Tran

Grudzień 18, 2009 (piątek)

W roku wielkiego zamieszania, kiedy zmarł nasz wspaniały rodak, udaliśmy się z moim serdecznym przyjacielem napić się coś na mieście. Śmierć wielkiego wodza narodów, jakim niewątpliwie był Jan Paweł II, a którego serce stanęło nagle w otoczeniu wysokim dostojników kościelnych i dziennikarzy, którzy próbowali dostać się z kamerami, mikrofonami i aparatami fotograficznymi przez okienko do środka, miała zaważyć na tym wieczorze w dość istotny sposób. — Chuj kazał przestać się leczyć — zauważył mój przyjaciel. — A zawsze walczył z eutanazją. I taki feler na koniec. — Kwestia ta mnie mało interesowała, a mojego przyjaciela niewiele więcej niż wypowiedzenie dwóch zdań potępiających nieboszczyka. Była w tym jakaś metoda: Jan Paweł II nie mógł mu się w żaden sposób zrewanżować.

Jego śmierć dała nam się odczuć w inny sposób. Wydawać by się mogło, że zdeklarowani bezbożnicy są bezpieczni, ale tego dnia mieliśmy się przekonać, że nie do końca. Gdy znaleźliśmy się na ulicach miasta, w którym bawił nasz drogi nieboszczyk przez wiele lat na wysokim, choć nie najwyższym stanowiku, okazało się, że nocne życie zostało sparaliżowane jego wcale nie tak nagłym odejściem. Sytuacja była niewesoła. Oto strudzeni wędrowcy i odkrywcy różnych kwestii filozoficznych (czyt. ja i mój przyjaciel) chcieli się napić i nie mogli, ponieważ nagle wszystkim odbiła palma, która nie wynikała z szacunku dla osoby zmarłego, lecz raczej strachu pt. “co inni powiedzą”. Staliśmy przed bramą, w której znajdowały się 4 różne knajpy. Planowaliśmy iść z moim przyjacielem do jednej z nich, utrzymanej w stylu lat 80., choć tak naprawdę żadnym konkretnym, ale zamknęli wszystkie. Nawet gejowski. Przed bramą stała jakaś lesbijka ubrana jak chłopczyca, która pomstowała do koleżanek: — Kurwa mać, kto by się spodziewał, że zamkną nam lokal z powodu jego śmierci! — W jej głosie słychać było wielkie zaskoczenie, zdziwienie, dopiero potem oburzenie. Tak, oto śmierć człowieka, który uważał ją za chorą a jej orientację za wybór świadomy, choć spaczony cywilizacją śmierci, odejście tego człowieka położyło się cieniem na jej rozkładzie dnia.

Potem było gorzej: przez dwa tygodnie panowała żałoba narodowa, a telewizje oszalały nadając non-stop biografie wiadomo kogo. (Ciekawostka: jedynym kanałem, który nie zmienił ramówki, była katolicka stacja Puls.) W tym szaleństwie już nie widziałem metody. Przez dwa tygodnie relacjonowano kolejne pielgrzymki, spotkania młodzieży, pogodzenia się zwaśnionych kibiców dwóch drużyn piłkarskich (chłopaki morowo wytrzymali przez całą medialną szopkę, zaczęli się dosłownie zabijać dopiero po), żaden z ówczesnych psychologów telewizyjnych nie odważył się podjąć jakiejkolwiek analizy zjawiska czy broń boże interpretacji, a durni dziennikarze goniący za sensacją piali nad porozumieniami ponad podziałami. Porozumienia nie trwały długo, jak się okazało potem.

Teraz jednakże staliśmy przed kilkoma nieczynnymi lokalami wciśniętymi w jedną klatkę schodową, rzecz właściwie charakterystyczną dla tego miasta, a od grup ciągnących z centrum usłyszeliśmy, że tam też jest dupa, jeśli chodzi o napicie. Bez sensu, pomyślałem. — Idziemy do Żydów — oznajmił mój przyjaciel obierając kierunek na dawną dzielnicę żydowską. — Tak — odpowiedziałem.

— Byłem przedwczoraj w takiej knajpie należącej do mojego kolegi — zaczął opowiadać mój kompan. — I jak poszła plota, że może staruszek papież kopnął w kalendarz, to wyłączyli muzykę. I to wystarczyło. Czy oni wszyscy ocipieli, przepraszam, żeby zamykać lokale? Toż to dla nich żywa kasa! I czego oni się boją?

W dzielnicy żydowskiej było trochę lepiej, ale nie od razu. Ucałowaliśmy niejedną klamkę nim nie przyszedł mi do głowy pewien szatański pomysł. Popatrzyłem na mojego wulgarnego miejscami przyjaciela i pomyślałem, że zrobię mu psikusa, a może nawet dam nauczkę. Ale nie uprzedzajmy faktów. Zaproponowałem pewien położony na uboczu lokal, który moim zdaniem powinien był być czynny, choć tego wieczoru wszystko było możliwe. Mój przyjaciel zgodził się i ruszyliśmy w tamtą stronę. Na szczęście był już dzień po Prima Aprilisie i pogodę można było śmiało określić jako wcale ciepłą. Trochę celowo powłócząc nogami, niczym jacyś jebani dekadenci, dowlekliśmy się do wybranego przeze mnie miejsca.

Wejście do lokalu nie było proste, ponieważ trzeba było najpierw zadzwonić domofonem i w ten sposób sforsować metalowe drzwi, następnie zejść kilka stopni w dół i zostać skontrolowanym przez kratę. Dwóch wytatuowanych karków z marsowymi minami rzuciło na nas wzrokiem. — To moja parówa — powiedziałem, pokazując na mojego przyjaciela i puszczając oko do jednego z ochroniarzy. Uśmiechnął się pod nosem i otworzył kratę. Na szczęście środowisko, które “dzierżyło” klub, było na tyle niejednorodne, że kupili ten bajer. Na szczęście numer 2: mój przyjaciel tego jednak nie dosłyszał. Wpuszczono nas do środka. Po zimnym przedsionku z dwoma łysymi klucznikami trafiliśmy do właściwego klubu. Poczułem buchnięcie ciepłego powietrza na twarzy. Na wprost był wielki parkiet, a po prawej bar z kilkoma stolikami. Skręciliśmy w prawo. Może, myślałem zbliżając się do stołka barowego, trafiliśmy do alternatywnej rzeczywistości, gdzie Jan Paweł II nie umarł albo nigdy nie żył albo umarł dawno temu, może w zamachu Alego Agcy, a może podwójna brama wraz z murami tworzyłay na tyle gęste środowisko wokół wnętrza, że wiadomości z zewnątrz docierały ze sporym opóźnieniem. Jeżeli tak, to ja i mój przyjaciel moglibyśmy być rozpatrywani jako wirusy, które przynoszą taką wiadomość i mogą potencjalnie skazić atmosferę dobrej zabawy panującą w tym bastionie. Na szczęście nie mieliśmy takiego planu. Hulactwo w klubie było niezagrożone z naszej strony.

Siedliśmy przy barze, tak już na końcu. Po browczyku, postanowiliśmy i podniosłem rękę, by złożyć zamówienie, lecz barman nawet się nie obrócił. Spróbowałem jeszcze raz i… znowu nic. A to dopiero! pomyślałem. Pierwszy raz zdarzało mi się, że w ten subtelny sposób odmawia się prawa mojej obecności w lokalu. Kilka kolejnych prób nie przyniosło skutku. Można powiedzieć, że byliśmy w kropce. I wtedy obok mnie stanęła jakaś kobieta, uniosła rękę i barman pojawił się w momencie, zupełnie niespeszony, że wcześniej kładł na nas lachę. Kobieta oddaliła się szybko. Zdążyłem zanotować tylko, że ma dość odważną minispódniczkę — skórzaną, która miała kompletne wycięcie na pośladki, które przedzielone czarnym sznurkiem stringów sympatycznie kołysały się przy każdym kroku. Mój przyjaciel zamówił 6 kamikadze. Wypiliśmy po 3. Następnie drugą kolejkę i znowu po 3. Barman więcej nas nie ignorował. W pewnym momencie mój przyjaciel zorientował się w naturze psikusa, jakiego mu zrobiłem. — To chyba jakiś bar dla pedałów — powiedział. Istotnie, byliśmy w gejowskim klubie. Kilka kroków dzieliło nas od darkroomu, z którego dobiegały odgłosy bynajmniej nie będące hołdem dla teatralnie zmarłego bohatera wieczoru. Na razie jednak nie dawałem po sobie nic poznać. Postanowiłem wystawić mojego przyjaciela na próbę, ponieważ z zamiłowania psioczył nie tylko na szeroko pojęty kler, ale również mniejszości seksualne. Wypiliśmy jeszcze kilka kolejek kamikadze. I jeszcze kilka. I jeszcze nie wiem ile. Łącznie, jak ustaliłem następnego dnia rano, zapamiętałem tylko połowę wszystkich.

Skoro mogłem ustać na nogach — bo to różnie bywa, kiedy się pije; czasem człowiek w pewnym momencie chce skoczyć do kibelka i okazuje się, że nie może nawet wstać — poszedłem na parkiet.

 

(Powyższy akapit celowo pozostawiono pustym, ponieważ oddaje on dziurę w pamięci, która zachowała się po dziś dzień.)

To nie było jak przebudzenie, nie czułem się jakbym spał i obudził, o nie. Najtrafniejsze porównanie jest takie: jakbym zbliżał się do pokoju, w którym gra muzyka. Idę długim korytarzem i słyszę tę muzykę, która robi się głośniejsza. Głośniejsza i głośniejsza. Wtedy dochodzę do drzwi i przekraczam próg. Nagle dźwięk, który był przede mną otacza mnie z wszystkich stron. Mniej więcej tak poczułem się, kiedy zorientowałem się nagle, że tańczę z jakąś kobietą dość aktywnie integrując się z nią. Nasze języki odtańczyły być może tamtej nocy o wiele większe wygibasy niż nasze ciała. W pewnym momencie moja partnerka w tańcu zakręciła się dookoła własnej osi i ujrzałem goły tyłek. Ten sam, co przy barze. Trochę mnie wcięło. Rozejrzałem się za moim przyjacielem, ale nigdzie go nie widziałem. Zresztą czułem się trochę bezwolny i nic z tym faktem nie byłbym w stanie zrobić. Kobieta złapała mnie za rękę i pociągnęła do małej salki (a może to było patio?) równolegle z tą wzdłuż baru. Tam przy jednym stoliku siedziała jakaś para. Wybrylantowany chłopak w świecącej koszuli oraz prążkowanych spodniach w kantkę, obok jakaś dziwna dziewczyna w bluzce z napisami po hebrajsku. Osobniczka, która mnie porwała, posadziła mnie z tymi ludźmi, po czym pofrunęła gdzieś. Zacząłem przyglądać się dziwnej dziewczynie przy stole. Była płaska i miała jakieś takie rysy twarzy… męskie. I nagle poczułem się jak Jerzy Stuhr, który dotarł na squat do tych jakichś lesbijek-outsiderek w “Seksmisji”. To nie była dziewczyna. Powrót świadomości wydarzeń sugerował, że alkohol ulatnia mi się z głowy. Zaczynałem łączyć fakty. Oto siedzieliśmy w lokalu gejowskim i nie powinienem być tym zdziwiony. W sumie mi przeszło po pierwszym zaskoczeniu. Nie byłem jednak w stanie nic powiedzieć. Bynajmniej nie z powodu nieśmiałości. Szumiało mi w głowie i ogólnie byłem nastawiony raczej na odbiór. Alkohol zatruwający mój organizm, gorąc i zaduch panujący w pomieszczeniu, a także kakofonia dźwięków, jakiej byłem poddawany jeszcze przed chwilą uczyniły mnie na jakiś czas impresjonistą. W tej chwili chłonąłem wszystkie proste bodźce niczym jakiś flamandzki malarz po absyncie. Tylko potem tego nie malowałem, choć sądzę, że gdybym zwymiotował to przez takie sito do mąki na płótno, to mógłby być aukcyjny hicior. No ale nie zwymiotowałem. Para naprzeciwko mnie czuła chyba skrępowanie, ponieważ na przemian to nerwowo się uśmiechali do mnie, to czekali aż coś powiem. Z ulgą przyjęli powrót kobiety z gołym tyłkiem, która złapała mnie za rękę i gdzieś porwała.

Mój impresjonizm był dość spowalniający, ze dwa razy bym się wywrócił, kiedy byłem ciągnięty przez mroczny parkiet — w ciemności nie widać stopni — i korytarz do czegoś, co okazało się chyba małym darkroomem. Po drodze przyszło mi do głowy, że może ona też jest mężczyzną. Właściwie dlaczego by nie? W tym miejscu wszystko było możliwe. A jednak, pomyślałem sam sobie w odpowiedzi, miała piersi. No ale, kontrowałem po raz kolejny, było tutaj raczej niewielu ludzi z przypadku. Biseks? A może… Nie. To niemożliwe. Niestety, moje rozważania zostały przerwane tym, że w tym momencie weszliśmy do podłużnego pomieszczenia z dwoma rurami do tańczenia na środku i kanapą dookoła. Miejsce na prywatne tańce striptizerek, wydedukowałem. Przynajmniej kiedyś. Osobniczka posadziła mnie na kanapie i stanęła do mnie tyłem. Teraz dojrzałem, że jej część garderoby udająca spódnicę była bardziej czymś na wzór fartuszka, tylko spinana na dole cienkim paskiem. Rozpięła go i wypięła się, a następnie potrząsnęła pupą. — Nie chcę tak — powiedziałem. Wyprostowała się. Przez chwilę miałem na kolejnego psikusa: chciałem powiedzieć, że zmarł Jan Paweł II i że to mnie rozwaliło czy coś w tym stylu, ale prawie od razu uznałem to za nieśmieszne. Zamiast tego postawiłem na szczerość. — Jestem tu z przypadku. Nie wiem, co stało się na parkiecie, ale mój przyjaciel, którego przyprowadziłem tu dla żartu, wiesz, jest homofobem, no więc on mnie trochę upił i mam gigantyczną dziurę w wydarzeniach tego wieczoru.

Usiadła obok mnie i powiedziała: — Jeżeli jesteś tu z przypadku, to heh! Kiedyś opowiem ci, co tam wyprawiałeś ze mną. Nabrałeś mnie i może powinnać kazać cię stąd wyrzucić, ale mimo wszystko mnie rozbawiłeś. A twój przyjaciel rozrabiał przy barze i moi chłopcy wynieśli go, miotającego się jak zażynana świnia, a następnie wyrzucili do kałuży przed lokalem. Zrobili w ulicy taką głębszą dziurę, którą regularnie napełniają wodą, żeby wyglądała jak płytka, choć wypełniona brudną wodą kałuża. Zawsze, kiedy wyrzucają kogoś z lokalu, to jakiś cudem wpada on w tę wodę. Pomimo iż mamy bramę i kratę, to czasem ktoś się prześliznie. Myśli, że jest sprytny, ale tak naprawdę został przez nas wpuszczony. Zawsze. Wybieramy takich, co nie narobią problemów. Pooglądają, zostaną zignorowani w barze, ktoś spróbuje poderwać ich na parkiecie, po czym zmyją się. Chyba że nie, ale ciąg dalszy tego wariantu znasz. Potem ci, co byli grzeczni, opowiedzą o wszystkim swoim kolegom albo opiszą na forum dyskusyjnym. Tak rodzi się legenda tego miejsca. Pielęgnuję ją starannie. Bardzo dbam o to, żeby stworzyć tu inny świat, który pozostaje obojętny na wydarzenia na zewnątrz. Chyba dopiero wojna musiałaby się tutaj wedrzeć. — Zrobiła przerwę i spojrzała na mnie jak nauczycielka na niesfornego uczniaka. — Ale wy dwaj… zrobiliście moich bramkarzy. No, właściwie nie “wy”. Myślę, że patrzyli na ciebie, bo twój kumpel choćby kupił ten lokal, to by się nie dostał do środka. Chodź, napijemy się czegoś bezalkoholowego już.

— Jesteś właścicielką tego lokalu? — spytałem po drodze.

— Nazywam się Tranny Quilizer i tak, jestem tu królową na włościach.

Wróciliśmy do stolika ich znajomych. Wyglądali na zaskoczonych (może za krótko albo za długo nas nie było) i znowu zamilkli. — To jest Frank — przedstawiła mnie. Frank? prawie się zdziwiłem, ale no dobra, właściwie nie potrzeba było już mocniejszych dowodów na to, że dawno się tak nie upiłem. I najlepsze, że nie za swoje pieniądze. Wyjąłem z kieszeni kurtki zmiętą paczkę papierosów, z których niektóre były połamane, i zapaliłem sobie jednego. Tran oraz jej dwójka znajomych, którzy mi się nie przedstawili, ale właściwie ja też, opowiedziedzieli kilka historii o sobie, o tym lokalu i takie tam. Nadal miałem impresjonistyczną fazę, więc głównie słuchałem. Opowiedzieli mi o różnych problemach swojej mniejszości, o organizowaniu parad, zakroili szeroko kwestię adopcji — które chcą, których nie i tym podobne — oraz trochę o muzyce i filmach. Wypaliłem z sześć papierosów, kiedy Tran doszła do największej petardy tego wieczoru.

Kilka lat wcześniej, w czasach modemów i okrutnych cen internetu liczonego za każdą minutę połączenia urządziliśmy sobie z kuzynem — a obydwaj byliśmy nieletni — noc z porno. Były to czasy, jak wspomniałem, okrutne, nie było niczego takiego jak transmisja strumieniowa, ba, nie było nigdzie avików i wmvów do pobrania. Na stronie, którą po wielkich trudach znaleźliśmy, bo Google’a też wtedy nie było, a jak był, to nie tak rozbudowany jak teraz, były same obrazki, ale też nie tak, że galerie, nie myślcie sobie. Tekstowa lista z opisami. Po kliknięciu w link dopiero pojawiał się obrazek. Współcześni spece od usability na pewno mieliby tu coś do powiedzenia, ale na szczęście nikt tych nadętych durni nie będzie pytał o zdanie w tym temacie. Ci nudziarze pewnie do dziś nie mają wstępu do klubu Tran. Wtedy jednak jeszcze nie istnieli. Zarówno podczas nocy na modemie, jak i nocy w klubie odciętym od świata. Pojawili się niedawno. Ale nie o nich miałem. Co to ja? A tak. No więc kuzyn kliknął w jeden link i oto wyskoczyło nam na ekranie coś, czego nie potrafiliśmy zidentyfikować. Oto przed nami prezentowała się młoda mulatka z drobnymi piersiami i… członkiem. — Ale jak to? — zakrzyknęliśmy nieomalże równocześnie. Dziewczyna wyglądała na dziewczynę, miała kobiece kształty, szerokie biodra oraz dorodnego penisa. Coś tu strasznie nie pasowało. Przez wiele lat szukałem odpowiedzi na pytanie, skąd się biorą tacy ludzie — rodzą się tacy? Niestety, Internet podrzucał wiele zdjęć, a potem i materiałów wideo, lecz nigdy odpowiedzi na to pytanie. Tran, zgodnie ze swoim pseudonimem, gdyż nie posądzałbym jej rodziców o tak wyrafinowane poczucie humoru, była właśnie taką osobą.

— Urodziłam się chłopcem — zaczęła swoją opowieść, podbierając mi z paczki jednego papierosa (bez pudła wyciągnęła niezłamanego, co mnie się za pierwszym razem nigdy nie udało) i odpalając od mojego. — Tutaj właściwie moja historia nie różni się ani trochę od wszystkich historii transseksualistów. Czułam się źle w swoim ciele, jak i w swojej roli społecznej. Bardziej ciągnęło mnie do zabaw w sklep i tym podobne pierdoły, myślę, Frank, że znasz to. W odpowiednim momencie poddałam się operacji zmiany płci. Na szczęście mój ojciec jest Niemcem i to z zachodniego landu, więc był na tyle otwarty, by mi to umożliwić. I tutaj moja historia zaczęła się różnić od większości. Przeszedłszy kurację hormonalną oraz drobne operacje plastyczne poczułam, że pasuje mi ten stan zawieszenia pomiędzy, gdzie właściwie nie przynależna mi jest żadna konkretna rola społeczna. Poczułam się wolna. Wtedy przypomniałam sobie o tym miejscu. Wiele lat wcześniej, jeszcze jako cokolwiek wystraszony światem szczypiorek, włóczyłam się ze znajomą po okolicy i nagle ujrzałam w tym miejscu moje miejsce, to które mnie chętnie kiedyś przyjmie. Bardzo mocne przeświadczenie. Wróciłam tu, znalazłam opuszczony budynek po dawnym zarządzie gazowni i urządziłam tu swoje królestwo, lokal odcięty od świata, nie pełniący w związku z nim żadnej roli, piszący własną historię. Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. — Popatrzyła na mnie trochę kontrolnie, czy nadążam za jej opowieścią. Nadążąłem i to całkiem nieźle, ponieważ alkohol prawie już na mnie nie działał. Delektowałem się papierosem i byłem lekko przymulony, ale mój umysł pracował bez zarzutu. Olśniło mnie, choć jeszcze o tym nie wiedziałem w tamtym momencie, że większość tzw. shemale’ów się bierze właśnie stąd. Z niedokończonych operacji zmiany płci. Może zbierają na te ostatnie, może się boją, a może jeszcze coś innego. Ale to było jakby później.

— A brudne łona kobiet złych istotą poezji w mig staną się — powiedziałem. — Ale nie o tym chciałem. Mam cytat bardziej na temat: W gruncie rzeczy wiedział, że nie można wyjść poza, ponieważ nie było żadnego poza. Jeśli wierzyć autorowi biblii dla pseudointeligentów. Chociaż mnie właściwie ta książka się podobała.

— Cortazar. Biegłyś w cytatach. — powiedziała Tran, chyba trochę z drwiną w oczach. — Poza nie, ale pomiędzy już prędzej. — Spojrzała na zagarek na lewej ręce. Śmiesznie go nosiła, ponieważ miała tarczę od spodu dłoni. — Nie chcę być niemiła, ale czas będzie zamykać i muszę przy tym być. Szczególnie w dniu śmierci takiej persony.

— Jakiej persony? — spytał wybrylantowany wypacykowany piękniś przy stole.

Spojrzałem na Tran, ale jej spojrzenie z kolei mówiło mi, że zachowałbym się jak pieprzony wirus komputerowy, zdradzając tę tajemnicę, więc postanowiłem uciec się do kalamburu. — Napoleon konserwatyzmu — powiedziałem, wstając. — Dzięki niemu dane było nam się poznać. Bardzo miły wieczór, panno Quilizer, i mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś zobaczymy. Musimy omówić różnice pomiędzy “pomiędzy” i “poza”.

— Do zobaczenia, Frank — powiedziała, również wstając. — I właściwie, to jak się nazywasz? Wymyśliłam to imię na poczekaniu.

— Jestem Aubrey. Aubrey De Los Destinos.

Na zewnątrz było już jasno. Szybka rewizja wydarzeń z nocy i wieczoru dnia poprzedniego istotnie wykazała, że o godzinie, która była celebrowana w różnych telewizjach niczym pierwsza relikwia nowego świętego przez następne dwa tygodnie, czyli o 21:37, siedziałem jeszcze przed małym telewizorem rozważając jakąś nieistotną z punktu widzenia późniejszych godzin kwestię, a to oznacza, że do królestwa Tran dotarliśmy grubo po północy — jeśli dodać poszukiwania jakiegoś lokalu — a potem jeszcze film mi się urwał. Tak więc jasność wdzierająca się spomiędzy chmur na niebie prosto w me zmęczone źrenice była w pełni usprawiedliwiona. Idąc tak z głową pochłoniętą tymi wszystkimi ustaleniami nie patrzyłem pod nogi. W pewnym momencie potknąłem się o coś i upadłem.

— Do chuja wafla! — zawołał znajomy głos. Ujrzałem mojego przyjaciela, który wystawał z kałuży, tj. głowa i ręce, reszta zanurzona była w dziurze udającej kałużę. — Wyciągnij mnie stąd! Wywalili mnie z lokalu po tym, jak poszedłeś tańcować z tą gołą dupą i w ogóle jeśli jeszcze raz weźmiesz mnie do takiej knajpy, to cię chyba zatłukę na śmierć!

— Spoko, myślę, że nieprędko umrze następny papież — odparłem biorąc się za wyciąganie go z kałuży. Dobrze, że miał długie włosy, to sobie je okręciłem wokół ręki i było mi łatwiej, choć trochę krzyczał przy tym. Właściwie to rozważałem zostawienie go tam, w końcu by mu ktoś pomógł, ale nie miałem pieniędzy, a wiedziałem, że on zamówi taksówkę.

Kolacja z Jeleniem

Listopad 24, 2009 (wtorek)

Siedzieliśmy u mojej znajomej Magdy, która zajmuje się tropieniem ludzi jaszczurów i innych spisków, jednocześnie wychowując siódemkę dzieci i prowadząc dom. Utrzymuję znajomość z nią, ponieważ pośród całej dostępnej prasy (również tej internetowej) oraz literatury jest znamienita większość śmiecia. Od czasu rozmowy z Iluminatem oraz późniejszej pogoni za osobnikiem z ogonem wykazywałem większą czujność, ale przebijanie się przez wszystkich Denikenów z ich teoriami było ponad moje siły. Miałem też inne rzeczy na głowie. Magda odwalała kawał dobrej roboty odsiewając największe bzdury, z których ja odsiewałem dalsze 3/4 i w ten sposób wiedziałem, o co kaman w tym świecie pełnym pazernych koncernów farmaceutycznych i takich tam. Akurat pod klatką spotkałem Jelenia, który paląc swojego ostatniego papierosa kontestował przeciwko temu światu. — Ponieważ nie jest on tak okrutny, jak poprzedni, to i kontestacja łagodniejsza, już nie ścigam możnych tego świata, by wypatroszyć ich przy pomocy jakiejść dalekowschodniej broni. Przeszedłem na bierny opór — opowiedział pomiędzy dwoma zaciągnięciami. Spytałem go, czy jest głodny, a kiedy odparł, że nie miałby nic przeciwko jakiejś przekąsce, zabrałem go ze sobą do Magdy. Po sprawdzeniu go specjalnym urządzeniem zakupionym na Allegro czy przypadkiem Romek nie jest jaszczuroludem (reptylianinem) zgodziła się na jego obecność na obiedzie.

Podano bardzo zdrową, naturalną żywność, kiełki z sojowymi parówkami z zestawem sałatek oraz surówek, który spożyliśmy ze smakiem, następnie goście dyskutowali na przeróżne tematy, choć krążące wokół tych, którym hołdowała gospodyni. Jak mówiłem, jestem nowy w temacie, więc niespecjalnie się udzielałem. Ogólnie nie lubię się udzielać. Bywam bardzo towarzyską osobą, ale moja wizyta tam nie miała dla mnie towarzyskiego charakteru, więc w milczeniu słuchałem ludzi i obserwowałem ich. Byli szczerzy w swoich postawach i w swoich słowach, kiedy omawiali mniejsze lub większe nieścisłości w oficjalnych przekazach. Nie wszyscy byli wielkimi gorliwcami próbującymi łapać jak najwięcej spiskowych srok za ogony. Część koncentrowała się na pojedynczych kwestiach. Aczkolwiek patrząc na całość można było zgodzić się z wrażeniem, jakie zaszczepił mi stary Iluminata spotkany w restauracji — że poprzez wzajemny szacunek dla swoich sprzecznych niejednokrotnie teorii zaśmiecali zbiór wiedzy. Dlatego właśnie zainteresowanie teoriami spiskowymi wymagało takiego odsiewania i dla ludzi z zewnątrz wydawało się paranoicznym bełkotem. To się dopiero nazywa strzelić sobie w stopę!

Wtedy Magda wypaliła z pytaniem, które zmieniło trochę charakter dyskusji i zapoczątkowało nadchodzącą tragedię. Magda spytała: — Czy byliście bici w dzieciństwie? — Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Ludzie niechętnie przyznawali, że “coś tam dostawali w dzieciństwie”. Wtedy jedna z kobiet, która prosiła o anonimowość opowiedziała swoją historię, o matce, która ją biła w atakach wściekłości, a na drugi dzień kupowała prezent na przeprosiny. — Do dziś, gdy słyszę od niej o prezencie, to zdejmuje mnie paraliż.

— Bo źle to robiła — odparł rzeczowo znajomy, którego imienia nie zapamiętałem. — Mój ojciec nigdy nie bił mnie na gorąco, czekał do następnego dnia i dopiero wtedy wymierzał karę. To o wiele lepsze rozwiązanie — powiedział z niezachwianą pewnością siebie.

— Tak sądzisz? Czytałam ostatnio, że to najgorsza forma karania, z racji na swoją systematyczność i chłód można ją porównać do tresury — stwierdziła Magda.

Jej rozmówca stracił pewność siebie. — Fakt, pamiętam, że to był wielki stres, kiedy następnego dnia ojciec mówił “Pozwól do mnie chwilę”, ale właściwie to bardziej klapsy były. Nie, myślę, że nie byłem bity.

— Przed chwilą cię jeszcze bił — odezwał się niespodziewanie Jeleń, nie przerywając jednak jedzenia. Cały czas wydawał się niezainteresowany przebiegiem rozmowy.

Mężczyzna poczuł się chyba atakowany. Gdyby miał sierść, to by mu się zjeżyła. Nie miał i uczestnicy dyskusji tego nie zauważyli. Ja siedziałem sobie zboku, więc wychwyciłem to. To istotny moment jakiejkolwiek wymiany zdań, ponieważ z grubsza wtedy się ona kończy. Zjeżony osobnik okopuje się na swoim stanowisku i zaczyna go bronić i nie ustąpi ani na jotę. W Internecie to umarł w butach, na żywo bywa na ogół lepiej, można przerwać impas, ale też z rzadka dochodzi do rękoczynów, a nawet urazów ciała. Raz na ruski ktoś zginie. Oj tak, polemika to nie jest lekki kawałek chleba. Zapewne mógłbym wyjść z tym podczas kolacji i wyłożyć im, co się właśnie dzieje, ale bóg (którykolwiek) mi świadkiem, że sądziłem, że na pyskówce się skończy.

— Pan ma dzieci? — spytał mężczyzna Jelenia.

— Nie, ale miałem dużo młodszego rodzeństwa i po śmierci ojca pomoc w ich wychowaniu spadła na moją matkę i mnie — odpowiedział Jeleń, kończąc jeść.

Mężczyzna chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Liczył na coś krótszego, w stylu samego “Nie”, lecz się przeliczył. W tej sytaucji zwrócił się ponownie w stronę Magdy: — Nie wierzę, że można wychować dzieci bez klapsów.

— Mnie się udało — odparła Magda.

— I nigdy nie masz ochoty przylać swoim dzieciom?

Magda chciała zaprzeczyć i nawet zaczęła kręcić głową, ale Jeleń, który siedział ze splecionymi nad talerzem dłońmi się włączył. — Ale za co, przepraszam? — spytał.

— Nie zrozumiesz, koleś — rzucił protekcjonalnie mężczyzna. — Sam powiedziałeś, że nie masz dzieci.

— Spróbujmy — zaproponował Jeleń.

— Czasami inaczej się nie da. Wracam zmęczony z pracy i mam się użerać z dzieckiem? — spytał i widzą, że Jeleń chce zabrać głos, uprzedził go i kontynuował: — Ja np. byłem bity i wyrosłem na porządnego człowieka, więc nie sądzę, żeby…

Niestety nie dokończył, ponieważ Jeleń najpierw odwinął mu, wywracając z krzesłem, a potem rzucił się na niego i zaczął okładać pięściami po twarzy. Z tego, co dane było mi potem poznać Jelenia, to mógłby go zatłuc na śmierć, a on mu wtedy nawet nie złamał nosa. Większość ciosów pozorował, wyrządzając tym samym być może nawet większą szkodę, ponieważ zaszczepił w mężczyźnie przeświadczenie, że jest jak ten aktor kopanego kina akcji, którego leją cały film, a on ma tylko wargę rozciętą. Następnym razem postawi się na osiedlu jakiemuś kozakowi i odczuje to boleśnie.

— Jak rozumiem, nie masz nic przeciwko temu, że cię pobiłem — powiedział Jeleń, kiedy skończył go okładać. Nadal jednak siedział na nim okrakiem i patrzył na niego wściekle. — Rozumiesz, że czasem inaczej się nie da. Przyszedłem tu głodny i zmęczony i nie chciało mi się słuchać twojego pierdolenia.

— To nie to samo! — zawołał mężczyzna i od razu zaczął się zasłaniać, lecz Jeleń wstał i ruszył w stronę przedpokoju. Mężczyzna poczuł się bezpieczniej, a co za tym idzie pewniej. — To są moje dzieci i…

— Są twoją własnością?! — krzyknął Jeleń.

— No nie, ale jestem ich ojcem, więc…

— Nie kończ, lepiej nie kończ — przerwał mu Jeleń. — Bo inaczej ja też z tobą skończę. Spadam — oznajmił na koniec, po czym wyszedł.

Kurtkę ubrał już na klatce. Przeprosiłem Magdę i zgromadzonych, i wyszedłem za nim. Znowu palił papierosa pod klatką.

— Bierny opór, co? — spytałem siadając na schodach.

— Masz rację, to było zbędne — stwierdził Jeleń. — Pewnie on to odreaguje na swoich dzieciach. W końcu o nie poszło, a na mnie się nie ma jak odegrać. Wiesz, włócząc się po tym świecie poznałem adeptów zen, którzy pokazali mi jak medytować. Zobaczyłem ten zaklęty krąg cierpienia, który bierze się właśnie stąd: ja pobiłem jego, on wleje dzieciom, dzieci komuś tam w szkole albo jemu po latach i tak się to kręci. Nie chcę tak. A zmienić można tylko siebie. — Spojrzał w górę schodów. — Może wrócę tam i go przeproszę.

— Lepiej nie — powiedziałem. — Przynajmniej nie teraz.

— Racja. To teraz Magda nie zaprosi mnie już na obiad — powiedział trochę rozbawionym tonem.

— Myślę, że każdy, kto sprzeciwia się biciu dzieci, w głębi duszy odczuwa coś takiego czasami, że chętnie by wtłukł jakiemuś upartemu osłu (osłowi? spytałem, lecz Jeleń nie wiedział), ale w końcu się powstrzymuje. Nie wiem, czy to przypadek Magdy, ale może nie potępi Cię z góry na dół.

— A powinna.

Królowa Internetu

Październik 10, 2009 (sobota)

Wszedłem do małego lokalu z chińsko-wietnamskim żarciem. Podchodziłem do takich deklaracji z wrodzonym sobie dystansem, koncentrując się na fakcie, że mi to po prostu smakuje. Resztą się tak nie przejmowałem. Zamówiłem u małomówiącej po polsku Azjatki kurczaka cztery smaki — piąty był się skończył już tego dnia, zresztą to i tak kończy jako jeden smak, a ilość składowych mnie szczyka — i rozejrzałem się po lokalu, analizując sytuację pod kątem: jaki zająć stolik. Wzrok mój utkwił w stoliku tuż za drzwiami, który był niewidoczny przed wchodzącymi oraz ludźmi nie analizującymi sytuacji pod kątem: jaki zająć stolik. Tymczasem działo się tam coś ciekawego. Siedział przy nim docent Teofil Pigwa, który rozmawiał z jakąś małolatą.

Mało kto znał mniejsze i większe grzeszki docenta tak dobrze jak ja. Niestety, qui pro quo on znał moje, co wprowadzało sytuację patową. Poznałem go pewnego razu w parku, kiedy przyłapałem go na obserwowaniu małych dzieci w piaskownicy celem utrwalenia w swej fotograficznej pamięci tego widoku i wykorzystania go później w snuciu swoich zwyrodniałych fantazji po nabiciu fajki i zajęciu miejsca w ulubionych fotelu jeszcze z lat 70., który jednakże w międzyczasie został oddany do tapicera, a drewno zostało odświeżone. Tak, docent Teofil był pedofilem, niestety, jak wspomniałem, miał na mnie haki, więc nie mogłem donieść na niego policji. Zamiast tego zaprzyjaźniliśmy się trochę, a nawet graliśmy razem w szachy. Wygrywał za każdym razem, aż do dnia, kiedy odkryłem, że przestawia figury, gdy nie patrzę. Złapałem go wtedy za rękę, i to tak dosłownie, że połamałem mu palce. Następnie opisałem to, co mi opowiadał na temat działania wszelakiej maści pedofilów. A potem podając się za życzliwego zadzwoniłem i go wsadzili na sześć lat z czego wyszedł po trzech za dobre sprawowanie. Wrócił na swoją uczelnię — był z zawodu pedagogiem, w czym nie było ironii, to objawiał się tylko jego drapieżczy mimetyzm — gdzie prowadził nudne wykłady nt. nauczania początkowego i problemów emocjonalnych u dzieci do lat 10. Rzygać się chce. I ten właśnie człowiek, popijając piwo miller genuine draft czarował małolatę, która zajadając się łososiem z rożna i ryżem oraz zestawem surówek, chichotała jak słodka idiotka z polskiego serialu komediowego. W istocie przez chwilę spojrzałem podejrzliwie po lokalu jeszcze raz nasłuchując czy zaraz niewidzialny tłum nie ryknie śmiechem, lecz nic takiego się nie stało. Postanowiłem napsuć trochę krwi docentowi Teofilowi. Pokazałem pannie Yumyum za kontuarem gdzie ma mi przynieść zamówione danie i siadłem przy stoliku.

Docent był zaskoczony bardzo, ale pomimo mojego srogiego spojrzenia uśmiechnął się w bardzo wymuszony sposób. — Witaj, Aubrey — powiedział nawet. — Co cię tu sprowadza? — spytał.

— Byłem głodny — odparłem. — Nie przedstawisz mnie?

W tej chwili docent pojął, że nie dosiadłem się tylko po to, żeby klepnąć go po plecach, spytać “jak leci?” i iść w sobie znanym kierunku. Docent zbyt długo jednak był rakiem toczącym to niewiele więcej warte społeczeństwo i pewne formy miał opanowane do perfekcji. — To mój znajomy z dawnych lat — powiedział wskazując na mnie, po czym pokazał dziewczynę — a to jest Mariolka, którą poznałem w sklepie obok. Była głodna, a ja postanowiłem jej kupić posiłek. — Mariolka uśmiechnęła się i dodała: — Marylin, proszę mi tak mówić.

— Dobrze — odparłem. — Więc tak sobie gadacie, a o czym sobie gadacie?

Docent był czerwony, jak sądzę. Wiedział, że udaje tylko przed dziewczyną, co mu utrudniało. Znacznie łatwiej jest, kiedy wszyscy biesiadnicy wierzą w kity, jakie wciska ludziom. Daj panie boże, jeśli istniejesz, żeby tylko kity wciskał ludziom, szczególnie tym młodszym. — No, Mariolka… to znaczy Marylin… ona… ona miała kilka pytań i… i ja właśnie…

— No — weszła w to Marilyn — bo mój chłopak chce najpierw anal, a potem oral, a ja się brzydzę. Niby jasne, wiadomo, nie, że się myję przed, ale mimo wszystko kazałam mu spierdalać, pytałam pana doktora (— Docenta — wtrącił ten.) jak mu to wytłumaczyć, no i się dosiadłeś, Aubrey. Uczyłeś się na kartkówkę?

— Jak to kartkówkę? — spytał nieomalże spanikowany docent. — Jaką kartkówkę? O co tu chodzi?

— Aaaaaaaaaaaa jaaaaki, nabrał się, nabrał się! — zaczęła krzyczeć Marylin, pokazując nam obydwu nieprzeżute jeszcze całkiem jedzenie. Potem zaczęła się krztusić i musiała popić coca-colą.

— Kobiety — rzekłem lekko filozoficznym tonem z nutką dekadencji. W tym momecnie panna Yumyum przyniosła mi jedzenie.

Docent zbierał się jeszcze chwilę do odpowiedzi, wiedząc podświadomie, że nie ma takiego zestawu słów, którym by mnie mógł oszukać, a ja przyjrzałem się Mariolce, 17-letniej rusałce, która emanowała magnetyzmem, przed którym docentopodobni nie mogli się powstrzymać. Miała jaskrawo jasne włosy, wyraźnie rozjaśnione i wyraźnie bez większego pojęcia o tym, poprzestała na jakiejś kiepskiej farbie, zamiast sięgnąć po o wiele tańszy rozjaśniacz do nabycia w sklepie fryzjerskim. Jestem pewien, że przez pierwsze dni wyciągała sobie włosy z głowy garściami. Jeżeli nie sięgnęła po jakąś odżywkę to nadal to robi. Ubrana była zgodnie ze standardem osiedlowych blachar, tj. miała na sobie obcisłą sukienkę w kolorze intensywnej zieleni oraz białe wysokie kozaki. Siedziała, jakby połknęła kij od miotły, ale to pewnie dlatego, że — jak mi kiedyś wytłumaczyła znajoma z działu sprzedaży cukru — miała mały biust i chciała go powiększyć optycznie. Nie wyglądała jak dorosła osoba, raczej jak ktoś, kto chce tak wyglądać, ale mu nie wychodzi, czego nawet nie dostrzega. Sposób, w jaki posługiwała się widelcem — nóż leżał obok nietknięty — zdradzał, że w domu nie dbano w ogóle o takie rzeczy.

Tymczasem Docent był się już zebrał w sobie, albo pogodził się, że mnie nie oszuka, albo uznał, że znalazł odpowiedni charakter dla swojej wypowiedzi. — Wszystko przez pornografię — zaczął, ale bez moralizatorskiego zacięcia, o jakim można by pomyśleć widząc takie słowa. — Przekazuje ona młodzieży niewłaściwy obraz seksu, obraz sprowadzający się do mechanicznie wykonywanych czynności, nie mówi nic o uczuciach, do tego wprowadza pod strzechy, można tak powiedzieć, świadomość pewnych niepopularnych do tej pory praktyk seksualnych. W efekcie 17-letni chłopak…

— On ma 27 lat — poprawiła go Marylin, wypluwając przy tym kawałek ryby na stół. Zaśmiała się, chrumkając jak warchlak, złapała rybę w zakończone tipsami palce i wpakowała mięso z powrotem do ust.

— Dwadzieścia siedem… — powiedział z jakąś tęsknotą docent. Być może zaczął sobie wyobrażać, że skoro jest z 10 lat starszym, to może być i 40. Jego wzrok pobiegł w stronę wątłej objętości biustu małolaty. Chrząknąłem głośno. Nagle jakby ocknął się i podjął dalej swoją opowieść: — W efekcie wychowanek na filmach pornograficznych chce wyczyniać czasem niestworzone rzeczy.

— Wymarzone czasy dla pedofilów — stwierdziłem patrząc w sufit. Docent chciał posłać mi jadowite spojrzenie, ale nie mógł.

— Dobra, no, kumam jakby bazę, ale co ja mam powiedzieć temu zbokowi? — naskoczyła na docenta Marylin.

— Powiedz, że anal jest dla pedałów — stwierdziłem w połowie drogi między ryżem a surówką. Nie mógłbym tego powiedzieć przy mięsie.

— Słucham?! — krzyknął docent.

— Podobno czasem działa, nie wiem, kolega mi opowiadał — uciąłem.

— No, Mariusz nienawidzi pedałów — powiedziała bardziej do siebie Marilyn. Skończyła jeść i głośno beknęła. — O sorry, idę się odlać.

W tym momencie do lokalu wszedł dres. Nie miał na sobie dresu, ale mnie nie zmylił. Pod wpływem presji społeczeństwa dresy zrzucili szeleszczący ortalion, miękką bawełnę i inne przeboje branży dziewiarskiej, zamieniając na nie mniej wdzięczny sztruks, swetry w serek, obszerne kurtki ze skaju, a białe adidasy zamieniając czasami na tandetne półbuty z ściętym na kwadratowo szpicem. Więc właściwie to już nie był szpic, jak się tak zastanowić. Przez kilka lat nie mogłem kupić butów, bo tylko takie były, ostatnio klasyka wróciła. Na szczęście klasyka zawsze wraca. Moja kobieca intuicja podpowiadała mi, że był to Mariusz. Miał łeb zgolony na zero, twarz przeoraną kilkoma śladami dawnych bijatyk, a spod krótkiego rękawka wybiegał na przerośnięty od testosteronu i godzin spędzonych na siłowni biceps rozłożysty i trochę wyblakły tribal. To i tak dobrze, że nie smok, matko, smoki to się tak zużyły, pomyślałem patrząc na mojego hóngzhonga na prawym nadgarstku. Zacząłem się również zastanawiać, czy Mariolka ma nad tyłkiem jakiegoś tribala albo motylki na gałązce roślinki albo coś w tym stylu, wszystkie lampucary już tam mają podobno, jak mi był opowiadał razu pewnego przy fajce wodnej kolega. Mariusz był wściekły. Szybka dedukcja kazała mi pomyśleć, że byli umówieni, a ona dała w długą i dopiero znajoma kasjerka, może jakaś jego kuzynka, poinformowała go o tym co się dzieje, więc ruszył energicznym krokiem wyrwać swoją dupę z rąk starego zboczeńca. Jeżeli, analizowałem dalej sytuację, ona tu wróci i siądzie do stolika, to obydwaj dostaniemy manto od Mariusza. Należało się więc ewakuować, lecz miałem jeszcze pół talerza jedzenia. Poza tym mogłem to zrobić sam lub zabierając ze sobą docenta. Czy zależało mi na tym, żeby dres na spidzie czy czymś w tym stylu wtłukł chuderlawemu pedofilowi? Jeszcze raz przypomniałem sobie moment, kiedy docent pożerał wzrokiem młodą pierś Marylin. Chrząknąłem, ale po prawdzie kusiła go celowo, mała nimfetka. Na swoje białe kozaki zarobiła umieszczając na Naszej Chujni zdjęcia w strojach kąpielowych, a w pełni rozebrane wysyłając za pieniądze. Stara maksyma, że nie wiadomo, kto czai się po drugiej stronie, działa w obydwie strony. Nie robię ofiary z docenta Teofila Pigwy, starego zboka, który za mało odsiedział za swoje przewinienia. Obydwoje byli siebie warci. Mniej więcej.

Wstałem, podniosłem talerz do góry i powiedziałem: — Yumyum, odniosę talerz jutro rano. Chodź, wujku — zwróciłem się do docenta i złapawszy go za rękaw wyciągnąłem na zewnątrz. Postępując tak, jak teraz, będzie jeszcze nie raz miał okazję dostać w nos lub inną nieparzystą część ciała. Mariusz wydmuchiwał z nosa powietrze jak byk na corridzie, kiedy go mijaliśmy. Niestety nie było w otoczeniu żadnego matadora czy choćby toreadora, który pogoniłby mu kota przy pomocy małego obrusiku z błyszczącego niczym psu jaja na wiosnę materiału.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.