Żona szefa

Grudzień 12, 2010 (niedziela)

Krwawy Romeo siedział za biurkiem i patrzył zza klapy laptopa na swojego szefa, który był już głęboko w kodzie. Chwilę wcześniej odbył z nim krótką rozmowę i w tej chwili czuł, że już może zacząć mordować. Od kilku miesięcy Romeo starał się dostać umowę o pracę. Został zatrudniony na umowę-zlecenie, kiedy jeszcze był studentem, a teraz pomimo rzucenia studiów nie mógł się doprosić umowy. Nie zależałoby mu na tym specjalnie, nie martwił się o emeryturę, ponieważ miał świadomość, że przeżyje system emerytalny, ale chciał mieć pewność, że jak trafi do szpitala, to nie będzie musiał pokrywać kosztów leczenia z własnej kieszeni. Po wielu miesiącach udało mu namówić się swojego szefa na rozmowę. Ten wziął go do sali konferencyjnej i oddał się temu, co najbardziej lubił w kontaktach z ludźmi, czyli monologowi.

— Widzisz, chętnie dałbym ci tę umowę, ba! nawet podwyżkę, ale nie spełniliście położonych w was nadziei — zaczął z miną strasznego cierpiętnika. — Mieliśmy pomysł razem z Mieczysławem, to właściwie bardziej jego pomysł, żeby wziąć do pracy kompletnych amatorów, a następnie nauczyć ich, no was, wszystkiego, rozumiesz? Pomysł świetny, ponieważ pozwala oszczędzić dużo pieniędzy, które można wydać na przykład na szkolenie lub lepszy sprzęt, rozumiesz, ale, jak mówiłem, zawiedliście, no właściwie nie wy, to sam pomysł trochę nie wypalił. Oczekiwaliśmy, że będziecie zachowywać się jak zawodowcy, a wy pracujecie jak amatorzy — powiedział tak żarliwie szef, że Romeo nie miał wątpliwości, że ten w to wierzy.

I tu był pies pogrzebany. Krwawy Romeo nie potrafił rozmawiać poniżej pewnego poziomu. Jego układ immunologiczny odmawiał w takiej sytuacji jakiegokolwiek udziału w dyskusji. Tak też się wtedy stało. Szef uznał, że jego wypowiedź odpowiedziała na wszystkie wątpliwości jego podwładnego, więc zebrał się i poszedł. Romeo zrozumiał wtedy, że żadnej umowy nie dostanie, co trochę go przybiło; bucówa to jednak bucówa. Nie uważał się za najlepszego i najbardziej uczciwego człowieka, ale nie znosił, kiedy traktowano go jak idiotę. Wrócił do swojego stanowiska i zaczął obmyślać kolejne krwawe zemsty.

Nikt jednak nie zginął. Zamiast tego Romeo wymyślił inny plan. Obudził się następnego ranka i wiedział, co zrobić. Przypomniał sobie maksymę z filmu “Revolver”: “Nic tak nie dotyka, jak upokorzenie i mała strata finansowa”.

Demon

Romeo przypomniał sobie żonę swojego szefa, Gosię. Atrakcyjna brunetka. Czasami wpadała do firmy, za każdym razem powodując skrzętnie maskowane reakcje programistów. Gosia nie zwracała na nich większej uwagi, choć Romeo, który bardziej ją obserwował niż nią się podniecał, odnosił wrażenie, że to taka poza i że tak naprawdę jej to schlebia. W gruncie rzeczy nie zwracał na nią uwagi. Wydawała mu się może nie tyle silną, co despotyczną kobietą. Jego lekko sadystyczna natura popychała go w ramiona dziewcząt o innej konstrukcji psychicznej. Poza tym nie był głupi — żona szefa rzecz święta. I nie chodziło tu wcale o wydumane kodeksy mężczyzn, którymi lubią się chwalić, a z których nic nie zostaje, kiedy przychodzi co do czego. Romeo był pragmatykiem. Niepotrzebny mu był wróg w osobie własnego szefa. Ale teraz nie miał nic do stracenia.

Szef był człowiekiem, który dusił się w małżeństwie. Przychodził do pracy pierwszy i wychodził ostatni. Kilka razy Romeo zostawał dłużej — był typem śpiocha, więc zdarzało mu się późno przyjść do pracy — i za każdym razem miał wrażenie, że jego szef się ociąga z wyjściem. Kolejnym tropem były rozmowy telefoniczne. Co dziwiło Romea, jego szef odbywał całe długie rozmowy ze swoją żoną, podczas których traktował ją jak idiotkę. Był dla niej niemiły, jakby jadowity ton każdej wypowiedzi miał ją zniechęcić do dalszej rozmowy. Albo była odporna (może miłość dodawała jej sił?), albo faktycznie taka głupia — faktem było, że jego zabiegi nie działały i cała firma wysłuchiwała długich pełnych pogardy tyrad. Cała firma w jednym pokoju ma sens, ale kiedy chce się przeprowadzać burze mózgów, nie wywlekać problemy małżeńskie.

Ale to nie to pozwoliło odkryć Romeowi prawdę.

W którymś momencie Gosia przyszła do firmy w charakterze pracownika. Potrzebowali kogoś, kto zrobiłby elementy graficzne do aplikacji, nad którą wtedy pracowali. Z tej okazji szef kupił nowy komputer, który byłby w stanie udźwignąć program graficzny. Gosia nie okazała się być tytanem informatyki, więc przez pierwsze 2 dni wgrywała Windowsa, a potem wybierała torbę na laptopa, przesyłając linki swojemu mężowi. W pewnym momencie oznajmiła jakby nigdy nic: — Ale może to nie ja będę wybierała torby, bo potem ty sobie ten komputer weźmiesz, prawda, to po co ci babskie opakowanie?

To było to.

Romeo rzucił kątem oka na swojego szefa. Ten musiał bardzo żałować, że nie jest żółwiem, ponieważ tylko trochę mógł schować głowę w ramiona. Człowiek, który przez telefon gromił swoją żonę jak Murzyni z filmów gangsterskich, teraz chciał zapaść się pod ziemię. To był dość osobliwy widok. Szef nigdy nie wydawał się twardzielem, ale teraz okazało się, że damskim bokserem też nie był. Cóż za niefart.

Przez następne dni Romeo obserwował tę parkę. Gosia w końcu wzięła się do pracy, ale czasami zagadywała o różne sprawy. Szef niezmiennie wtedy klepał kod. Jego czynny udział w rozmowie był zbyteczny, ale Gosia oczekiwała bardziej widowiskowej uwagi, a kiedy jej nie otrzymywała, wszyscy w pomieszczeniu słyszeli: — Nie pisz na klawiaturze, kiedy do ciebie mówię. — Szef zaczynał wtedy naciskać klawisze delikatnie, żeby ich nie było słychać. Wychodziło mu to całkiem nieźle. Musiał mieć w tym wprawę, aczkolwiek z pomocą przychodziła mu również miękka klawiatura w jego fujitsu-siemensie. — No przecież mówię, żebyś nie pisał — perorowała znowu Gosia, na co szef reagował jeszcze cichszym stukaniem. Skończyło się też późne wychodzenie. Wychodził pierwszy.

Romeo pojął, że szef z dusznej atmosfery domowej ucieka do pracy, do bezpiecznych linijek kodu i nienarzucającego się towarzystwa swoich podwładnych. I nagle żona wtargnęła w tę przestrzeń. Dlatego był taki wrogi przez telefon — przeganiał ją ze swojej oazy. W końcu szef wymyślił, że Gosia może zajmować się swoją częścią z domu. Jak się pojawiła, tak znikła. Szef znowu przesiadywał po godzinach. Wszystko wróciło do normy.

Romans

Romeo zaczął zapisywać, co jego szef mówi ludziom przez telefon. Szczególnie żonie. W ten sposób poznał jej tygodniowy plan na tyle, żeby wiedzieć w jakich porach jest w domu sama. Zwolnił się kiedyś wcześniej i pojechał do ich mieszkania. Gosia otworzyła ubrana po domowemu. Stał w drzwiach z różą w ustach. Najpierw parsknęła śmiechem, ale potem szybko go wciągnęła do mieszkania. Bała się, że ktoś z sąsiadów zobaczy. Bała się, że mąż jej nie uwierzy, że nie miała z tym nic do czynienia. A potem było już za późno.

Romeo dobrze przygotował się do tego spotkania. Postarał uderzyć się w troskę o nią. Opowiedział, że nie może już słuchać, jak jego szef traktuje własną żonę. Był oburzony, ale umiarkowanie. Potem powiedział, że nie może o niej zapomnieć, odkąd pracowała z nimi. Spytał ją, jak jej idzie. Trochę ją osaczył, ale starał się być przy tym delikatny.

Gosia była ustawiona materialnie. Pod tym względem miała może nie wszystko, ale żyła na wystarczającym jej poziomie. Mieli już dwójkę dzieci. Statystycznie, jeżeli uzna Romea za interesującego typa, to włączy jej się mechanizm zróżnicowania garnituru genetycznego swoich dzieci. Trzecie dziecko to akurat w statystykę. Nie wydawała się odstawać od średniej krajowej. To były tylko założenia oczywiście, ale jak dotąd szło według planu. Choć Romeo w to nie wierzył, to nawet spryskał się kupionymi na Allegro feromonami. Wszystko, byle się zemścić.

Chwyciło. Gosia musiała jednak czuć się nieszczęśliwa, a przynajmniej zaniedbywana, ponieważ oddała mu się już tamtego dnia. Następne spotkania inicjowała już ona. Ciągnęło się to przez 3 miesiące i szef nie zaczął nic podejrzewać, tak bardzo uciekał w pracę. Romans zatrzymał Romea trochę dłużej w pracy. Nie przestał uważać, że jest dymany przez pracodawcę, ale stało się to w jakiś sposób znośne. Jego plan zakładał, że ten etap musi chwilę potrwać.

Na następnym etapie oznajmił, że jej mąż płaci mu za mało i że musi zrezygnować z ich spotkań, żeby wziąć dodatkową pracę. Gosia była w szoku, w którym zaproponowała mu pieniądze. Do tego też przygotowywał ją od jakiegoś czasu, opowiadając o tym, że szef oszczędza bardzo na pracownikach, a przy tym był zdziwiony, że nie widać tego po mieszkaniu — mały telewizor czy meble z Ikei. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu czuła się dobrze w swoim życiu i nie chciała tego wypuścić z rąk. Przez kolejne trzy miesiące ciągnął pieniądze od swojego, co było nawet niezłym układem, ale takie rzeczy zawsze w końcu wychodzą na jaw. Wolał mieć ten moment pod kontrolą.

Tak dotarł do ostatniego etapu, czyli ujawnienia całej intrygii niczego nie podejrzewającej ofierze.

Zemsta

Romeo usiadł wieczorem do komputera i skasował z niego wszystkie informacje, z napoczętymi projektami włącznie. W ten sposób znalazł się w punkcie bez odwrotu. Tak na wszelki wypadek. Poszedł spać.

Rano z niczym się nie spieszył. Kontemplował każdą czynność, delektował się nią. Ubrał się schludnie i prosto, trochę bardziej elegancko niż na co dzień. W ten sposób chciał wyglądać lepiej przy codziennym — kasualowym — wyglądzie swojego szefa. Po zaparkowaniu samochodu pod firmą niespiesznym krokiem przemierzał korytarz do drzwi firmy. Z dużą świadomością chwili nacisnął klamkę.

Wszedł do środka. Szef rozmawiał przez telefon, postanowił więc poczekać. Nagle usłyszał jednak coś, co podcięło mu skrzydła i pewność siebie. — Jesteś w ciąży?! — zawołał szef. Wyraźnie nie był uradowany. Romeo chciał zrobić krok w tył, żeby przemyśleć taktykę, ale szef zobaczył go odświętnie ubranego i powiedział Gośce, że nie może teraz rozmawiać. Romeo miał kilka sekund na podjęcie decyzji.

Podszedł spokojnym krokiem, usiadł naprzeciwko swojego szefa, położył na biurku zamkniętego laptopa wraz zasilaczem, po czym oznajmił: — Odchodzę. — Następnie wstał i wyszedł. Wsiadł do samochodu i odjechał.

Opowieść Romea tego samego dnia wieczorem przy piwie w małej knajpce w dzielnicy żydowskiej

— Zupełnie mnie to zaskoczyło. Już miałem przed oczami jego minę wyrażającą bezbrzeżne zaskoczenie. Że robi się czerwony na twarzy i zaczyna drzeć jak w ataku szewskiej pasji albo wręcz przeciwnie: powstrzymuje się, wiedząc, że dookoła siedzą pracownicy, którzy będą potem śmiać się za jego plecami z tego, co mu zrobiłem. Chciałem opowiedzieć o tym, jak pod jego nieobecność bezcześciłem jego małżeńskie łoże, a potem kazałem jego żonie za to płacić jego własnymi pieniędzymi, które oszczędzał na nas. Myślę, że po tym musiałby dać chłopakom podwyżkę, ponieważ morale by siadły. Ale tak naprawdę mnie to nie obchodziło. Chciałem go upokorzyć i to podwójnie: wizerunkowo oraz finansowo, jak w tym cytacie. Ale nagle pojawiło się dziecko. Najprawdopodobniej moje. Pomyślałem, że jak się ujawnię, to chuj zrobi test na ojcostwo, a po drodze Gośce zgotuje piekło podejrzeń. Nie, żebym bardzo przejmował się tym, co ona czuła, ale to mi do niczego nie było potrzebne. I najważniejsze: mógłbym zostać zmuszony do płacenia jakichś alimentów i utrzymywania bachora. Bardzo chciałem tego uniknąć. W ostatniej chwili postanowiłem się więc wycofać z końcowej fazy planu. Zamiast tego zwolniłem się i ulatniam. Będę musiał się przeprowadzić i zmienić numer telefonu. Nie sądzę, żeby szefu mnie szukał. Pewnie ucieszy się, że ma z głowy jednego z amatorów. A ja go odwiedzę za 20 lat i wbiję mu szpilę w samo serce. Co się odwlecze, to nie uciecze.

Historia jednego buca

Luty 28, 2010 (niedziela)

Jeden

Andrzej Winiarski siedział w swoim gabinecie. Za półtorej godziny miał przyjechać bardzo ważny klient i Winiarski nie mógł się doczekać. Wszystkie szczegóły były już dograne i nie pozostawało nic innego jak czekać. Nagle zadzwoniła do niego jego sekretarka.

— Słucham? — spytał. Nie spodziewał się niczego.

— Ktoś do pana, twierdzi, że to ważne — powiedziała sekretarka.

— Panno Agnieszko, prosiłem. Mam za niewiele ponad godzinę ważne spotkanie i miał mi nikt nie przeszkadzać — pouczył ją lekko rozdrażniony.

— Wiem, co pan mówił, ale ten człowiek jest tu już od pół godziny i nie chce mi dać spokoju. Twierdzi, że to sprawa nie cierpiąca zwłoki i jednocześnie, że jakaś sprzed lat. Upiera się, że będzie pan zainteresowany. Sama już nie wiem, co robić.

— Podał swoje nazwisko?

— Julian Gomorowski.

Andrzeja Winiarskiego wcięło. Przypomniał sobie pewną dziewczynę sprzed lat, która nazywała się Julia Gomorowska i od pewnego wydarzenia nie widział jej na oczy. Tyle lat. Z dwadzieścia, jak nie lepiej, i nagle coś takiego. Ciekawe, czy to jest ta sprawa z przeszłości? Zorientował się, że nadal trzyma słuchawkę przy uchu.

— Ile on ma lat? — spytał. Spojrzał na zegarek. Do spotkania było coraz bliżej. — Zresztą nieważne. Proszę go wpuścić.

Drzwi otwarły się i do pomieszczenia wszedł młody mężczyzna, na oko już po studiach. Był ciemnym blondynem z włosami w nieładzie lub układanymi przez wiele godzin, żeby tak wyglądały. Andrzej nie rozumiał, jak mężczyźni mogą sobie układać włosy. Albo malować paznokcie na czarno. A takich obserwował ostatnio stażystów. Pewnie, jeden taki wypacykowany miał całkiem niezłe wyniki w pracy, świetnie dogadywał się z klientami, i to było ważniejsze od pomalowanych paznokci, ale Andrzej tego nie rozumiał. Chyba nie chciał. Wolał przyjąć, że Julian się po prostu nie uczesał. Miał na sobie garnitur w prążki, trochę wymięty — co pasowało do teorii o nieuczesanych włosach — pod którym miał siatkową koszulę i biały podkoszulek. Na stopach miał błyszczące półbuty. Spojrzenie kryło się za ciemnymi okularami. Julian zamknął delikatnie drzwi i ruszył w stronę biurka. Zasiadł na fotelu dla petentów i chwilę siedział w milczeniu.

— Czego chcesz? — spytał wprost. — Jeżeli ona cię przysłała, to… — zaczął groźnie, ale nie skończył.

— Nie, ona nie żyje — odparł Julian, przerywając mu.

Andrzej nagle zasmucił się. Nie spodziewał się tego.

— Czy ty…

— Tak, jestem dzieckiem, które chciałeś wtedy usunąć — odparł Julian, ściągając okulary. Zimne spojrzenie jego błękitnych oczu przeraziło Winiarskiego. Przez chwilę miał wrażenie, że chłopaczek naprzeciwko niego jest zdolny do wszystkiego. — Ale nie miałem lekko.

— Nie powinieneś brać tego do siebie, no wiesz, osobiście — wydukał Andrzej. — Nie przeczę, byłem wtedy za… zabiegiem, ale musisz zrozumieć, że czasy były ciężkie. Stan wojenny, byliśmy młodzi, nie mogliśmy stworzyć ci żadnych warunków, rozumiesz…

— Istotnie, nie mogliście. A może tylko Julia Gomorowska nie mogła. Dlatego oddała mnie do adopcji. Wzięli mnie pod opiekę ludzie trochę pierdolnięci na punkcie religii, zdarza się. Długo nie chcieli mi nic powiedzieć, ale sąsiad pijak po kolejnej wizycie panów milicjantów wezwanych przez moich przybranych rodziców wykrzyczał mi całą prawdę na klatce schodowej. Nie chcieli mi jednak powiedzieć, kim była naprawdę moja matka. Odkryłem to sam, gdy już byłem pełnoletni. Odnalazłem ją w ostatniej chwili, aczkolwiek nie było nam dane spędzić razem wiele czasu, gdyż była już w stanie terminalnym. Umarła na moich rękach! Rozumiesz to, chuju? I teraz zapłacisz mi za to, grube pieniądze, bo w przeciwnym wypadku pójdę do prasy, a czytałem ostatnio, że marzy ci się polityka. Myślę, że twoi potencjalni przeciwnicy polityczni będą zainteresowani takim hakiem na ciebie. Zdaje się, że jako populista jesteś przeciwnikiem aborcji, prawda? Łakomy kąsek. Również dla tabloidów.

Andrzej Winiarski wciskał głowę coraz bardziej w ramiona, w miarę jak Julian coraz bardziej podnosił głos. W pewnym momencie uchyliły się drzwi i do pomieszczenia zajrzała panna Agnieszka, co w niczym nie wytrąciło Juliana z rytmu. Winiarski odesłał ją gestem ręki. Znowu spojrzał na zegarek. Miał 45 minut do spotkania, a musiał się jeszcze uspokoić, bo gotów schrzanić tak dobrze zapowiadający się interes. Musiał myśleć analitycznie.

— Nie ma potrzeby iść do kogokolwiek. Jestem człowiekiem interesu i jestem otwarty na różne propozycje. Powiedzmy w ramach rekompensaty za ciężkie dzieciństwo…

— Może wstrzymaj się od używania wielkich słów, jeszcze nie jesteś politykiem. Będę chciał pieniądze. Za milczenie.

Andrzej Winiarski starał się oddychać regularnie, dzięki czemu udało mu się odzyskać trochę spokoju. W pierwszej chwili bardzo się zdenerwował. Przyjrzał się jeszcze raz Julianowi, który cały czas miał na ustach uśmieszek drwiny. Chwila, pomyślał. Julian?

— Mówiłeś, że zostałeś adoptowany, a mojej serkretarce podałeś informację, że nazywasz się Julian Gomorowski. Coś mi tu nie pasuje — zakończył, czując, że zaczyna panować nad sytuacją.

— Nie nazywam się tak. To był klucz do drzwi twojego gabinetu.

— Okłamałeś mnie.

— Jak chcesz — odparł “Julian” nachylając się do przodu. — Tylko zastanów się, kto mógł wiedzieć o tej sprawie. Tylko ty i moja matka. Nie podała cię jako ojca, nie było sprawy o ojcowstwo, minęło grubo ponad 20 lat. Julia Gomorowska zmarła. Gdyby coś od ciebie chciała, to by zrobiła to do tej pory. — Nagle chłopak wstał. — Jeszcze się z tobą skontaktuję. Do tej pory zacznij zbierać kasę.

Po tych słowach ubrał okulary i wyszedł. Andrzej Winiarski miał jajecznicę w głowie. Nie wiedział, co o tym myśleć. Była to realizacja jednego z jego większych koszmarów. Z Julią Gomorowską spotykał się przez chwilę i nigdy nie wiązał z nią większych planów, nawet kiedy zaciągał ją do łóżka. Potem go znudziła. Kolejna, głupia dziewczyna. Zerwał z nią kontakt, ale wtedy pojawiła się z wynikami badań, z których wynikało, że jest w ciąży. Chciał zapłacić za zabieg, ale odmówiła przyjęcia pieniędzy. Nigdy potem jej nie widział. Sprawy nie było. Aż do teraz. Nie spodziewał się takiej bezczelności ze strony… swojego syna. Hmm, było to trochę budujące, że dał początek komuś tak zaradnemu. Wstał i podszedł do okna. Młody mężczyzna wsiadł do czarnego sportowego wozu i po chwili odjechał z piskiem opon. Winiarski spojrzał na zegarek. Pół godziny. Za pół godziny musi być odświeżony i przytomny. Najpierw musi przeżyć spotkanie z klientem. Potem będzie się mierzył ze swoimi demonami.

Dwa

Siedziałem w samochodzie i słuchałem przebojów Marilyna Mansona granych przez kwartet skrzypcowy, zastanawiając się czy to nie właśnie takiej muzyki słuchałby szatan, gdyby jeździł samochodem. (Ale podobno lata wszędzie helikopterem albo pływa gondolą.) Pod koniec płyty ujrzałem Romea, który wracał energicznym krokiem, jakby był wkurzony, ale na twarzy malował się uśmiech triumfu. Wsiadł do samochodu i wskazał palcem w skórzanej rękawiczce na radio.

— Co to za dziadostwo znowu puściłeś, Aubrey? Daj Godspeed You! Black Emperor — powiedział.

— I jak poszło? — spytałem, podając płytę i przejmując tę, którą słuchałem.

— Powinien jeszcze bardziej trząść dupą — odpowiedział Romeo. — Zwłaszcza, że jak zacznie mnie szukać, to nie znajdzie. Ale przecież mnie widział. Rozmawiał ze mną. Krzyczałem na niego. Okłamałem jego sekretarkę. Już do końca życia nie odzyska całkowitego spokoju. Zawsze będzie w nim utrwalona obawa, że mogę się pojawić w każdej chwili i zrujnować jego plany.

— No i po co? — spytałem go, bardziej z ciekawości niż jakimś pokarceniem.

— Nie wiem, dzięki temu czuję się trochę jak jakiś agent losu, no wiesz, rzucanie monetą i te sprawy. A teraz zapnij pasy. — Odpalił silnik i ruszył z piskiem opon. — Kurde, wciąż mi się to jeszcze zdarza przy ruszaniu.

Trzy

Miesiąc wcześniej.

Romeo stał z matką na tarasie. Trzymał w ręce kubek z kawą.

— Ostatnio zmarła moja dawna znajoma. Nie widziałyśmy się całymi latami. Niedawno znalazłyśmy się na Naszej Klasie. Jest zabawna historia związana z nią. I z tobą. Miała kiedyś chłopaka, taki buc straszny, ale się z nim spotykała. Kiedy dostał, co chciał, to nagle zniknął. Postanowiłyśmy go ukarać. Byłam z Tobą w ciąży, więc poszłam na badania, ale podałam się za Julię, co dało jej papier, z którym ona odnalazła tego buca i pokazała mu to, mówiąc, że to on jest ojcem. Chciał jej dać pieniądze, a potem przepadł. Nie spotkała go nigdy więcej, ale chodzi gdzieś tam po świecie i myśli, że jego dziecko żyje. Co się stało, dlaczego tak patrzysz na mnie?

— Jak ten człowiek się nazywał?

Pirat drogowy

Grudzień 13, 2009 (niedziela)

Tamten dzień był jakiś dziwny. W ogóle od początku. Oto Romeo, jego szef, jakiś znajomy oraz ja jechaliśmy samochodem drogą szybkiego ruchu, choć nie tak szybkiego, jak pozwalał sobie kierowca. Kierowca, czyli ten znajomy. Był trenerem czegoś tam. Couchem, tak się to teraz nazywa. Nasz couch nie zawsze był, kim był. Imał się w swoim życiu różnych rzeczy. Najbardziej znanym jego dokonaniem, choć cokolwiek anonimowym, było posłużenie za wzorzec dla lektora Jacka z programu czytającego komputerowy tekst. Podobno dla jaj pisał to w swoim CV. Jacek — tak go będę nazywał, ponieważ byłem na papierosie, kiedy szef Romea go przedstawiał — zajmował się którąś z odmian manipulacji. Tą mniej agresywną, raczej tą, która bezszelestnie podsuwa nieistniejące wspomnienia z dzieciństwa lub poklepując po plecach przekonuje, iż jesteśmy kumplami, dlatego zrobisz dla mnie jakąś rzecz, bo w przeciwnym wypadku będziesz odczuwał poczucie winy. Jacek był dobry w tym, co robił. Uczył tego. Budziło to we mnie osobliwą mieszankę podziwu oraz pogardy. Podziw za biegłoś, pogarda za stronę moralną, jak mniemam. (Tak naprawdę nie wiedziałem tego — wszystko powyższe wyczytałem z jego zachowania. Może poza tym lektorem z programu komputerowego, ale to się ewidentnie rzucało w uszy z kolei.) Lecz tego dnia Jacek spotkał swojego pogromcę.

Byłem w tamtym samochodzie kompletnie zielony w temacie jego drogowych dokonań. W ogóle — ja w samochodzie? No ale to inna bajka. Romeo tymczasem bardzo dobrze wiedział, że Jacek stracił prawo jazdy za punkty, a na robienie nowego nie miał czasu, tak był zagoniony. Jeździł więc bez, a w przypadku kontroli korzystał ze swojego bogatego doświadczenia w zakresie ludzkiej psychiki i odtwarzając odpowiednie scenki wymigiwał się od odpowiedzialności. W końcu weszło mu to tak w krew, że porzucił plan ponownego zdawania egzaminu. Pomimo brawurowej jazdy nie miał na swoje szczęście wielu kontroli. Poruszał się po stałych trasach, wiedział, gdzie są kontrole. Poza tym miał pieniądze, więc mógł się w razie czego wykupić. Raz przez ten czas musiał.

Tamtego dnia Jacek, szef Romea oraz sam Romeo byli gdzieś spóźnieni. Jacek jechał jak wariat, nie zjeżdżając poniżej setki podczas przejeżdżania przez liczne wioski. — A ty gdzie w ogóle jedziesz? — spytał mnie szef Romea. — Na konwent poświęcony UFO — odpowiedziałem. Więcej nie pytał. Nie miał szansy. Zatrzymała nas policja.

— Nie przejmujcie się — rzucił pewnym tonem Jacek zjeżdżając na pobocze. — Ja to załatwię.

Z radiowozu wysiadł policjant i podszedł do samochodu. — Dokumenty proszę — powiedział. Jacek podał mu papiery samochodu i dowód osobisty. — Prawo jazdy? — spytał policjant po przejrzeniu podanych mu dokumentów.

— Jeszcze nie odebrałem — powiedział Jacek. Policjant uniósł pytająco brew. — Już miesiąc czekam a oni nie raczą wydać mi dokumentu! — zawołał nagle. Policjant odchylił się lekko do tyłu. — Przecież ja mam rodzinę na utrzymaniu! Żona nie pracuje, tylko zajmuje się dwójką małych dzieci. Ma pan dzieci? — spytał, ale nie czekał na odpowiedź. Jak tylko policjant wykazał chęć odpowiedzenia, Jacek ruszył dalej: — Moja praca wymaga, żebym przemieszczał się, muszę prowadzić szkolenia. Próbował pan coś załatwić w urzędzie? Przecież to jakaś miazga jest, te pierdzistołki nie są w stanie załatwić prostej sprawy.

— Zdał pan egzamin? — spytał policjant.

— Tak, panie władzo — odparł Jacek, markując zrezygnowanie, jak sądzę.

— Proszę jechać — powiedział. — Tylko nie gnać tyle.

— Dziękuję, panie władzo. Widzę, że są jeszcze przyzwoici ludzie na tym świecie.

— Ty się do nich nie zaliczasz — mruknął pod nosem Romeo, otwierając drzwi.

— Co on robi? — spytał jego szef z przerażeniem. — Romeo… — zaczął w stronę swojego podwładnego, ale Romeo trzasnął drzwiami i ruszył za policjantem, który wracał do radiowozu. — Ja spieprzam stąd, póki mogę — powiedział Jacek odpalając silnik. Już zwalniał hamulec ręczny, kiedy szef Romea złapał go za rękę. — Lepiej nie. Pomyśl, jeżeli on powie, że nie masz wcale prawa jazdy, to zaczną cię ścigać, a tego nie chcesz. — Jacek zacisnął pięść i uderzył w kokpit samochodu. — Kurwa mać! Kto to w ogóle jest? Musieliśmy go brać ze sobą?

Romeo rozmawiał chwilę z policjantem, pokazując na samochód, w którym siedzieliśmy, uśmiechał się, na koniec podali sobie ręce. Wrócił i powiedział: — Zamieńmy się miejscami.

— Że co?

— Masz pełno w gaciach? — spytał Romeo, uśmiechają się wyzywająco. — A teraz posłuchaj mnie uważnie: jesteś piratem drogowym, który zagraża życiu innym uczestnikom ruchu. Może uważasz inaczej, ale w świetle prawa byłoby ci to trudno udowodnić. Zdobyłeś limit punków nie dlatego, że miałeś pecha czy dlatego, że ktoś się na ciebie uwziął. Jesteś ryzykantem. Pytanie tylko, czy świadomym czy nie. Jeżeli tak, to liczyłeś się z wpadką. Jeżeli nie, to jesteś żałosny. W jednym i drugim przypadku ryzykujesz również moim życiem, jeżdżąc jak kretyn leczący swoje kompleksy. Nie mam zamiaru tego więcej tolerować. Jednak rozumiem twoją sytuację, żona, dzieci i cała reszta tych bredni, więc nie zamierzam cię od tak sprzedać. Jeśli chcesz wiedzieć, to poszedłem spytać o drogę dojazdu do jakiejś miejscowości, którą widziałem na tablicy po drodze. Jeżeli jednak nie puścisz mnie za kierownicę, to wrócę tam i powiem gliniarzom jaką szopkę tu odstawiasz.

— Nie wierzę własnym uszom — powiedział Jacek. Romeo chwilę czekał, po czym wysiadł i obszedł samochód dookoła. Dał Jackowi chwilę i otworzył drzwi. Nic podczas tego nie mówił. Policjanci przy radiowozie zaczęli się nam przyglądać. Jacek wysiadł i obszedł samochód dookoła. Romeo prowadził do końca, celowo jadąc maksymalną dozwoloną prędkością. To była jego wysublimowana rozrywka. Na codzień Romeo prowadził sportowy wóz, którym wlókł się tak wolno, jak tylko mógł, wkurzając wszystkich dookoła. Jacek co chwila tracił cierpliwość i pomstował na Romea, ponieważ wyliczył sobie czas podróży swoją prędkością, więc wiedział, że się spóźnią.

Wysadzili mnie gdzieś po drodze. Konwent okazał się nudny, Deniken przynudzał, a inni byli nielepsi. No cóż, nie liczyłem na wiele. Za to catering był lepszy niż zazwyczaj. Tak naprawdę chciałem spotkać się tam z jedną konkretną osobą i cel ten osiągnąłem, ale to nie historia na teraz. Wróćmy do naszego samozwańca. Spotkałem się z Romeem w małej knajpie w dzielnicy żydowskiej. (Tam można zaparkować łatwo, jak mnie oświecił.) — Mój szef mnie zwolnił po tym, jak ten pirat drogowy podziękował naszej firmie za współpracę — powiedział. Próbowałem go pocieszać, że właściwie postąpił, ale jak się okazało niepotrzebnie. — Tak, moje zachowanie samo w sobie i dla kogoś z zewnątrz mogło wyglądać na, jak to je ładnie nazwałeś, właściwe, ale moje intencje były zupełnie inne. Otóż chciałem przejechać się jego samochodem. Nie jechałem jeszcze tym nowy modelem i uznałem to za niepowtarzalną okazję, a sam z siebie raczej by mi nie dał poprowadzić.

Pomyłka

Listopad 29, 2009 (niedziela)

Siedzieliśmy na balkonie w dość nietypowej knajpie. Znajdowała się w jakimś centrum żydowskim i składała z części parterowej, całkiem spoko urządzonej na samym dole komina tworzonego przez zawijające dookoła schody, ze starymi kanapami i stolikami (choć właściwie ten element był typowy dla połowy lokali w tej dzielnicy), oraz części balkonowej, na dachu właściwie już, gdzie szło się tymi zawijającymi schodami. Przyszliśmy na górę i okazało się, że to nie restauracja i najprawdopodobniej żaden kelner się nie pojawi. Istotnie. — Na dole była tylko barmanka — zauważył Romeo po pół godzinie. Żadnemu z nas nie chciało się kopsnąć na dół, więc siedzieliśmy tak na sucho. Przynajmniej wychodziło taniej. W końcu nikt nie przyjdzie nas ochrzanić, uznałem. Romeo wyglądał przez balustradę, ale z tego miejsca nie było widać ulicy. Po drugiej stronie ktoś siedział w oknie i pisał coś — o dziwo — na maszynie do pisania, nie komputerze. Kilka gołębi gruchało gdzieś poniżej, ale ich nie widziałem. Romeo odezwał się do mnie wczoraj wieczorem i zaproponował spotkanie. Tak wylądowaliśmy na dachu, gdzie bez kropli jakiegokolwiek płynu opowiedział mi historię swojej wyprawy, której jednak nie będę tutaj streszczał. Chciałem opowiedzieć o czymś innym. Romeo, zwany również Krwawym Romeo ze względu na uwielbienie dla seksu z dziewczętami podczas okresu (“Romeo” zaś przylgnęło do niego, kiedy jakaś jego miłość chciała się zabić przez niego; a może nawet zabiła?), nie doczekawszy się na obsługę wstał i wyszedł. Ja zostałem, bo uznałem, że spotkanie dobiegło końca i nawet się pożegnaliśmy, więc nie miało sensu wspólne schodzenie na dół i drugie żegnanie się na dole. Postanowiłem chwilę odczekać, zwłaszcza, że na dole słyszałem jakieś krzyki. Jakaś kobieta krzyczała, potem przestała nagle.

Po zejściu na dół ujrzałem ciekawą scenę: oto Romeo odjeżdżał swoim czarnym samochodem, podczas gdy jakaś dziewczyna leżała z zakrwawionym nosem nieprzytomna na ulicy, a jakaś para (na przemian) to się nią zajmowała, to pomstowała za moim towarzyszem, który odjechał z piskiem opon. Kuriozalne. Nie zatrzymując się, poszedłem dalej, choć sprawa nie dawała mi spokoju.

Dwa dni później miałem kompletny obraz sytuacji, która wydarzyła się na dole podczas mojego obserwowania gołębi i prób zagruchania jak one (nie reagowały pozytywnie).

Krwawy Romeo, ubrany w swój czarny i znoszony garnitur w prążki, zszedł na dół i wyszedłszy z bramy ujrzał dość niecodzienny widok: oto jakaś dziewczyna ze zburzonymi włosami, w niebieskich dżinsach i bluzce w poziome paski (— Tak w ogóle bardzo ładna — stwierdził Romeo.) właśnie brała zamach metalową belką na jego samochód. Romeo jest człowiekiem na pozór spokojnym. Potrafi wybuchnąć, ale nie zawsze pokrywa się to z jego wnętrzem; czasami w środku gotował się od dawna, lecz mógł być cały czas spokojny. Podszedł szybko do dziewczyny — żeby zdążyć przed uderzeniem w maskę — i krzyknął, przestraszając dziewczynę:

— Co ty robisz?!

— Nie wtrącaj się — odpowiedziała dziewczyna tonem “lepiej nie wchodzić mi teraz w drogę”. Niestety dla niej Romeo uznał, że musi. — Ten drań pożałuje tego, co mi zrobił.

— I chcesz tego dokonać poprzez zniszczenie mojego samochodu? — spytał Romeo, z lekkim rozbawieniem.

— Co? — spytała dziewczyna, ale pięść Romea już zbliżała się do jej twarzy. Po uderzeniu wypuściła kawałek metalu, ale Romeo nie przestał. Podciął ją i kopnął w bok. Raczej nie złamał jej żadnego żebra. Z nosa pociekła jej krew i spojrzała zaskoczona na Romea. Gdzieś uleciała z niej wrogość zastąpiona przez wielkie zaskoczenie. Oto chciała zdemolować samochód jakiegoś chłopaka, który ją skrzywdził, a zamiast tego została pobita przez jakiegoś zmiętego eleganta.

Wtedy do Romea podbiegła para, którą widziałem po zejściu z suchego balkonu. Dziewczyna coś krzyknęła do Romea, chłopak próbował go nawet uderzyć, ale nasz Krwawy Romeo zrobił unik, a kolejnych prób nie było. Dziewczyna obejrzała pobitą i podeszła do Romea, podczas gdy chłopak ją zamienił przy tamtej. — Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz? — zawołała. — Pobiłeś ją!

— Chciała zniszczyć mój samochód — odpowiedział spokojnie Romeo, zaciskał jednak cały czas prawą pięść z tyłu, żeby w razie czego odwinąć i tej.

— Ona jest chora, rozumiesz? Przechodzi ostatnio załamanie nerwowe i czasami jej odbija, ale to nie powód, żeby jej zrobić takie coś.

— Co temu winien mój samochód?

— Jej dawna miłość miała taki sam. Nie wiem, czy dużo ich jest na ulicach, ale właściwie rzadko takie widuję. Przyznaję, że na ogół ją bardziej pilnujemy. To moja siostra. Ale ty…

— Więc jej stan ją usprawiedliwia? — spytał Romeo.

— Myślę, że tak — odparła siostra pobitej dziewczyny. — Musisz ją zrozumieć.

— Cóż… mogę tylko powiedzieć, że mi też czasem odbija i wtedy w obronie swojej własności biję ludzi, może trochę bardziej niż było to konieczne. Jak rozumiem z twoich słów, tłumaczy mnie to, zatem wsiądę teraz do mojego samochodu i pojadę sobie stąd — powiedział jednostajnym tonem Romeo.

— A-ale ty ją pobiłeś, nie możesz…

— Żegnam — uciął i wsiadł do samochodu.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.