym miał się za chwilę stawić. Według niektórych interpretacji było to widzenie przyszłości, ale to nie miało sensu, bowiem oznaczałoby, że bohater znalazł się w miejscu, bo się w nim znalazł. Był to częsty problem filmów o podróżach w czasie i Batman nie zamierzał poświęcać mu więcej czasu. Ta scena jednak została w nim na dobre. Zostawiając za sobą grupę dobrze zrobionych już Estończyków, prowadzony galaretowatą glistą, zaczął kluczyć po wąskich uliczkach Pragi. Tak też w końcu znalazł się na moście. Tam właśnie spotkał Marikę.

Siedziała na kamiennym murku i…

Mieszkanie na ostatnim piętrze

Martyna siedziała na stopniach klatki schodowej starej kamienicy. W rękach miała starą gitarę akustyczną, którą znalazła w piwnicy — należała jeszcze do jej nieżyjącego ojca — i zastanawiała się, jak się takie coś stroi. Miała, co prawda, kamerton, ale poza tym, że śmiesznie świdrował w uszach przy uderzeniu, nie potrafiła się nim posłużyć bardziej praktycznie. Nagle zorientowała się, że ktoś przed nią stoi. Podniosła głowę i ujrzała mężczyznę w dżinsach i czarnym podkoszulku; uwagę przykuwał postawiony na głowie irokez. Wyglądał trochę jakby mu nie przeszedł okresu buntu.

— To czysta fizyka — oznajmił, siadając obok niej…

Niszczyciel

Krajobraz przytłaczał. Ze wzgórza roztaczał się widok na zrujnowane centrum handlowe, takie z piętrowym parkingiem i ogromnymi powierzchniami niegdyś zapełnionymi mnóstwem butików z najmodniejszymi ubraniami. Teraz powoli, acz nieuniknienie niszczało, głównie pod naporem bezlitosnego czasu. Kucnąłem. „To tam”, powiedział John Gareth, który przeprowadził tu wcześniej rekonesans. On i Cyryl również kucnęli. Było bardzo małe prawdopodobieństwo, że ktoś nas zaatakuje, ale dobre nawyki to dobre nawyki; na pewno nie rzucaliśmy się w oczy i to nie mogło nam zaszkodzić.

Kiedy człowiek słyszy o zniszczonym świecie, wyobraża sobie jakieś wojenne zniszczenia. Tutaj było jednak inaczej…

Zamach

Przed wiejskim zajazdem z grubych bali zatrzymał się czerwony samochód sportowy, z którego wysiadł ubrany na czarno kierowca. Miał skórzaną kurtkę oraz hełm z dużą przyłbicą, która jednak była czarna i dość szczelnie skrywała tożsamość swojego właściciela. Było około godziny 10 rano. Na ganku przed zajazdem siedziało dwóch okolicznych rozrabiaków, przyglądali się jednak przybyszowi bez większych emocji. Jeden z nich stwierdził, że to jakiś pajac, z którego jednak zajazd żyje.

Tajemniczy jeździec wszedł do lokalu i stanął na środku, a następnie czekał…

Goście

Właśnie wracałem ze spotkania z potencjalnym wydawcą, kiedy na parkingu przed restauracją zostałem uderzony w głowę i straciłem przytomność.

Ocknąłem się w mieszkaniu, które wynajmowałem. Okropnie bolała mnie głowa od uderzenia. Byłem przywiązany do krzesła. Za oknem było już ciemno. W mieszkaniu zresztą też, świeciła się tylko lampka obok włączonego na wiadomości telewizora oraz w przedpokoju. Kim byli ci, którzy mnie uprowadzili? Dlaczego przyprowadzono mnie tutaj? Nie wiedziałem, czy cieszyć się z powodu, że mnie nie skrzywdzili, czy nie? Mogli chcieć poczekać aż odzyskam przytomność. Mnóstwo pytań.

Zanim przedsięwziąłem jakieś działania, rozeznałem się jeszcze w sytuacji…

Nietykalność

Znalezienie Andrieja Zacharowa, kiedy on sam sobie tego nie życzy, graniczy z cudem. Niestety, po epizodzie z próbą ratowania Maćka byłem spalony u Jorna, a Jaelle — nawet, gdybym potrafił ją znaleźć — raczej nie chciałaby mi pomóc (poza tym bałaby się ruszać temat Zacharowa). Byłem w kropce. Odbyłem podróż do Andaluzji, do miejsca, w którym ostatnio zlokalizowane było wejście do Czarnej Chaty, ale nie pozostał po niej choćby ślad. Literatura tajemna, która mogłaby zawierać taką informację, na pewno została przez samego zainteresowanego zniszczona. Innymi słowy, siąść i płakać.

Wtedy przypomniałem sobie o człowieku, którego wyciągnąłem z Hikikomorii…