Pieśń uciekiniera. Zemsta

Lipiec 26, 2010 (poniedziałek)

Droga z pustymi poboczami ciągnęła się dokąd wzrok sięgał, ale nie zniechęcało to Gracza. Przez jakiś czas powinien unikać główniejszych dróg. W zeszłym tygodniu postanowił zakończyć swoje odosobnienie w szpitalu psychiatrycznym. Wolny umysł jest wolny w każdej sytuacji. Oszukanie strażników i prymitywnych zabezpieczeń nie sprawiło mu trudności. Wybrał drugi dzień urlopu dr. Wakulskiego. Była to drobna złośliwość ze strony Gracza, do czego się sam przed sobą przyznawał. Wakulski musiał być wściekły, kiedy ściągnęli go w trybie pilnym z Egiptu. Podobno 7 lat zajęło mu takie ustawienie spraw, żeby się móc wyrwać. Gracz wątpił czy czegoś go to nauczy, ale szansa zawsze była. Wymknął się pod osłoną nocy i przez cały czas szedł przed siebie. Od momentu, w którym postanowił przywrócić sobie pełną wolność, spożywał pełne posiłki, czym zdaje się trochę zaskoczył personel, ale nie wiedział kiedy i gdzie będzie miał szansę posilić się czymś poza murami szpitala, więc chciał mieć jak największy zapas energii. Szedł przez całą noc. Drogi wybierał trochę przypadkowo, choć zgodnie z regułą “zawsze mniej ważna”. Starał się trzymać kierunku na wschód. Szpital był ulokowany na wschodzie miasta. Nad ranem był już daleko od szpitala i od miasta. Koło dziesiątej zszedł z pobocza i wszedł w las, gdzie znalazł borówki. Najadł się ich aż nie mógł na nie patrzeć. Potem położył się spać na rozgrzanym przez słońce mchu. Przespał południe i maksymalne słońce. Wybrał okres upałów nie bez przyczyny — w dni takie, jak ten, nie chce się tak jeść. Ponadto nie musiał się ciepło ubierać. Miał na sobie dżinsy, koszulę i nowe trampki, które oszczędzał przez cały pobyt w szpitalu. Nie miał dalszego planu. Zamierzał dać ponieść się losowi. W ostateczności, gdyby mu się nie udało zorganizować niczego, mógł oddać się w ręce władz i wrócić do szpitala. Chciał tego uniknąć, ponieważ obawiał się surowego traktowania. Zaczęliby go faszerować otępiającymi prochami. Wakulski był kawałem zawistnego drania. Mściłby się.

Po przebudzeniu się ruszył dalej. Słońce już od jakichś 5–6 godzin było poza zenitem, ale temperatura nadal była grubo powyżej 30 stopni. Przez chwilę szedł poza drogą, która była strasznie nagrzana, ale w pewnym momencie teren stał się grząski i Gracz zaczął się zapadać. Wrócił na pobocze. Po dwóch godzinach dotarł do rozstaju dróg. Gdyby miał monetę, to by nią rzucił. Musiał sobie jednak radzić w inny sposób. Obydwie drogi były podobnie ważne, jedna prowadziła w kierunku lasu, druga — wzdłuż ciągnących się po horyzont (na niewielkim wzniesieniu) pól złocącego się zboża. Przed sobą miał drogowskaz wskazujący w stronę zbóż. Wedle znaku wybierając drogę w stronę pól zbożowych trafić miał do miejscowości Hęchodoły. Stwierdził, że przydałby mu się jakiś kontakt z cywilizacją.

Siedzenie w celi i zbieranie informacji o świecie nie mogło trwać wiecznie. Nie myślał o tym wcześniej. Po prostu czytał i analizował starą wiedzę swoim nowym spojrzeniem. W końcu osiągnął punkt, w którym teorię wypadało przekuć w praktykę. W istocie podział na teorię i praktykę był bezsensowny. Teoria i praktyka są niczym dwie strony tej samej kartki. Nie da się ich rozdzielić. Jego wyzwolony umysł jednak nie pozwalał mu na coś, co mógł określić powrotem do społeczeństwa. Powrót oznaczałby odrzucenie doświadczenia, które spotkało go na tropikalnej wyspie. Doświadczenia, które kontynuował już na własną rękę podczas pobytu w szpitalu. Nie pasował już do świata, w którym się narodził i wychował. Zaczął postrzegać swoje relacje ze światem zewnętrznym jako swoistą grę, którą z miejsca podjął. Udawał przed nim wariata. Jako wariat mógł więcej. Jego wizje nie budziły niczyjego niepokoju. Szpital go niezniewalał, lecz zaczął w nim odczuwać duszność. Dlatego ubrał się w najlepsze ubranie, jakie znalazł i dał drapaka.

W pewnym momencie asfalt skończył się. Gracz zatrzymał się, gdyż ujrzał przed sobą kałużę. Była już w większości wyschnięta i błotnista, ale był to pierwszy zbiornik z wodą, na jaki trafił. Podszedł i kucnął przed kałużą. Zastanawiał się czy jest potrzeba picia z niego, kiedy spomiędzy złocących się łanów wyszedł pies. Kundel o futrze niewiadomego koloru. Obszedł go tak, że stanął od strony drogi i zaczął chłeptać. Gracz jął zastanawiać się czy to aby nie jakiś znak. Że powinien się napić. Nagle usłyszał silnik samochodu, ale było za późno na jakąkolwiek reakcję. Samochód potrącił psa z dużą prędkością. Zwierzę zaskomlało i potoczyło się kawałek dalej. Samochód gwałtownie zahamował. Gracz miał teraz okazję przyjrzeć mu się. Był to polonez starego typu, chociaż był odnowiony. Odmalowany na czarny matowy kolor. Tylne szyby były przyciemniane. Drzwi samochodu otworzyły się i z pojazdu wysiadł łysy mężczyzna. Oczy krył za podłużnymi czarnymi okularami. Miał na sobie czarną kurtkę z pagonami, pod którą miał żółty podkoszulek wpuszczony w czarne acz prążkowane spodnie zaprasowane w kantkę. Na stopach miał eleganckie półbuty, które pasowały do tej drogi jak pięść do nosa. Gracz wyczuł wokół niego jakąś aurę zła. Mężczyzna emanował nią z daleka. Ruszył dziarskim krokiem w stronę Gracza. Lewą rękę trzymał za plecami. Być może miał tam jakąś broń.

— To twój pies? — spytał beznamiętnym tonem.

— Ten pies nie należał do nikogo, jak mniemam — odrzekł Gracz.

W tym momencie ich spojrzenia spotkałyby się. Niestety ciemne okulary pozwalały tylko mężczyźnie dojrzenie w oczach Gracza coś, co go musiało przerazić. Zesztywniał i spojrzał w stronę samochodu, lecz musiał zmiarkować, że odszedł zbyt daleko, by zawrócić bez wzbudzania podejrzeń. Musiał wziąć Gracza za jakiegoś bezdomnego włóczęgę i teraz zapewne żałował swojej pochopnej oceny sytuacji. Wtedy okazało się, że za plecami trzyma małą butelkę z wodą mineralną. Rzucił ją w stronę Gracza i zaczął się wycofywać w stronę samochodu. Gracz cały czas kucał i obserwował mężczyznę. Po dojściu do samochodu wskoczył do niego i odjechał z piskiem opon. Wtedy Gracz wstał. Popatrzył na psa a potem na butelkę wody. Podniósł zwierzę, podniósł wodę i zaczął iść przed siebie. Pies nie żył. Śmierć była szybka.

Gdy doszedł do końca pól, zszedł z drogi do małego zagajnika. Wykopał ręcznie grób i złożył tam psa. Zakopał grób i chwilę podumał nad nim. Potem wrócił w dalszą podróż. Nie tknął wody od łysego mężczyzny, chociaż cały czas miał przy sobie butelkę. Było koło 19, kiedy dotarł do Hęchodołów. Była to niewielka wieś. Pełno takich w Polsce. Składała się z kawałka drogi i kilkunastu domów. Tutaj był również kościół. Wpisywał się w liczną grupę architektonicznych potworków, jakie rodziły się w umysłach kolejnych księży przekonanych o swoim kunszcie. Zawsze znalazł się jakiś łasy na pieniądze architekt, który za pieniądze gotów był rozrysować każdy pomysł. Tak powstał betonowo-drewniany budynek, którego próżno było szukać w przewodnikach turystycznych. Naprzeciwko kościoła stał jeszcze tylko kanciasty sklep ogólnospożywczy. Za sklepem siedziało na ławce kilku piwoszy. Zanim jednak Gracz ruszył w kierunku “centrum” zauważył studnię. Podszedł do niej, spuścił wiadro w dół i wyciągnął po chwili pełne lodowatej wody. Pił łapczywie a woda lała się po jego ustach i koszuli. Przerwał usłyszawszy skrzypnięcie drzwi. Obrócił się i ujrzał zgarbioną babuleńkę. W domu nie paliło się żadne światło. Wyszła i ruszyła w jego stronę. Utykała. Złapała Gracza za łokieć i powiedziała: — Panie, nabralibyście mi wody. — Gracz skinął głową i spełnił jej prośbę. Postawił wiadro obok studni. Kobieta uśmiechnęła się. Znowu złapała go za łokieć i powiodła w kierunku drogi. Wskazała na kościół i zawołała: — Czort! Chce zrobić naszemu księdzu proboszczowi krzywdy! — Gracz ujrzał wtedy czarnego poloneza zaparkowanego przed kościołem. Czy nie było go wcześniej, tego Gracz nie wiedział. Na pewno nie zwrócił na niego uwagi.

Wyswobodził się z uścisku kobiety. Wrócił po butelkę wody i ruszył z nią w kierunku kościoła. Przeszedł przez bramę w niskim sięgającym do pasa murku. Pchnął ciężkie wrota i dostał się do środka. Wystrój wnętrza był nijaki. Lepszy od fasady kościoła, ale nie zachwycał w żaden sposób. Na środku przed ołtarzem leżał starszy mężczyzna w stroju ministranta. Gracz podszedł do niego i kucnął. Mężczyzna nie ruszał się, ale oczy miał otwarte. Najprawdopodobniej miał skręcony kark. Gracz wstał i wyszedł bocznym wyjściem. Schylił się i zakradł do domu za kościołem. Drzwi były uchylone, Gracz jednak postanowił nie korzystać z nich. Obszedł dom dookoła i wspiął się na okno, które okazało się prowadzić do łazienki. Wylądował w wannie. Na szczęście nie było w niej wody. Odsunął delikatnie plastikową zasłonkę z wzorami muszl małż i zeskoczył na wykafelkowaną podłogę. Uchylił drzwi i znalazł się w skąpanym w ciemności korytarzu. A może przedpokoju? Zauważył w szczelinie pod jednymi drzwiami słabe światło. Nacisnął delikatnie i cicho klamkę i wszedł do środka. Była to sypialnia. Szafa, nakastlik obok wielkiego łoża, na którym… leżał jakiś chłopiec. Gracz podszedł do łóżka i stwierdził, że chłopiec na oko 9–10 lat miał ręce związane w nagarstkach i przywiązane do łóżka. To samo w kostkach. Ponadto był zakneblowany. Gracz zdjął mu materiałow knebel.

— Jest pan diabłem? — spytał chłopiec przerażony.

— Nie jestem diabłem. Co tu robisz?

— Ksiądz powiedział, żebym przyszedł na błogosławieństwo, ale… — zaczął, lecz urwał. Zaczął płakać.

— Uwolnię cię.

Gracz odwiązał chłopaka. Kazał mu na razie jednak nie wychodzić z pokoju. Wyszedł z powrotem na korytarz. Następnym pomieszczeniem była kuchnia. Znalazł tam nieprzytomną kobietę. Gosposia, zawyrokował cucąc ją. Nie obudziła się, ale nie wyglądała na poobijaną. Oddychała normalnie. Wziął duży nóż kuchenny z blatu i opuścił kuchnię. Podszedł do pokoju na końcu korytarza. Musiał uważać na podłogę, która skrzypiała podczas poruszania się środkiem. Gracz trzymał się ścian. Zza drzwi usłyszał rozmowę. Skoncentrował się nich.

— I niby co takiego się stało? — spytał pierwszy głos. Nie należał do mężczyzny z poloneza. Głos był roztrzęsiony i zdenerwowany. Zdradzał strach mówiącego. — Stała ci się jakaś krzywda przez to? Nie. Jestem pewien, że odczuwałeś satysfakcję, pomimo iż wiedziałeś, że to grzech.

Drugi osobnik uderzył pięścią w stół. Ksiądz umilkł. — Nie chodzi o mnie, głupcze. — Był to głos łysego mężczyzny. — Jeśli o mnie chodzi, to nie wracałbym do sprawy, ale mój młodszy brat… on nigdy się nie pozbierał. Zawsze był z niego mięczak. Kontakt nam się urwał, bo wciąż chciał gadać o tym, co tu się wydarzyło. Ja nie chciałem. Popadłem w konflikt z prawem. Zamknęli mnie. W więzieniu poznałem pewnych ludzi. Wprowadzili mnie do biznesu. Odkułem się i zapomniałem o przeszłości. Sam robiłem potem o wiele gorsze rzeczy niż ty, ojczulku. Ale mój brat. Nie wytrzymał demonów w swojej głowie. Demonów przeszłości. Odebrał sobie życie. Zostawił mi list, w którym opisał to wszystko. Być może go zaniedbywałem, nie przeczę. Teraz przyszedł jednak czas wyrównania rachunków.

— A-ale… — zaczął ksiądz.

— Śmierć za śmierć.

Ksiądz zerwał się z miejsca i wybiegł z pomieszczenia. Gracz cofnął się za wieszak stojący w kącie i schował za wiszącą tam sutanną. Ksiądz pobiegł wzdłuż korytarza i wybiegł na zewnątrz. Łysy mężczyzna pobiegł za nim. Gracz wyszedł z kryjówki i niespiesznie udał się do sypialni. Wziął chłopca. W przedpokoju napadła na niego gosposia.

— Co pan wyprawiasz?! — zawołała. — To dom księdza proboszcza! Zaraz zadzwonię na milicję!

Być może nie przyglądała się wcześniej Graczowi, ale zareagowała tak samo jak łysy mężczyzna na drodze. Nagle uspokoiła się. Być może widok mężczyzny z siwymi włosami sięgającymi prawie do pasa tak działał na ludzi. Może było to spojrzenie Gracza. Swoista wolność od wszystkiego, która tak przerażała zniewolone umysły.

Gracz pokazał na chłopca. — W tym domu żaden bóg nie mieszka — rzekł. Wyszli na zewnątrz. — Leć do domu i opowiedz rodzicom o wszystkim — powiedział do malca. Chłopiec pobiegł co sił w nogach. Gracz ruszył do kościoła, gdzie paliło się światło. Węch podpowiadał mu, że tam udali się obydwaj mężczyźni. Zło i strach. Rzeczy nie do pomylenia. Kątem oka widział, że kobieta idzie za nim. Pełna lęku, niepewnie, ale idzie. Gracz wszedł do kościoła bocznymi drzwiami, tam przez zaplecze dostał się do bocznej nawy. Kościół pomimo pseudonowoczesnego podejścia do tematu czerpał również z klasyki budownictwa. Zza kolumn Gracz zlustrował sytuację. Ksiądz już nie żył. Leżał w kałuży własnej krwi z przestrzeloną głową. Łysy mężczyzna tymczasem odkręcał tłumik od pistoletu. Gracz przebiegł schylony na palcach najpierw wzdłuż ławek w kierunku wyjścia a potem z jednej strony kościoła na drugą zostawiając na środku butelkę. — Buu! — zawołał. Kościół pomimo koszmarnego i nieprzemyślanego wyglądu cechował się wspaniałą akustyką. Jego zawołanie poniosło się po wnętrzu, ale łysy mężczyzna nie był w stanie określić skąd dobywa się głos.

— To ty, prawda? — spytał łysy mężczyzna. Znowu zaczął przykręcać tłumik. — Pieprzony łachmaniarz. To nie był nawet twój pies.

— Zaprzyjaźniliśmy się. Chciałeś kupić mnie za butelkę wody. Oto ona. — Gracz mówił cały czas teatralnym szeptem. Bardziej donośny głos dałby się łatwiej zlokalizować.

Łysy mężczyzna niepewnie ruszył w kierunku butelki wodą. Stukot obcasów jego butów rozchodził się po całym kościele. Gracz złapał mocniej nóż i szybko przebiegł tak, że znalazł się za mężczyzną. Podbiegł do niego na palcach a nastęnie objął jedną ręką i przyłożył ostrze noża do szyi. Cięcie było szybkie acz głębokie. Kierowca poloneza wypuścił pistolet i złapał się za ranę, krew jednak sikała tak obficie, że nic to nie dało. Próbował zrzucić z siebie kurtkę. Chwilę się szamotał z nią. Potem upadł ciężko dysząc. Wtórował mu bulgot własnej krwi. Ciśnienie dość szybko spadło i dźwięk ustał. Mężczyzna nie żył. Gosposia zawyła rozpaczliwie klękając przy zwłokach ksiądza. Spojrzała zapłakana na Gracza, ale mina tego wyrażała bezwzględność, która ponownie skłoniła kobietę do zaniemówienia. Gracz przeszukał łysego mężczyznę i zabrał mu kluczyki od samochodu oraz portfel z dokumentami i sporą ilością gotówki. Stanął nad kobietą, która patrzyła na niego z dołu jak na jakiegoś pogańskiego boga, i powiedział stanowczym głosem:

— Nie było mnie tutaj.

Po tych słowach opuścił kościół. Postanowił wykorzystać samochód, by znaleźć się jak najdalej stąd i szpitala. Być może rozważy ucieczkę za wschodnią granicę na jakiś czas.

Pieśń wyzwoleńca

Marzec 7, 2010 (niedziela)

Wszedłem do szpitala psychiatrycznego. Zaraz po przebudzeniu się, jeszcze przed wypiciem porannego kaka-a ktoś zapukał energicznie do drzwi. Był to mój przyjaciel-policjant, Maciej Muchoborski. Porwał mnie do swojego poloneza bez jedzenia. W pojeździe miał na szczęście pączki — tak! — i kawę ze stacji benzynowej. Ten nagły pośpiech wyjaśnił mi po drodze do szpitala. Poprzedniego dnia pewien pacjent zażądał widzenia ze mną. Pewien na tyle szczególny pacjent, że postanowiono uczynić zadość jego żądaniu. Nazywał się Jacek Bender i w pierwszej chwili nic mi to nie powiedziało. Potem jednak dostałem jego teczkę ze szpitala (— Oficjalnie tego nie widziałeś — zastrzegł Maciek.), która rzuciła trochę światła na sprawę.

Jacek Bender był jedynym ocalałym z pewnej tragedii na Pacyfiku. Międzynarodowa wyprawa badawcza na tajemniczą wyspę przypadkiem odkrytą przez tankowiec, który w czasie sztormu zgubił się na wskutek aparatury pokładowej, która ogłupiała. Rano ocknęli się nieopodał małej wysepki. Niewiele brakowało, a znaleźliby się na mieliźnie. Aparatura nadal nie działała, więc musieli zaczekać do nocy, kiedy to po układzie gwiazd zorientowali się w pozycji. Byli na jednej z nielicznych białych plam na współczesnych mapach. Wyspa była tropikalna i z powodów, których nie pamiętam, a które nie zostały wymienione w raporcie ze szpitala, postanowiono wysłać tam specjalną ekipę najlepszych specjalistów z dziedzin biologii, chemii i paru innych. Popłynęli na miejsce, wysadzono ekipę na brzeg i… wtedy doszło do tragedii. Podobnie jak poprzednio wysiadła aparatura pokładowa, która tym razem była bardziej obecna w statku badawczym i doszło do eksplozji gdzieś w okolicach silnika. Statek zdążył jednak nadać sygnał S.O.S.

W międzyczasie ekipa rozbiła obóz i zaczęła oglądać niespotykane gatunki roślin i zwierząt. Na razie chłonęli to jak narkomani jakiś trip po kosmicznym narkotyku. Zostawili 3 osoby do dokończenia rozbijania obozu, a wszyscy naukowcy udali się dżunglę. Jakież było zdziwienie ekspedycji, gdy ujrzeli kamienną budowlę w środku dżungli. No, nie do końca zaskoczenie. Ktoś to chyba przewidział, ponieważ pośród naukowcami był również antropolog. Nie namyślając się wiele, weszli do środka i… wpadli w pułapkę. Ciężko powiedzieć, czy była to celowo zastawiona przez pułapka przez lud, który tu żył, czy budowla okazała się nie być taka odporna na czas, jak wyglądała z zewnątrz. Dość powiedzieć, że wszyscy osunęli się po podłodze, która przypominała bardziej zjeżdżalnię w parku wodnym. Ci, którzy szli pierwsi, zginęli na miejscu. Pozostali wylądowali na tych pierwszych. Ale prawdziwe piekło miało dopiero nadejść.

Pułapka kamiennej budowli polegała na tym, że ekipa nie miała się jak wydostać na zewnątrz. Nie zabrali sprzętu do wspinaczki. Pozostało im czekać. Niestety, nie podali, gdzie się udają, a krótkofalówki — te, które sie nie rozbiły — nie chciały działać pod ziemią. Trzy osoby z obozu skontaktowały się w sprawie niepowracającej ekipy ze statkiem, ale wtedy doszło do eksplozji. Na szczęście obóz był przygotowany na dłuższy pobyt, więc ta trójka nie miała się czego obawiać. Po 2 tygodniach przypłynęła ekipa ratunkowa. Po dwóch tajemniczych awariach wysłano wojsko. Żołnierze się nie patyczkowali. Dość szybko odnaleźli tajemniczą budowlę i ostrożnie weszli do środka. Żołnierze nie wpadli w pułapkę, zeszli na dół z pomocą lin. To, co tam ujrzeli, przebiło różne przebitki z wojen.

Po dwóch tygodniach żył już tylko jeden człowiek — Jacek Bender, antropolog. Szedł na końcu i najmniej się poobijał. Oprócz niego było jeszcze 4 ludzi (5 zginęło na miejscu). Jeden miał połamane obydwie nogi, drugi nadział się na coś i wykrwawił w ciągu kilku godzin, trzeci dostał zakażenia od złamanego otwarcia ręki, czwarty z kolei był w jakimś szoku i siedział otępiały nic nie mówiąc. No i Jacek Bender, który znalazł się tam trochę z przypadku, ale jeszcze wrócę do jego kwalifikacji. Wojsko znalazło go na wpół zdziczałego — co może trochę dziwić po 2 tygodniach odcięcia od świata — poubieranego w kilka warstw ubrań zdartych z trupów swoich niedawnych kolegów. Zresztą nie tylko. Żywił się nimi, co pozwoliło mu przeżyć. Podobno wyglądał przerażająco. Żołnierze przytaczali sceny z różnych horrorów. Zabrali go oraz 3 pozostałych i wrócili z nimi. Jacek Bender jako Polak trafił do naszego kraju. To, czym ujmował wszystkich wokół, był jego anielski spokój. Ludzie opisywali jego pojawienia się w pomieszczeniu jak wizytę jakiegoś anioła albo coś takiego.

Co wcześniej robił Jacek Bender? Zanim został antropologiem, studiował biologię i chemię, a także całkiem dla frajdy matematykę. Jacek Bender miał wielki potencjał, którego w ogóle nie wykorzystywał. Kończył studia z zadziwiającą łatwością, ale nie robił z nimi nic potem. Nie pisał wielu prac naukowych — stąd też kolejne kierunki, bo to było dla niego stosunkowo łatwe — choć prowadził trochę wykładów oraz ćwiczeń, ale podobno był opryskliwy dla studentów. Po wielu skargach i warunku, że jak się nie zmieni, to wylatuje z roboty. Wydawać by się mogło, że wyjdzie trzaskając drzwiami, ale nie — uśmiechnął się i obiecał poprawę. Zrobił z nawiązką. Z miejsca stał się pobłażliwym psorem, który wpisywał wszystkim zaliczenia za nic. Rozwścieczył tym swojego przełożonego, ale skargi się skończyły, a uczelnia wydawała więcej magistrów. (Część z tych rzeczy wyczytałem między wierszami, ale nie widziałem sensu przytaczania suchej dokumentacji medycznej.) W jakiś sposób udało mu się złapać na ekspedycję, co polska uczelnia klepnęła bez zastanowienia. Sam Bender nie wydawał się długo namyślać.

A potem jako jedyny przeżył. Po powrocie opowiedział o wszystkim. O tym, jak zaczęli jeść surowe mięso kolegów i jak jeden z nich się opierał, bo był wegetarianinem. Nie wiedzieli, jak długo zostaną uwięzieni i czy w ogóle wyjdą na powierzchnię. Wszyscy się załamali po tygodniu. To, że nikt się nie pojawiał, oraz całkowita ciemność sprawiły, że wszyscy poza Benderem się załamali i poddali. Umarli po tygodniu. Ten, który wpadł w stan katatoniczny, nie przyjmował płynów i umarł z wycieńczenia. Jednym słowem: horror. A jednak opowieść Bendera po powrocie pozbawiona była jakichkolwiek emocji. Jakby recytował przepis na makowiec (takie określenie jest w dokumentacji). Po swojej spowiedzi zamknął się w sobie. Odmawiał przyjmowania lekarstw i jakiegokolwiek kontaktu. Może gdyby uparł się współpracować, to nie zamknęliby go, tylko wypuścili po tygodniu. A tak utknął w szpitalu. Jego stan się utrzymał: nadal zero kontaktu i zero współpracy. Był spokojny i łagodny, ale dopóki nie wchodzono mu w drogę. Lekarz prowadzący, dr Józef Wakulski, chyba umyślił sobie, żeby zrobić z niego odskocznię do wielkiej kariery. Tylko tak to mogę tłumaczyć. Jacek Bender poza swoim wycofaniem się z kontaktów międzyludzkich nie zachowywał się w sposób zagrażający sobie czy komuś innemu. Dr Wakulski zgodził się na odstąpienie od lekarstw i “nieinwazyjną” obserwację. Jacek Bender nie chciał z nikim rozmawiać, więc na nic innego zresztą nie pozostawało. Jacek Bender przez chwilę pisał pamiętnik, ale nie wyszedł poza nic nie mówiący wstęp, który doktor czytał w tajemnicy. Być może Jacek zorientował się, bo zaraz po tym przerzucił się na tworzenie różny konstrukcji z papieru, potem został ogrodnikiem, całkiem niezłym. W każdym razie nie była to działalność, która polegałaby na przekazywaniu treści. Doktor chciał dowieść związków charakterystycznej aury tamtej wyspy, psującej sprzęt i tak dalej, z rozpadem osobowości Jacka Bendera.

I oto Jacek Bender, którego na oczy nie widziałem, zapisał moje nazwisko, przekazał lekarzowi i kazał mnie sprowadzić. Że ze mną porozmawia. Po prawie roku siedzenia w celi szpitala psychiatrycznego był to swoisty przełom. Dr Wakulski zrazu uważał, że to żart, ponieważ moje nazwisko nie jest bardzo polskie, ale zwrócił się do znajomego policjanta, którym okazał się być przełożony Maćka, który wiedział o mnie przy okazji sprawy Alojzego Glaubensteina. I tak w ciągu 12 godzin byłem na miejscu.

Szpital jak szpital. Trochę zaniedbany, po korytarzach snuli się otępiali ludzie, choć niektórzy zwrócili uwagę na nas. Maciek poszedł porozmawiać z Wakulskim; powiedziałem, że nie chcę mieć do czynienia z tym konowałem. Po chwili przyszedł pielęgniarz i zaprowadził mnie do innego skrzydła, gdzie otworzył obite blachą drzwi z kratką na wysokości oczu i otwieraną do środka półką na jakąś miskę albo coś. Zanim otworzył drzwi zaproponował mi swoją asystę, że niby Jacek Bender może być niebezpieczny, ale po moim spojrzeniu zamilkł.

Wszedłem do środka i drzwi zostały zamknięte z hukiem. Wnętrze było urządzone ascetycznie — znajdowało się tu szpitalne łóżko, szafka nocna obok, duży stół zawalony jakimiś papierami, jedno krzesło i mnóstwo origami. Nic więcej. Jacek Bender składał papier i niespecjalnie przejął się moim nadejściem. Może sądził, że jestem sanitariuszem albo coś w ten deseń. Ubrany był w niebieskie dżinsy-dzwony i… tyle. Pomimo iż w pomieszczeniu nie było więcej jak 20 stopni Celcjusza, to siedział boso i bez żadnej koszulki. Na głowie miał długie, siwe włosy, które sterczały we wszystkie strony. Stałem chwilę, obserwując go, kiedy w końcu oderwał się od swojego zajęcia i odwrócił. Jego twarz była w cieniu, więc nie byłem w stanie stwierdzić, czy jest zaskoczony. Wstał płynnym ruchem; jakbym widział przed oczami tę grację tancerza baletowego. Jacek Bender lekko się garbił. Podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń, uśmiechając się.

Wskazał mi krzesło, a kiedy usiadłem, odezwał się:

— Opowiedziałem wam… im? — urwał nagle i spojrzał na mnie. Miał spokojny głos. — Im. Opowiedziałem im, co się wydarzyło na wyspie, ale nigdy nie wypowiedziałem się na temat tego, co wydarzyło się we mnie. Oto nadeszła ta pora. Tak naprawdę byłem gotowy od jakiegoś czasu, ale nie miałem odpowiedniego słuchacza. Dopiero ostatnio dostałem Twoje imię i nazwisko od tego dziwnego doktora. Spotkałeś go? — Już miałem zaprzeczyć, kiedy Jacek podjął dalej swoją opowieść: — Zresztą nieważne. Jeżeli dobrze rozumuję, to przed wpuszczeniem cię tutaj dali ci do przeczytania moją kartotekę. Raczej nie ma tam nic intymnego, więc nie musisz tego ukrywać, nie mam im za złe. Była tam moja historia, która w prasie doczekała się kilku skrótów, jeśli dobrze pamiętam, więc jeśli poznałeś pełną wersję, to tym lepiej dla tego, co chcę przekazać. A zatem… — Wyszedł na łóżko i postawił bosą stopę na oparciu w nogach. — Było tak: kiedy spadliśmy na dół i większość zginęła, byłem przerażony. Wszscy byliśmy. Do tego ta ciemność, nic przez nią nie widzieliśmy. A może… no właśnie, a może w niej. Ironią losu jest to, że ustawili mnie na samym końcu, bo myśleli, że jestem antropologiem. Nie wiedzieli, że wcześniej kończyłem ich studia. Nie spierałem się z nimi. Traktowałem tę wyprawę jako wycieczkę, wakacje z dala od cywilizacji. Ironią, a na pewno zabawną rzeczą, jest również to, że obecność antropologa nie była pomysłem organizatorów ekspedycji, lecz wymogiem Unii Europejskiej. Oni mnie nie znosili, bo uważali, że przeze mnie jeden z bardziej w temacie naukowców wypadł. Miałem zamiar wyprowadzić ich z błędu, ale nie doszło do tego. Wpadliśmy do tej budowli. Nie przypominała mi żadnej znanej kultury. Nieistotne teraz, może kiedyś to opiszę. Spadliśmy więc i utknęliśmy w całkowitej ciemności. Oni się załamali od razu, choć przez chwilę próbowali udawać przed samymi sobą, że jest inaczej. Wciąż mówili i szukali pocieszenia. A ja… ja siedziałem tam w ciemności i czułem coś nowego. Kosztowałem tego. Było w tym coś wyzwalającego, nagle ktoś zabrał całe społeczeństwo i ich oczekiwania. Tam i wtedy liczyło się przeżycie. Brak światła powodował, że nie wiedzieliśmy, ile tam jesteśmy. Z początku człowiek próbuje liczyć, zakłada, że śpi regularnie, ale w pewnym momencie rachuba czasu przestaje istnieć. Robili takie eksperymenty, cykl dnia się uregulował ludziom w pewnym momencie, ale był dłuższy niż 24 godziny. No więc ma się wrażenie, że czas przestaje istnieć. Jest trwanie. Śpi się i budzi. Nie było nawet warunków, żeby robić nacięcia na słupie czy coś takiego. Jak sobie to wspominam, to trochę się dziwię sobie, że im nie pomogłem, ale chyba uznałem, że nie mają szans. Zresztą nie widząc ich i nie mając żadnej apteczki nie byłem w stanie im pomóc. Nie jestem dobry w pocieszaniu. Pojechałem na wyprawę, ponieważ liczyłem na to, że nie będę widywał tych jajogłowych. Przez studentów nabawiłem się ludzioswtrętu. Banda rozwydrzonych bachorów, której w głowie chlanie i obijanie się. Nigdy ich nie lubiłem, ale kiedy stanąłem po drugiej stronie, to było jeszcze gorzej. Po prawdzie myślałem, że nikt po nas nie przyjdzie. Kiedy minęło na pewno kilka dni i nikt się nie pofatygował, pomyślałem, że coś tam się stało u góry. Potem połączyłem kolejne fakty, nie daliśmy znać, gdzie dokładnie się udajemy. Jednym słowem: koniec. Miałem w kieszeni mały scyzoryk, którym wyciąłem mięso z pierwszej osoby. Sprawdziłem tylko, czy na pewno nie żyje. Zwłaszcza, że wiedziałem, iż mięso zacznie gnić dość szybko, więc co nie zjemy, to i tak się zmarnuje. Powiedziałem pozostałym, że muszą jeść. Im dłużej żyli i później umarli, tym więcej było jedzenia dla pozostałych. Brzmi nieludzko, ale kiedy siedzisz w ciemnym dole bez nadziei, to nie ma już człowieka, jest tylko zwierzę, które może przeżyć jak najdłużej. Tym byłem. Nie rozważałem wszystkiego w kategoriach jakichś idei, zasad i praw. To nie istniało. Nie istniały też słowa, którymi tak naprawdę mógłbym to, co się tam działo. Może dlatego moja relacja po powrocie była tak sucha. Chcąc opisać, co tam się stało, zwróciłem się do znanych mi pojęć, ale odkryłem, że opisuję tylko wydarzenia. Dlatego kiedy skończyłem, odmówiłem dalszych kontaktów. A ten głupiec, Wakulski, uznał, że coś chyba wiem. Nie przeszkadza mi to właściwie. Pobiłem kilka razy pielęgniarzy, więc w końcu dali mi spokój. Mam tu jedzenie. Myślę, że w końcu się znudzi albo go odwołają i opowiem jakąś historyjkę następcy, żeby mnie wypuścił. — Kucnął na krawędzi łóżka, które zazgrzypiało i przez chwilę wydawało się, że wywróci się razem z nim, ale Jacek doskonale balansował całą konstrukcją. — W końcu jednak przyszli. Byli przerażeni. Myślę, że na żadnej wojnie czegoś takiego nie zobaczą, co wtedy ujrzeli. Ujrzeli człowieka wolnego od wszystkich tych konwenansów, które ich pętają, lecz… no właśnie. Te pęta są na ich umysłach i upośledzają ich postrzeganie rzeczywistości. Nie pojęli, co mieli okazję zobaczyć. Zobaczyli obłąkanego kanibala. I również dlatego zamilkłem. Osiągnąłem swoistą mentalną osobliwość, która uniemożliwia zrozumienie. Byłem zbyt inny od wszystkiego, co znali do tej pory. — Usiadł na łóżku. — Jeżeli dziwny, niemy doktor miał rację i faktycznie jesteś w stanie pojąć, co mówię, to nie będziesz miał żadnych pytań. I tak bym na żadne nie odpowiedział. — Wstał. Ja również wstałem. Uścisnął mą dłoń i rzekł: — A teraz nie zrozum mnie źle, ale to spotkanie dobiegło końca.

Skłoniłem się, uśmiechając w porozumieniu, po czym wyszedłem. Na korytarzu nie było nikogo. Korzystając z wyćwiczonych zdolności mnemotechnicznych, odtworzyłem drogę, jaką tu trafiłem, odwróciłem ją i w ten sposób dotarłem do drzwi wejściowych. Był tam Maciek, jakiś gość w kitlu — chyba Wakulski — i pielęgniarz, wyraźnie zmieszany. Wakulski, odpychający zgrzybiały typ, podszedł do mnie i łypiąc na boki swoimi obleśnymi oczkami spytał:

— I co powiedział?

W drodze powrotnej zastanawiałem się, jak potraktować opowieść Jacka Bendera, człowieka, który osiągnął pełną wolność, jak sam twierdził. Stało się to w strasznych okolicznościach i zastanawiałem się, na ile ludzie pokroju Wakulskiego mogliby chcieć powtórzyć taki eksperyment. Chyba nie chciałem wiedzieć. Na pewno będzie rozczarowany, że dziwne pole magnetyczne lub elektromagnetyczne nie spowodowało przemiany Jacka, że to coś, co on odkrył w sobie samym. Zastanawiałem się wreszcie, czy potrafiłbym ująć to wszystko w słowa lepiej niż sam Jacek? Chyba nie. Na pewno nie tak na świeżo. A zatem mogłem co najwyżej powtórzyć jego opowieść, która — jak wiadomo — nie trafiłaby do nich. Ale on nie opowiedział mi tego, żebym powtarzał wszystko Wakulskiemu. Gdyby chciał, mógłby zrobić to sam.

— Nic konkretnego — odparłem. — Bełkotał o wydarzeniach z wyspy.

— Czy było w tym coś nadprzyrodzonego? — spytał z iskierką nadziei w oczach. — Nie musiało to być podane wprost, ale może odniósł pan takie wrażenie.

— Nie — odparłem, akurat tu mogłem pozwolić sobie na szczerość. — Nie było w tym absolutnie nic nadprzyrodzonego. — Spojrzałem szybko na Maćka. — Chodźmy.

Wyszliśmy ze szpitala i ruszyliśmy w kierunku poloneza Maćka. Obróciłem się w stronę szpitala. — Ten koleś… on był niesamowity. Przeżył przemianę, o istnieniu której nigdy się nawet nie dowiemy — powiedziałem do Maćka.

— Nie wiem, czy chciałbym przeżyć taką przemianę — odparł Maciek, wywracając oczami.

— Masz spętany umysł — powiedziałem poważnie, po czym widząc lekkie przerażenie na twarzy mego przyjaciela, uśmiechnąłem się.

— Widzę, że zaczarował cię — stwierdził. — Przejdzie ci za chwilę, a na razie nic nie mów lepiej.

Wsiedliśmy do samochodu. I jak ja mam niby przekazać to dalej, pomyślałem. Przecież to niemożliwe. Nie tak ogółowi. Może wybranym ludziom. Wtedy przyszło mi do głowy pytanie, kim mógł być “niemy doktor”. Dlaczego mnie polecił? Czy był to ktoś, kogo znałem? Maciek nawracając samochodem ustawił się tak, że mogłem ujrzeć okna szpitala. I wtedy go ujrzałem. W oknie stał Andriej Zacharow. Miał na sobie biały kitel i patrzył na mnie swoimi przenikliwymi czarnymi oczami. A więc on mnie tu przysłał. Tylko… dlaczego? Czy coś knuł? Wtedy szpital zaczął się oddalać, a Zacharow odszedł od okna.

— Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha — powiedział Maciek.

— Gorzej.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.