Nieuchwytny
Kwiecień 11, 2010 (niedziela)
Wszystko zaczęło się, gdy Grażyna Waleczna przyszła do mnie i oznajmiła, że pisze artykuł o niejakim Kadowie, człowieku, który przez jakiś czas był kimś w rodzaju internetowego artysty — pisał opowiadania, rysował komiksy, wypowiadał się na różne tematy, jednym słowem: było go pełno wszędzie — a który pewnego razu po prostu zniknął. Przestał pisać, pousuwał konta emailowe i nikt nie wiedział, co się stało. Ponieważ jego dokonania zostały w sieci, obrósł w legendę w niektórych kręgach, jak to mówią. Redakcja, w której pracowała Grażyna miała trochę luzów i ktoś oddelegował ją do napisania artykułu o Kadowie. Bez trudu znalazła ślady jego działalności w sieci, poznała paru ludzi, którzy utrzymywali kontakt z Kadowem, ale nikt z nich nie potrafił powiedzieć, co się z nim stało.
— Wiesz, jak to jest — opowiedział jeden ze znajomych (słuchałem taśmy). — Gość bywał nieregularnie. To były inne czasy. Teraz każda aktywność jest rejestrowana. Kto się gdzie zalogował, gdzie był, czego słuchał. Teraz można by dokładnie sprawdzić, kiedy te aktywności się urwały. Ale wtedy… po przerwie się nie pojawił. Przerwa się przeciągła, a my wszyscy mieliśmy swoje zajęcia. Ludzie wciąż przychodzili i odchodzili. Pewnie, brakowało nam dowcipu Kadowa, był dość spostrzegawczy, jeśli chodzi o różne rzeczy. Fajnie się go czytało. Jak czytałaś jego bloga, to wiesz wszystko, co i ja. I nie sądzę, żeby ktokolwiek wiedział więcej.
Inne taśmy były w tym samym tonie. Grażyna chciała się wykazać tym ogonem, który napotkała w swojej karierze dziennikarskiej. Zapoznałem ją ze znajomym hakerem, który porobił swoje czary z IP, ale ustalił niewiele. Kadow korzystał z różnych IP, które zmieniały się na przestrzeni lat. Być może się przeprowadzał. W każdym razie nie miał żadnego “głównego” IP, które by gdzieś prowadziły. To znaczy: wszystkie pochodziły z naszego miasta, ale Kadow nigdy nie robił tajemnicy z tego, w jakim mieście mieszka.
Wydawało się, że artykuł będzie z gatunku wspominków i poszlak, kiedy nagle jeden z tych dawnych znajomych się odezwał i powiedział, że ma nowe informacje oraz że chce się spotkać. Grażyna nie posiadała się ze szczęścia, ale poprosiła mnie o obecność przy tym. Właśnie próbowałem zrobić swojego pierwszego w życiu skręta (ale spoko, tytoniowego) — tak podobno jest taniej — kiedy wpadła do pomieszczenia, obwieszczając to. Papieros się nie udał, a do kolejnego nie miałem nerwów już, więc poszliśmy. Znajomy Kadowa umówił się w knajpie w dawnej dzielnicy żydowskiej (obecnie żydowsko-knajpianej, można powiedzieć). Mieliśmy go poznać po okularach z czerwonymi szkłami. Zastaliśmy małego, wystraszonego (ale pełnoletniego) chłopca w spodniach z szeleszczącego dresu. Siedział i nerwowo rozglądał się na boki. Grażyna powiedziała mi na ucho zaraz po wejściu, że to nie ten, bo nie pasował jej głos, jaki usłyszała w słuchawce.
Siedliśmy do stolika, prawie przyprawiając czerwonookiego chłopaka o zawał. Spojrzał na nas wystraszony. — Co to ma być? — spytał. — Miała być tylko laska — dodał oburzony i wystraszony. Po chwili jednak powiedział: — A, pieprzyć to. Jest na dole. — Po tych słowach zdjął okulary i wyszedł, zostawiając je na stoliku. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem do salki na dole. Grażyna poderwała się szybko i podążyła za mną. Zauważyłem, że zgarnęła okulary. Skrupulatne dziennikarstwo. Zeszliśmy po zawijających dookoła schodkach i znaleźliśmy się w półmroku małej salki, którą często wynajmowano na wieczory kawalerskie i tego typu okazje. Przy stole naprzeciw wejścia siedział mężczyzna. Ubrany był na czarno, a twarz zasłaniał mu windstopper. Dłuższe włosy zaczesane były do tyłu na grubej warstwie żelu. Widoczną część twarzy miał wysmarowaną jakąś sadzą chyba. Wskazał miejsca do usiąścia. — O co tu chodzi? — zdziwiła się Grażyna. Postanowiłem nie psuć jej niespodzianki.
— Jestem człowiekiem, który kilka lat temu poruszał się po sieci używając nicka Kadow — powiedział. Grażynę aż zatkało. Szybko sięgnęła do torebki po dyktafon. — Nie, proszę nic nie nagrywać. Inaczej w tej chwili wstanę i wyjdę. — Grażyna odłożyła dyktafon do torebki, pokazując, że jest niewłączony. — Znajomi powiedzieli mi, że węszysz i pytasz. Muszę przyznać, że dość imponującą robotę odwaliłaś. Pogratulować determinacji. Jeżeli redakcja, która ci to zleciła, nie zatrudni cię po tym, to nie przejmuj się. Oni popełnią błąd. Ale zapewne nie przyszłaś tutaj słuchać o sobie. Jeżeli dotarłaś do blogów i opowiadań, jeżeli rozmawiałaś z ludźmi, to wiesz już wszystko, co miałaś do dowiedzenia się o Kadowie.
— Dlaczego zniknąłeś pewnego dnia?
— Pewnego ranka obudziłem się i wiedziałem, że mnie to już nie bawi. Widzisz, nie robiłem tego dla pieniędzy ani sławy. W tamtych czasach nikt nie robił w Internecie jakiejkolwiek sztuki, żeby na tym zarobić. Monetaryzacja, jaka teraz jest na ustach wszystkich, wtedy nikomu nie przychodziła do głowy. Działalność w sieci wtedy była czystym hobby. Chodziło o dobrą zabawę. Jasne, czasami kogoś wydali, ale było to tak sporadyczne, że żaden normalny człowiek nie liczył na to. Zatem mogło chodzić przede wszystkim o dobrą zabawę. Pamiętam, kiedyś w “Idolu” pojawił się osobliwy zawodnik. Wyglądał, jakby się właśnie obudził. Odśpiewał jakąś rymowankę, może ludową, o problemach ze znalezieniem wychodka, czy coś takiego. Przerwali mu, bo nie umiał śpiewać, ale jednocześnie poprosili, żeby dokończył. Zainteresował komisję ciąg dalszy. Potem wyszedł. Kuba Wojewódzki powiedział wtedy: “Najgorszy typ artysty, całą frajdę zostawił dla siebie”. Bo faktycznie, wydawało się, iż pomimo, że nasz zawodnik śpiewać nie umie, to bawi się przednie. Oglądałęm to i pomyślałem, że to ma sens. Że będę pisał tylko, jeżeli mnie coś bawi. Rzecz w tym, że w pewnym momencie przestaje. Wtedy się zmywam. I tak było wtedy.
— Jak tego dokonałeś? — spytała Grażyna, a Kadow tylko patrzył, przekręciwszy lekko głowę, zupełnie jak pies, który słyszy jakiś odgłos po raz pierwszy. — Chodzi mi o to, że zniknąłeś bardzo skutecznie. Szczerze mówiąc, już odpuściłam, kiedy się ze mną skontaktowałeś. Czy możesz zdradzić mi tę tajemnicę?
— Mój sposób jest bardzo prosty w założeniach, choć bywa trudny w realizacji. Gdybym miał to streścić w jednym zdaniu, to brzmiałoby ono: jeżeli chcesz coś schować, musisz sprawić, żeby ludziom nie przyszło do głowy tego szukać. Jeżeli ktoś będzie szukał, to znajdzie. Jak ty. Jeżeli nikt nie będzie szukał, to nie muszę się jakoś bardzo maskować. Odkryłem to właściwie przypadkiem. Wcześniej robiłem takie numery, trochę jak Jezus, że pojawiałem się w jakimś znanym miejscu pod innym nickiem. Rozmawiałem z ludźmi chwilę, a oni odkrywali, kim jestem. Zmieniałem styl pisania, ale nie potrafiłem zrezygnować z dużych liter i znaków przestankowych. Nie potrafiłem również pisać głupio. Byłem więc demaskowany za każdym razem. Aż pewnego razu zrobiłem inaczej. Przyjąłem oczywiście inny nick — w tamtym miejscu nie wolno było mieć dwóch kont — ale nie przejmowałem się doborem języka. Trzymałem się jednej zasady: nie pisać nic o sobie. Nawet zmyślonych rzeczy. Udało mi się utrzymać w grze przez ponad rok. Po roku jednakże stało się to, o czym już dziś mówiłem — znudziłem się i sam się ujawniłem. Była mała afera i takie tam, nic poważnego. Najbardziej zabolało chyba ego administratora tamtego forum, człowieka z napięciem w pośladkach, który bardzo pilnuje swojego regulaminu. Mam na ten temat nawet swoją teorię, ale nieważne. Nauczyłem się wtedy, że tak długo pozostawałem w ukryciu, ponieważ nikomu nie przyszło do głowy, że mógłbym tam chcieć wrócić. I tak samo zrobiłem, porzucając wcielenie pod tytułem Kadow. Wtedy było to oczywiście łatwiejsze, nie to, co teraz, gdzie każde nasze pierdnięcie jest odnotowywane w Internecie. Wpatrywaliśmy się w sieć dostatecznie długo, by ona zaczęła wpatrywać się w nas.
— Zamierzasz wrócić? — spytała Grażyna, która była w takich emocjach, że nie do końca myślała. Filtrowała rzeczywistość, ale jej nie analizowała. Kadow znowu nie odpowiedział, tylko patrzył na nią. — Co? Czy ja właśnie… — nagle zrobiło jej się głupio. — Wróciłeś i działasz!
— Ustabilizowałem się i nie mam czasu na takie bzdury — odpowiedział, po czym wstał. — Czas na mnie. Odczekajcie 15 minut i wyjdźcie.
Kiedy wyszedł, Grażyna chciała za nim popędzić. Złapałem ją za ramię i ściągnąłem z powrotem na dół.
— Hej! Dlaczego?
— Uszanuj, że podzielił się z tobą tym, czym się podzielił. Zresztą sądzę, iż przewidział sytuację, że możesz chcieć wybiec za nim.
— I co zrobił?
— Nie wiem.
— No to skąd wiesz, że coś zrobił?
— Bo to mi pasuje do tego typu.
— Szkoda, że nie pozwolił mi nagrywać.
— Wszystko zapamiętałem, pomogę ci odtworzyć.
— Jak?
— Jestem cyborgiem.
— Akurat.
Wyciągnąłem z kieszeni swój dyktafon, który wciąż nagrywał. — Mam specjalne implanty, które pomagają mi funkcjonować w tym okrutnym świecie. — Grażyna rzuciła się na mnie, uściskała mnie mocno, po czym buchnęła dyktafon. Po tych słowach wybiegła na zewnątrz. Drzwi nie były zamknięte, więc wstałem i też wyszedłem. Grażyna stała na środku lokalu i rozglądała się. Zaczęła pytać obsługi, czy nie widzieli mężczyzny, który wychodził z dołu, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nikt nie wiedział, że ma. Wyjąłem paczkę fabrycznie pakowanych papierosów i zapaliłem jednego. Grażyna zdawała się już mnie nie potrzebować. Zaciągnąłem się dymem i poczułem, że coraz mniej mi smakują te fabryczne gówna. W tej właśnie chwili postanowiłem rzucić palenie w diabły. Spojrzałem jeszcze raz na paczkę i wielki napis “PALENIE ZABIJA”. Kiedyś miałem plan, żeby być nieśmiertelnym, a ten napis uświadamiał mi, że sam narażam swoje przedsięwzięcie. Postanowiłem działać od razu. Podałem papierosa najbliższej osobie i wyszedłem z lokalu, który był zlokalizowany w narożniku budynku, miał więc wyjścia z dwóch stron. Kątem oka rzuciłem na mężczyznę, któremu wręczyłem papierosa i ruszyłem w stronę przystanku tramwajowego.
Dopiero wieczorem mnie tknęło, że kątem oka zarejestrowałem, iż mężczyzna puścił do mnie oko. Dzięki zdolnościom mnemotechnicznym byłem w stanie przypomnieć sobie wszystko, lecz nie mogłem cofnąć czasu i zaobserwować więcej. Miałem więc Kadowa na wyciągnięcie ręki i puściłem go.
A zresztą, to nie był mój artykuł.
Tran
Grudzień 18, 2009 (piątek)
W roku wielkiego zamieszania, kiedy zmarł nasz wspaniały rodak, udaliśmy się z moim serdecznym przyjacielem napić się coś na mieście. Śmierć wielkiego wodza narodów, jakim niewątpliwie był Jan Paweł II, a którego serce stanęło nagle w otoczeniu wysokim dostojników kościelnych i dziennikarzy, którzy próbowali dostać się z kamerami, mikrofonami i aparatami fotograficznymi przez okienko do środka, miała zaważyć na tym wieczorze w dość istotny sposób. — Chuj kazał przestać się leczyć — zauważył mój przyjaciel. — A zawsze walczył z eutanazją. I taki feler na koniec. — Kwestia ta mnie mało interesowała, a mojego przyjaciela niewiele więcej niż wypowiedzenie dwóch zdań potępiających nieboszczyka. Była w tym jakaś metoda: Jan Paweł II nie mógł mu się w żaden sposób zrewanżować.
Jego śmierć dała nam się odczuć w inny sposób. Wydawać by się mogło, że zdeklarowani bezbożnicy są bezpieczni, ale tego dnia mieliśmy się przekonać, że nie do końca. Gdy znaleźliśmy się na ulicach miasta, w którym bawił nasz drogi nieboszczyk przez wiele lat na wysokim, choć nie najwyższym stanowiku, okazało się, że nocne życie zostało sparaliżowane jego wcale nie tak nagłym odejściem. Sytuacja była niewesoła. Oto strudzeni wędrowcy i odkrywcy różnych kwestii filozoficznych (czyt. ja i mój przyjaciel) chcieli się napić i nie mogli, ponieważ nagle wszystkim odbiła palma, która nie wynikała z szacunku dla osoby zmarłego, lecz raczej strachu pt. “co inni powiedzą”. Staliśmy przed bramą, w której znajdowały się 4 różne knajpy. Planowaliśmy iść z moim przyjacielem do jednej z nich, utrzymanej w stylu lat 80., choć tak naprawdę żadnym konkretnym, ale zamknęli wszystkie. Nawet gejowski. Przed bramą stała jakaś lesbijka ubrana jak chłopczyca, która pomstowała do koleżanek: — Kurwa mać, kto by się spodziewał, że zamkną nam lokal z powodu jego śmierci! — W jej głosie słychać było wielkie zaskoczenie, zdziwienie, dopiero potem oburzenie. Tak, oto śmierć człowieka, który uważał ją za chorą a jej orientację za wybór świadomy, choć spaczony cywilizacją śmierci, odejście tego człowieka położyło się cieniem na jej rozkładzie dnia.
Potem było gorzej: przez dwa tygodnie panowała żałoba narodowa, a telewizje oszalały nadając non-stop biografie wiadomo kogo. (Ciekawostka: jedynym kanałem, który nie zmienił ramówki, była katolicka stacja Puls.) W tym szaleństwie już nie widziałem metody. Przez dwa tygodnie relacjonowano kolejne pielgrzymki, spotkania młodzieży, pogodzenia się zwaśnionych kibiców dwóch drużyn piłkarskich (chłopaki morowo wytrzymali przez całą medialną szopkę, zaczęli się dosłownie zabijać dopiero po), żaden z ówczesnych psychologów telewizyjnych nie odważył się podjąć jakiejkolwiek analizy zjawiska czy broń boże interpretacji, a durni dziennikarze goniący za sensacją piali nad porozumieniami ponad podziałami. Porozumienia nie trwały długo, jak się okazało potem.
Teraz jednakże staliśmy przed kilkoma nieczynnymi lokalami wciśniętymi w jedną klatkę schodową, rzecz właściwie charakterystyczną dla tego miasta, a od grup ciągnących z centrum usłyszeliśmy, że tam też jest dupa, jeśli chodzi o napicie. Bez sensu, pomyślałem. — Idziemy do Żydów — oznajmił mój przyjaciel obierając kierunek na dawną dzielnicę żydowską. — Tak — odpowiedziałem.
— Byłem przedwczoraj w takiej knajpie należącej do mojego kolegi — zaczął opowiadać mój kompan. — I jak poszła plota, że może staruszek papież kopnął w kalendarz, to wyłączyli muzykę. I to wystarczyło. Czy oni wszyscy ocipieli, przepraszam, żeby zamykać lokale? Toż to dla nich żywa kasa! I czego oni się boją?
W dzielnicy żydowskiej było trochę lepiej, ale nie od razu. Ucałowaliśmy niejedną klamkę nim nie przyszedł mi do głowy pewien szatański pomysł. Popatrzyłem na mojego wulgarnego miejscami przyjaciela i pomyślałem, że zrobię mu psikusa, a może nawet dam nauczkę. Ale nie uprzedzajmy faktów. Zaproponowałem pewien położony na uboczu lokal, który moim zdaniem powinien był być czynny, choć tego wieczoru wszystko było możliwe. Mój przyjaciel zgodził się i ruszyliśmy w tamtą stronę. Na szczęście był już dzień po Prima Aprilisie i pogodę można było śmiało określić jako wcale ciepłą. Trochę celowo powłócząc nogami, niczym jacyś jebani dekadenci, dowlekliśmy się do wybranego przeze mnie miejsca.
Wejście do lokalu nie było proste, ponieważ trzeba było najpierw zadzwonić domofonem i w ten sposób sforsować metalowe drzwi, następnie zejść kilka stopni w dół i zostać skontrolowanym przez kratę. Dwóch wytatuowanych karków z marsowymi minami rzuciło na nas wzrokiem. — To moja parówa — powiedziałem, pokazując na mojego przyjaciela i puszczając oko do jednego z ochroniarzy. Uśmiechnął się pod nosem i otworzył kratę. Na szczęście środowisko, które “dzierżyło” klub, było na tyle niejednorodne, że kupili ten bajer. Na szczęście numer 2: mój przyjaciel tego jednak nie dosłyszał. Wpuszczono nas do środka. Po zimnym przedsionku z dwoma łysymi klucznikami trafiliśmy do właściwego klubu. Poczułem buchnięcie ciepłego powietrza na twarzy. Na wprost był wielki parkiet, a po prawej bar z kilkoma stolikami. Skręciliśmy w prawo. Może, myślałem zbliżając się do stołka barowego, trafiliśmy do alternatywnej rzeczywistości, gdzie Jan Paweł II nie umarł albo nigdy nie żył albo umarł dawno temu, może w zamachu Alego Agcy, a może podwójna brama wraz z murami tworzyłay na tyle gęste środowisko wokół wnętrza, że wiadomości z zewnątrz docierały ze sporym opóźnieniem. Jeżeli tak, to ja i mój przyjaciel moglibyśmy być rozpatrywani jako wirusy, które przynoszą taką wiadomość i mogą potencjalnie skazić atmosferę dobrej zabawy panującą w tym bastionie. Na szczęście nie mieliśmy takiego planu. Hulactwo w klubie było niezagrożone z naszej strony.
Siedliśmy przy barze, tak już na końcu. Po browczyku, postanowiliśmy i podniosłem rękę, by złożyć zamówienie, lecz barman nawet się nie obrócił. Spróbowałem jeszcze raz i… znowu nic. A to dopiero! pomyślałem. Pierwszy raz zdarzało mi się, że w ten subtelny sposób odmawia się prawa mojej obecności w lokalu. Kilka kolejnych prób nie przyniosło skutku. Można powiedzieć, że byliśmy w kropce. I wtedy obok mnie stanęła jakaś kobieta, uniosła rękę i barman pojawił się w momencie, zupełnie niespeszony, że wcześniej kładł na nas lachę. Kobieta oddaliła się szybko. Zdążyłem zanotować tylko, że ma dość odważną minispódniczkę — skórzaną, która miała kompletne wycięcie na pośladki, które przedzielone czarnym sznurkiem stringów sympatycznie kołysały się przy każdym kroku. Mój przyjaciel zamówił 6 kamikadze. Wypiliśmy po 3. Następnie drugą kolejkę i znowu po 3. Barman więcej nas nie ignorował. W pewnym momencie mój przyjaciel zorientował się w naturze psikusa, jakiego mu zrobiłem. — To chyba jakiś bar dla pedałów — powiedział. Istotnie, byliśmy w gejowskim klubie. Kilka kroków dzieliło nas od darkroomu, z którego dobiegały odgłosy bynajmniej nie będące hołdem dla teatralnie zmarłego bohatera wieczoru. Na razie jednak nie dawałem po sobie nic poznać. Postanowiłem wystawić mojego przyjaciela na próbę, ponieważ z zamiłowania psioczył nie tylko na szeroko pojęty kler, ale również mniejszości seksualne. Wypiliśmy jeszcze kilka kolejek kamikadze. I jeszcze kilka. I jeszcze nie wiem ile. Łącznie, jak ustaliłem następnego dnia rano, zapamiętałem tylko połowę wszystkich.
Skoro mogłem ustać na nogach — bo to różnie bywa, kiedy się pije; czasem człowiek w pewnym momencie chce skoczyć do kibelka i okazuje się, że nie może nawet wstać — poszedłem na parkiet.
(Powyższy akapit celowo pozostawiono pustym, ponieważ oddaje on dziurę w pamięci, która zachowała się po dziś dzień.)
To nie było jak przebudzenie, nie czułem się jakbym spał i obudził, o nie. Najtrafniejsze porównanie jest takie: jakbym zbliżał się do pokoju, w którym gra muzyka. Idę długim korytarzem i słyszę tę muzykę, która robi się głośniejsza. Głośniejsza i głośniejsza. Wtedy dochodzę do drzwi i przekraczam próg. Nagle dźwięk, który był przede mną otacza mnie z wszystkich stron. Mniej więcej tak poczułem się, kiedy zorientowałem się nagle, że tańczę z jakąś kobietą dość aktywnie integrując się z nią. Nasze języki odtańczyły być może tamtej nocy o wiele większe wygibasy niż nasze ciała. W pewnym momencie moja partnerka w tańcu zakręciła się dookoła własnej osi i ujrzałem goły tyłek. Ten sam, co przy barze. Trochę mnie wcięło. Rozejrzałem się za moim przyjacielem, ale nigdzie go nie widziałem. Zresztą czułem się trochę bezwolny i nic z tym faktem nie byłbym w stanie zrobić. Kobieta złapała mnie za rękę i pociągnęła do małej salki (a może to było patio?) równolegle z tą wzdłuż baru. Tam przy jednym stoliku siedziała jakaś para. Wybrylantowany chłopak w świecącej koszuli oraz prążkowanych spodniach w kantkę, obok jakaś dziwna dziewczyna w bluzce z napisami po hebrajsku. Osobniczka, która mnie porwała, posadziła mnie z tymi ludźmi, po czym pofrunęła gdzieś. Zacząłem przyglądać się dziwnej dziewczynie przy stole. Była płaska i miała jakieś takie rysy twarzy… męskie. I nagle poczułem się jak Jerzy Stuhr, który dotarł na squat do tych jakichś lesbijek-outsiderek w “Seksmisji”. To nie była dziewczyna. Powrót świadomości wydarzeń sugerował, że alkohol ulatnia mi się z głowy. Zaczynałem łączyć fakty. Oto siedzieliśmy w lokalu gejowskim i nie powinienem być tym zdziwiony. W sumie mi przeszło po pierwszym zaskoczeniu. Nie byłem jednak w stanie nic powiedzieć. Bynajmniej nie z powodu nieśmiałości. Szumiało mi w głowie i ogólnie byłem nastawiony raczej na odbiór. Alkohol zatruwający mój organizm, gorąc i zaduch panujący w pomieszczeniu, a także kakofonia dźwięków, jakiej byłem poddawany jeszcze przed chwilą uczyniły mnie na jakiś czas impresjonistą. W tej chwili chłonąłem wszystkie proste bodźce niczym jakiś flamandzki malarz po absyncie. Tylko potem tego nie malowałem, choć sądzę, że gdybym zwymiotował to przez takie sito do mąki na płótno, to mógłby być aukcyjny hicior. No ale nie zwymiotowałem. Para naprzeciwko mnie czuła chyba skrępowanie, ponieważ na przemian to nerwowo się uśmiechali do mnie, to czekali aż coś powiem. Z ulgą przyjęli powrót kobiety z gołym tyłkiem, która złapała mnie za rękę i gdzieś porwała.
Mój impresjonizm był dość spowalniający, ze dwa razy bym się wywrócił, kiedy byłem ciągnięty przez mroczny parkiet — w ciemności nie widać stopni — i korytarz do czegoś, co okazało się chyba małym darkroomem. Po drodze przyszło mi do głowy, że może ona też jest mężczyzną. Właściwie dlaczego by nie? W tym miejscu wszystko było możliwe. A jednak, pomyślałem sam sobie w odpowiedzi, miała piersi. No ale, kontrowałem po raz kolejny, było tutaj raczej niewielu ludzi z przypadku. Biseks? A może… Nie. To niemożliwe. Niestety, moje rozważania zostały przerwane tym, że w tym momencie weszliśmy do podłużnego pomieszczenia z dwoma rurami do tańczenia na środku i kanapą dookoła. Miejsce na prywatne tańce striptizerek, wydedukowałem. Przynajmniej kiedyś. Osobniczka posadziła mnie na kanapie i stanęła do mnie tyłem. Teraz dojrzałem, że jej część garderoby udająca spódnicę była bardziej czymś na wzór fartuszka, tylko spinana na dole cienkim paskiem. Rozpięła go i wypięła się, a następnie potrząsnęła pupą. — Nie chcę tak — powiedziałem. Wyprostowała się. Przez chwilę miałem na kolejnego psikusa: chciałem powiedzieć, że zmarł Jan Paweł II i że to mnie rozwaliło czy coś w tym stylu, ale prawie od razu uznałem to za nieśmieszne. Zamiast tego postawiłem na szczerość. — Jestem tu z przypadku. Nie wiem, co stało się na parkiecie, ale mój przyjaciel, którego przyprowadziłem tu dla żartu, wiesz, jest homofobem, no więc on mnie trochę upił i mam gigantyczną dziurę w wydarzeniach tego wieczoru.
Usiadła obok mnie i powiedziała: — Jeżeli jesteś tu z przypadku, to heh! Kiedyś opowiem ci, co tam wyprawiałeś ze mną. Nabrałeś mnie i może powinnać kazać cię stąd wyrzucić, ale mimo wszystko mnie rozbawiłeś. A twój przyjaciel rozrabiał przy barze i moi chłopcy wynieśli go, miotającego się jak zażynana świnia, a następnie wyrzucili do kałuży przed lokalem. Zrobili w ulicy taką głębszą dziurę, którą regularnie napełniają wodą, żeby wyglądała jak płytka, choć wypełniona brudną wodą kałuża. Zawsze, kiedy wyrzucają kogoś z lokalu, to jakiś cudem wpada on w tę wodę. Pomimo iż mamy bramę i kratę, to czasem ktoś się prześliznie. Myśli, że jest sprytny, ale tak naprawdę został przez nas wpuszczony. Zawsze. Wybieramy takich, co nie narobią problemów. Pooglądają, zostaną zignorowani w barze, ktoś spróbuje poderwać ich na parkiecie, po czym zmyją się. Chyba że nie, ale ciąg dalszy tego wariantu znasz. Potem ci, co byli grzeczni, opowiedzą o wszystkim swoim kolegom albo opiszą na forum dyskusyjnym. Tak rodzi się legenda tego miejsca. Pielęgnuję ją starannie. Bardzo dbam o to, żeby stworzyć tu inny świat, który pozostaje obojętny na wydarzenia na zewnątrz. Chyba dopiero wojna musiałaby się tutaj wedrzeć. — Zrobiła przerwę i spojrzała na mnie jak nauczycielka na niesfornego uczniaka. — Ale wy dwaj… zrobiliście moich bramkarzy. No, właściwie nie “wy”. Myślę, że patrzyli na ciebie, bo twój kumpel choćby kupił ten lokal, to by się nie dostał do środka. Chodź, napijemy się czegoś bezalkoholowego już.
— Jesteś właścicielką tego lokalu? — spytałem po drodze.
— Nazywam się Tranny Quilizer i tak, jestem tu królową na włościach.
Wróciliśmy do stolika ich znajomych. Wyglądali na zaskoczonych (może za krótko albo za długo nas nie było) i znowu zamilkli. — To jest Frank — przedstawiła mnie. Frank? prawie się zdziwiłem, ale no dobra, właściwie nie potrzeba było już mocniejszych dowodów na to, że dawno się tak nie upiłem. I najlepsze, że nie za swoje pieniądze. Wyjąłem z kieszeni kurtki zmiętą paczkę papierosów, z których niektóre były połamane, i zapaliłem sobie jednego. Tran oraz jej dwójka znajomych, którzy mi się nie przedstawili, ale właściwie ja też, opowiedziedzieli kilka historii o sobie, o tym lokalu i takie tam. Nadal miałem impresjonistyczną fazę, więc głównie słuchałem. Opowiedzieli mi o różnych problemach swojej mniejszości, o organizowaniu parad, zakroili szeroko kwestię adopcji — które chcą, których nie i tym podobne — oraz trochę o muzyce i filmach. Wypaliłem z sześć papierosów, kiedy Tran doszła do największej petardy tego wieczoru.
Kilka lat wcześniej, w czasach modemów i okrutnych cen internetu liczonego za każdą minutę połączenia urządziliśmy sobie z kuzynem — a obydwaj byliśmy nieletni — noc z porno. Były to czasy, jak wspomniałem, okrutne, nie było niczego takiego jak transmisja strumieniowa, ba, nie było nigdzie avików i wmvów do pobrania. Na stronie, którą po wielkich trudach znaleźliśmy, bo Google’a też wtedy nie było, a jak był, to nie tak rozbudowany jak teraz, były same obrazki, ale też nie tak, że galerie, nie myślcie sobie. Tekstowa lista z opisami. Po kliknięciu w link dopiero pojawiał się obrazek. Współcześni spece od usability na pewno mieliby tu coś do powiedzenia, ale na szczęście nikt tych nadętych durni nie będzie pytał o zdanie w tym temacie. Ci nudziarze pewnie do dziś nie mają wstępu do klubu Tran. Wtedy jednak jeszcze nie istnieli. Zarówno podczas nocy na modemie, jak i nocy w klubie odciętym od świata. Pojawili się niedawno. Ale nie o nich miałem. Co to ja? A tak. No więc kuzyn kliknął w jeden link i oto wyskoczyło nam na ekranie coś, czego nie potrafiliśmy zidentyfikować. Oto przed nami prezentowała się młoda mulatka z drobnymi piersiami i… członkiem. — Ale jak to? — zakrzyknęliśmy nieomalże równocześnie. Dziewczyna wyglądała na dziewczynę, miała kobiece kształty, szerokie biodra oraz dorodnego penisa. Coś tu strasznie nie pasowało. Przez wiele lat szukałem odpowiedzi na pytanie, skąd się biorą tacy ludzie — rodzą się tacy? Niestety, Internet podrzucał wiele zdjęć, a potem i materiałów wideo, lecz nigdy odpowiedzi na to pytanie. Tran, zgodnie ze swoim pseudonimem, gdyż nie posądzałbym jej rodziców o tak wyrafinowane poczucie humoru, była właśnie taką osobą.
— Urodziłam się chłopcem — zaczęła swoją opowieść, podbierając mi z paczki jednego papierosa (bez pudła wyciągnęła niezłamanego, co mnie się za pierwszym razem nigdy nie udało) i odpalając od mojego. — Tutaj właściwie moja historia nie różni się ani trochę od wszystkich historii transseksualistów. Czułam się źle w swoim ciele, jak i w swojej roli społecznej. Bardziej ciągnęło mnie do zabaw w sklep i tym podobne pierdoły, myślę, Frank, że znasz to. W odpowiednim momencie poddałam się operacji zmiany płci. Na szczęście mój ojciec jest Niemcem i to z zachodniego landu, więc był na tyle otwarty, by mi to umożliwić. I tutaj moja historia zaczęła się różnić od większości. Przeszedłszy kurację hormonalną oraz drobne operacje plastyczne poczułam, że pasuje mi ten stan zawieszenia pomiędzy, gdzie właściwie nie przynależna mi jest żadna konkretna rola społeczna. Poczułam się wolna. Wtedy przypomniałam sobie o tym miejscu. Wiele lat wcześniej, jeszcze jako cokolwiek wystraszony światem szczypiorek, włóczyłam się ze znajomą po okolicy i nagle ujrzałam w tym miejscu moje miejsce, to które mnie chętnie kiedyś przyjmie. Bardzo mocne przeświadczenie. Wróciłam tu, znalazłam opuszczony budynek po dawnym zarządzie gazowni i urządziłam tu swoje królestwo, lokal odcięty od świata, nie pełniący w związku z nim żadnej roli, piszący własną historię. Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. — Popatrzyła na mnie trochę kontrolnie, czy nadążam za jej opowieścią. Nadążąłem i to całkiem nieźle, ponieważ alkohol prawie już na mnie nie działał. Delektowałem się papierosem i byłem lekko przymulony, ale mój umysł pracował bez zarzutu. Olśniło mnie, choć jeszcze o tym nie wiedziałem w tamtym momencie, że większość tzw. shemale’ów się bierze właśnie stąd. Z niedokończonych operacji zmiany płci. Może zbierają na te ostatnie, może się boją, a może jeszcze coś innego. Ale to było jakby później.
— A brudne łona kobiet złych istotą poezji w mig staną się — powiedziałem. — Ale nie o tym chciałem. Mam cytat bardziej na temat: W gruncie rzeczy wiedział, że nie można wyjść poza, ponieważ nie było żadnego poza. Jeśli wierzyć autorowi biblii dla pseudointeligentów. Chociaż mnie właściwie ta książka się podobała.
— Cortazar. Biegłyś w cytatach. — powiedziała Tran, chyba trochę z drwiną w oczach. — Poza nie, ale pomiędzy już prędzej. — Spojrzała na zagarek na lewej ręce. Śmiesznie go nosiła, ponieważ miała tarczę od spodu dłoni. — Nie chcę być niemiła, ale czas będzie zamykać i muszę przy tym być. Szczególnie w dniu śmierci takiej persony.
— Jakiej persony? — spytał wybrylantowany wypacykowany piękniś przy stole.
Spojrzałem na Tran, ale jej spojrzenie z kolei mówiło mi, że zachowałbym się jak pieprzony wirus komputerowy, zdradzając tę tajemnicę, więc postanowiłem uciec się do kalamburu. — Napoleon konserwatyzmu — powiedziałem, wstając. — Dzięki niemu dane było nam się poznać. Bardzo miły wieczór, panno Quilizer, i mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś zobaczymy. Musimy omówić różnice pomiędzy “pomiędzy” i “poza”.
— Do zobaczenia, Frank — powiedziała, również wstając. — I właściwie, to jak się nazywasz? Wymyśliłam to imię na poczekaniu.
— Jestem Aubrey. Aubrey De Los Destinos.
Na zewnątrz było już jasno. Szybka rewizja wydarzeń z nocy i wieczoru dnia poprzedniego istotnie wykazała, że o godzinie, która była celebrowana w różnych telewizjach niczym pierwsza relikwia nowego świętego przez następne dwa tygodnie, czyli o 21:37, siedziałem jeszcze przed małym telewizorem rozważając jakąś nieistotną z punktu widzenia późniejszych godzin kwestię, a to oznacza, że do królestwa Tran dotarliśmy grubo po północy — jeśli dodać poszukiwania jakiegoś lokalu — a potem jeszcze film mi się urwał. Tak więc jasność wdzierająca się spomiędzy chmur na niebie prosto w me zmęczone źrenice była w pełni usprawiedliwiona. Idąc tak z głową pochłoniętą tymi wszystkimi ustaleniami nie patrzyłem pod nogi. W pewnym momencie potknąłem się o coś i upadłem.
— Do chuja wafla! — zawołał znajomy głos. Ujrzałem mojego przyjaciela, który wystawał z kałuży, tj. głowa i ręce, reszta zanurzona była w dziurze udającej kałużę. — Wyciągnij mnie stąd! Wywalili mnie z lokalu po tym, jak poszedłeś tańcować z tą gołą dupą i w ogóle jeśli jeszcze raz weźmiesz mnie do takiej knajpy, to cię chyba zatłukę na śmierć!
— Spoko, myślę, że nieprędko umrze następny papież — odparłem biorąc się za wyciąganie go z kałuży. Dobrze, że miał długie włosy, to sobie je okręciłem wokół ręki i było mi łatwiej, choć trochę krzyczał przy tym. Właściwie to rozważałem zostawienie go tam, w końcu by mu ktoś pomógł, ale nie miałem pieniędzy, a wiedziałem, że on zamówi taksówkę.
Śmierć w grze
Listopad 13, 2009 (piątek)
Pamięci Shawna Woolleya.
Jan Izydor przekręcił wytrych w zamku, mechanizm w środku szczęknął i drzwi stanęły otworem. Ze środka uderzył go bliżej nieokreślony odór, podobny do tego, jak zepsute mięso kiedyś w piwnicy. Nie wiedział wtedy, co począć — zwymiotować czy stracić przytomność. Teraz nie było czasu na takie dylematy, Jan wskoczył do pokoju i zamknął drzwi. Na klatce schodowej nikogo nie było i również nikogo nie słyszał zbliżającego się, ale nie mógł wykluczyć jakiejś ciekawskiej sąsiadki obserwującej z nudów korytarz przez judasza. Jan sięgnął do plecaka, skąd wyjął chustę, jaką dostał przy zakupie dżinsów kiedyś i owinął wokół twarzy. Wyglądał teraz jak stadionowy zadymiarz, ale trochę łatwiej szło mu oddychanie. W pokoju panował nieziemski bałagan, wszędzie walały się jakieś papiery z notatkami, porozrzucane czasopisma komputerowe, opakowania po czipsach, pizzy oraz puste butelki po coca-coli. Na kuchennym kontuarze oddzielającym pokój od kuchni — choć był to czysto umowny podział, ponieważ obydwa stanowiły faktycznie jedno pomieszczenie — stały otwarte opakowania z resztkami chińskiego jedzenia. Wydawać by się mogło, że udało się Janowi znaleźć źródło smrodu. Osoba, która go wynajęła byłaby zachwycona takim wynikiem jego śledztwa. Niestety, przyczyną nieprzyjemnego zapachu były rozkładające się zwłoki młodego człowieka, który odstrzelił sobie tył głowy z małego rewolweru zakupionego tydzień wcześniej. Ciało na wpółleżało w fotelu przed stanowiskiem komputerowym z wielkim ekranem monitora, kończyny bezwładnie zwisały nad podłogą. Z prawej strony leżało narzędzie samobójstwa.
Michał Wanecki półtora roku wcześniej zaczął grać w “Swords of Destiny Online”, jedną z MMORPG-owych gier, jakie robiły się coraz bardziej popularne ostatnimi czasy. Gra z początku nie przykuwała jego wielkiej uwagi, przełom przyszedł pół roku później. Michała rzuciła dziewczyna. Wbrew pozorom, w przeciwieństwie do większości przypadków, nie miało to nic wspólnego z grą komputerową. Jan Izydor zagadał do niej kiedyś w przebraniu doradcy ubezpieczeniowego, wyciągając docelowo informację, że po prostu rozminęli się. Chodzili ze sobą od pierwszej klasy liceum i było świetnie, Agnieszka była przekonana, że to z nim kiedyś się pobierze i będzie mieć dzieci oraz przysłowiowy domek z białym płotkiem, ale wraz z pójściem na studia i zmianą środowiska a także nowymi znajomymi, jej widoki się zmieniły. Michał poszedł na studia techniczne, które go bardzo pochłaniały i nie miał dla niej czasu. Ich związek zaczął się rozchodzić w szwach i żadne nic nie robiło w kierunku poprawy tego. On nawet nie zauważył, że źle się dzieje. Pewnego słonecznego dnia Agnieszka umówiła się z nim na mieście, co było mu trochę nie po drodze, ponieważ miał do zrobienia ważny projekt, i oznajmiła, że to koniec. Michał był zaskoczony, nie spodziewał się tego. Założywszy, że jego związek z Agnieszką jest czymś już na stałe, nie myślał o nim ostatnio. Był tak zaskoczony, że nie wiedział, co powiedzieć. Nie powiedział nic. Ona sama zmyła się szybko, nie mogąc znieść napięcia. Nie wiedziała, czego się po nim spodziewać, czy będzie wściekły, czy będzie płakał, krzyczał na nią, błagał by została. On jednak milczał. Milczał i patrzył na nią w osłupieniu. Wyglądał jak materac basenowy, z którego powoli schodzi powietrze. Widzieli się potem kilkakrotnie, żeby powymieniać się przedmiotami, ale za każdym razem Michał zdawał się być po prostu urażony. Jak mogłaś mi to zrobić, zdawała się mówić jego postawa. Ale nie potrafił poruszyć tego tematu.
Jan Izydor zbadał ten wątek, ponieważ jak udało mu się dowiedzieć, samobójcza śmierć często była bezpośrednio poprzedzona porzuceniem przez dziewczynę, zwolnieniem z pracy, wyrzuceniem ze studiów, czy czymś podobnym. Trop z Agnieszką był fałszywym tropem, choć jej nagłe odejście przyczyniło się do upadku zdolnego skądinąd studenta, jakim był Michał Wanecki. Najprawdopodobniej nie chcąc myśleć o rozstaniu, Michał rzucił się w wir nauki, zrobił kilka interesujących projektów, udało mu się dostać spore stypendium, dzięki któremu nie musiał iść w wakacje do pracy. Nie mając nic do roboty, zaczął grać więcej w “Swords of Destiny Online”, które wciągnęło go bez reszty. Koledzy ze studiów polecieli do Wielkiej Brytanii oraz Irlandii na sezonowe prace w gastronomii, usługach, przy produkcji oraz zbiorze owoców lub powrócili do rodzinnych wsi, zostawiając go w większości samego. Samego z grą. W październiku wrócił na studia, ale jego siła okazała się jego zgubą — mając opinię dobrego studenta nie musiał robić już tak dużo. Grał więcej.
W tym momencie na scenie pojawia się postać matki Michała. Pani Wanecka dostrzegła, że z synem dzieje się coś niedobrego, kiedy pomimo skończonych wakacji nadal zarywał noce, żeby grać w “tych rycerzy”. Próbowała wysłać syna na terapię, ale okazało się, że nałogowym graczom w Polsce właściwie nikt nie pomaga, a na drogich terapeutów na drugim końcu kraju nie było jej stać. Starania do zniechęcenia syna nie powiodły się i po dwóch miesiącach tej męczącej sytuacji Michał znalazł tanie mieszkanie z dostępem do Internetu i wyprowadził się tam. Był grudzień. Pani Wanecka dzwoniła codziennie do Michała, ale czuła, że staje się on coraz bardziej odległy. W jego głosie słyszała coraz mniej emocji. Jan Izydor miał ochotę jej wyjaśnić, że według ostatnich badań ludzie nadużywający komputera tracą zdolność empatii, co wynika z ograniczonych zdolności przerobowych ludzkiego mózgu, którego pierwszą funkcją jest gromadzić informacje. Nawet nie przetwarzać, ale gromadzić. Jeżeli jest ich dużo — a tak dzieje się, kiedy ktoś gra — mózg wyłącza swoje wyższe funkcje, czyli właśnie empatię. Nie powiedział jej tego, ponieważ nigdy jej nie spotkał osobiście. Nawet w przebraniu. Całokształt kontaktów z klientami załatwiał jego przedstawiciel, Piotr Kamieniecki. Absolwent prawa, który pomagał Janowi poruszać się w gąszczu zawiłych przepisów, do których Jan nie miał serca ani głowy. Potrafił przejrzeć ludzi bez problemu, z choćby fragmentów informacji, ale nie znosił bezsensownej w swoim mniemaniu machiny biurokracyjnej współczesnego świata, gdzie żeby załatwić najprostszą sprawę, trzeba było sterczeć godzinami w kilku kolejkach. O nie, tego nie znosił, ale na szczęście obrany zawód — prywatny detektyw — pozwalał mu tego unikać.
Matka Michała wynajęła Jana Izydora po tym, jak syn przestał odbierać telefon. Bała się, że całkiem zamknął się w swojej skorupie. Były powody do zmartwień — jej syn zawalił rok i z uwagi na wcześniejsze osiągnięcia pozwolono mu go powtarzać (za odpowiednią opłatą, naturalnie), ale on wydawał się w ogóle tym nie przejmować. Pani Wanecka obawiała się również o zdrowie Michała, gdyż miał on tendencję do tracenia na wadze i przy kiepskiej diecie mógł wychudnąć i stracić przytomność, i nikt by mu nie pomógł. Jan Izydor i Piotr Kamieniecki przystąpili do działania. Jan zajął się Agnieszką, do której trzeba było dotrzeć mniej formalnie, oraz poczytaniem trochę o problemie graczy komputerowych, natomiast Piotr zajął się kwestiami takimi jak zadłużenie (lub raczej jego brak) czy wykrycie zakupu broni. Jan Izydor połączył wszystkie kropki, jakie udało się im wspólnie zgromadzić, i nie spodobał mu się obrazek. Przez Piotra zasugerował, żeby powiadomić pogotowie, ale z jakiegoś powodu kobieta odmówiła. Zaproponował wtedy, że osobiście włamie się i sprawdzi, jak wygląda sprawa. Ludmiła Wanecka wyraziła na to zgodę. Wcześniej skontrolowali aktywność jego komputera w sieci, z której wynikało, że komputer działa non-stop od wielu miesięcy i że jest połączony z jednym z serwerów “Swords of Destiny Online”.
Jan Izydor sięgnął do plecaka i wyciągnął dwie gumowe rękawiczki. Nie chciał psuć materiału dowodowego policji. Z tego też powodu został w kurtce, pomimo iż było mu trochę gorąco. Wyjął też mały pojemniczek z maścią pod nos, jaką stosuje się czasami podczas przeprowadzania sekcji zwłok, a której silny zapach zabija wszystkie inne; chusta okazała się niewystarczająca. Cały czas ostrożnie stawiał kroki, żeby nie zgnieść niczego. Na szczęście jego żółw, Platon, nauczył go rozważnego stawiania kroków, nawet w ciemności. Po naciągnięciu rękawiczek narzucił z powrotem plecak na ramiona i przekręcił żaluzje, by wpuścić trochę światła do pomieszczenia. Półmrok panujący w pokoju był być może klimatyczny, ale znacznie utrudniał mu pracę, aczkolwiek nie wydobył żadnej nowej informacji ze sceny, jaką Jan ujrzał po wejściu. Nieświeże zwłoki obsiadywały małe muszki. Jan Izydor poczuł lekkie mdłości.
Jego dalsza obecność w tym mieszkaniu była w dużym stopniu zbędna, ponieważ udało mu się ustalić, co się stało z Michałem Waneckim, choć nie była to przyjemna historia. Po stokroć wolał przekazywać ludziom dobre wieści, ale nie zawsze się tak dało. Poczuł, że zaczyna mu się kręcić w głowie, więc żeby zająć czymś umysł, podniósł jedną z kartek na biurku. Była na niej wypisana lista osób z gry, które zaatakowały Michała. Podniósł drugą. Znajdowały się na niej ceny broni, najniższa na rynku, najwyższa oraz uśredniona. Jan zbliżył się do monitora i poruszył myszą. Ekran włączył się i oczom Jana ukazała się sceneria “Swords of Destiny Online”, znana mu ze zrzutów ekranu, jakie znalazł w Internecie podczas swoich poszukiwań. W centralnym miejscu znajdowała się siedząca postać rycerza z krótkim komunikatem zapraszającym do zakupów. Michał przed strzałem w głowę ustawił jeszcze sklep, który był jednak prawie pusty. Być może ustawił na koniec preferencyjne ceny. Jan zaczął przeglądać kolejne papiery. Każdy w jakiś sposób odnosił się do gry. Listy miejsc, przedmiotów, strategii, notatki z większych bitew, jakie toczyły się co tydzień w sobotę o jakiś zamek w grze — wyglądało to tak, jakby Michał Wanecki przed ostatni czas nie żył niczym innym, jak właśnie swoją grą komputerową.
Najprawdopodobniej tak było.
Jan Izydor wyszedł. Na szczęście zamek był na zatrzask, więc nie musiał poświęcać czasu na zamknięcie mieszkania. W drodze na dół zdjął rękawiczki oraz chustę, w którą wytarł spod nosa maść o wielce gryzącej woni. Dopóki był w środku, nawet jej nie zauważał — spełniała swoją rolę — ale jak tylko zaczął oddychać świeżym powietrzem, zaczęła mu przeszkadzać. Po drodze minął jakąś starszą kobietę z psem, ale jego ubranie i wygląd — spodnie przypominające robocze, czarna kurtka, sprany podkoszulek, buty trekkingowe i włosy w nieładzie — mogły sugerować, że jest jakimś robotnikiem. Kobieta go zignorowała.
Na zewnątrz oparł się o ścianę i zaczął głęboko oddychać. Słońce powoli robiło się jesienne, ale będąc wysoko na niebie wciąż potrafiło trochę przygrać. Widział różne tragedie w życiu, ale tę cechował jakiś bezsens. Nie było w niej wielkiej namiętności, ani wielkich pieniędzy, nie było nic gwałtownego, ani obezwładniającej chemii tak charakterystycznej dla wszelakiej maści używek. Nic z tych rzeczy. Był tylko wirtualny świat ze swoimi wirtualnymi dobrami, których nie mógł wynieść poza ekran monitora, nie mógł zgrać nawet na dysk w postaci pliku. Michał poświęcił się rozwijaniu swojego wirtualnego alter-ego, które mógł oglądać pod postacią awatara rosłego rycerza z dużym mieczem i w lśniącej zbroi. Było to tak zajmujące, że dobrowolnie poddał wszystko — szkołę, znajomych, rodzinę — dla tej gry.
Czy próbował przestać i dlatego się zabił czy może samobójstwo nie było tak ściśle powiązane z grą, a wiązało się jeszcze z rozstaniem z Agnieszką, od którego wciąż uciekał? Tego Jan nie mógł wydedukować i chyba nie chciał. Czasami sprawa pochłaniała go bardziej niż chciał, ale tym razem mówił sobie “stop”. Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer do Piotra.
— Powiedz klientce, że jej syn nie żyje. Samobójstwo, tak jak podejrzewaliśmy. Powiedz jej również, że raport z mojego pobytu tam postaram się napisać jeszcze dziś. A, i oznajmij jej, że tym razem zrzekam się wynagrodzenia.
Cztery banany i koc
Październik 8, 2009 (czwartek)
Siedziałem z moim znajomym w małym lokalu w dzielnicy żydowskiej. Był to urokliwy i z reguły pusty lokal, który jednak działał nieprzerwanie od lat. Czasami odnosiłem wrażenie, że jest to miejsce, do którego zabiera się ludzi, kiedy nie chce się, żeby zobaczono nas przez innych ludzi, również nam znanych. Że jest to — innymi słowy — miejsce potajemnych schadzek, co potwierdzały widziane częstokroć przeze mnie pary w składzie: stary pryk + młoda dupa. Z drugiej strony było trochę studentów, trochę małolatów i coś w rodzaju stałej ekipy, która zajmowała stoliki naprzeciwko kontuaru. I ja również lubiłem przychodzić do tego lokalu. Obróciłem głowę i ujrzałem tryskającego testosteronem młodego mężczyznę, którego wielkim problemem była kiedyś niemożność stracenia dziewictwa. Szczególnie ciążyło mu to w tym rozpustnych czasach, w jakich przyszło mu żyć. Był za stary, żeby pozbyć się swojego balastu w gimnazjum — za jego czasów nie było gimnazjów — i musiał się jeszcze trochę pomęczyć. Starał się, napinał, czarował kobiety, kupował prezenty, ale wciąż odchodził z kwitkiem. Moja ulubiona historia to ta o czterech bananach i kocu. Słuchajcie:
Razu pewnego Piecyk, bo takiej używał ksywy na różnych forach, gdzie gnębił słabszych psychicznie od siebie, których było jednak bardzo niewielu, więc musiał się nieźle napocić, żeby ich znaleźć, no więc razu pewnego Piecyk poznał kobietę przez znajomych. Jak mi potem opowiadał, przyglądała mu się przez cały wieczór, a pod koniec, kiedy już się zbierał, zapytała, czy nie podrzuci jej samochodem. Była to kobieta elegancka i drapieżna, szycha w jakiejś korporacji, miała pod sobą kilkunastu ludzi, była zimną, wyrafinowaną suką — tak ją mi przedstawił sam Piecyk. Na jej obliczu nigdy nie gościł uśmiech, chyba że zrobiła komuś przykrość, wtedy jej usta wyginał lekki uśmieszek sadystycznej uciechy. Ale Piecyk nie mógł wybrzydzać — czuł ciśnienie, które rozsadzało jego jądra zawsze, jak tylko widział nagą dziewczynę, a w kółko przeglądał “Playboya”, więc sytuacja ta nie należała do rzadkości. Po wielu kolacjach, kilku wyjściach do kina oraz SMS-ach liczonych w tysiącach Piecyk dostał wiadomość: “To dziś”. Jego radość nie miała końca, byliśmy wtedy w barze mlecznym i zaczął biegać po całym lokalu, mówiąc wszystkim: — To dziś! — Nie wzbudziło to jednak wielkiego zainteresowania ludzi. W drugim esemesie napisała: “Weź ze sobą cztery banany i koc”. Nie rozumiał, ja zresztą też, ale postanowił nie wypytywać, tylko wziąć się do roboty.
Do następnego mojego spotkania z Piecykiem doszło w szpitalu psychiatrycznym tydzień później, tyle zajęło mi odnalezienie go. Siedziałem na zgrzypiącym krześle w sali, która pamiętała jeszcze lata 90., białe kafelki zamiast lamperii, linoleum na podłodze, biała niegdyś ściana nabiegła żółtymi plamami i ciemnym osadem, stare łóżka, drewniane nieszczelne okna, skryte za białymi kratami; siedziałem i patrzyłem na biednego Piecyka, który leżał przypięty pasami za kończyny na łóżku i śliniąc się jak bernardyn mamrotał swoją opowieść o sądnym wieczorze. Przypięcie pasami było konieczne, ponieważ kiedy miał wolne ręce wciąż się masturbował. Spisanie jego historii nie było proste, ale spędziłem z nim wiele godzin, podając mu szklankę wody i wołając pielęgniarkę za każdym razem, kiedy nie zdążył do łazienki; niestety, pasy mu w tym wydatnie przeszkadzały. Przypominało to składanie puzzli, ale wysiłek się opłacił.
Piecyk z czterema bananami i kocem przypiętymi do bagażnika swojego roweru pojechał dziurawymi ulicami i krzywymi chodnikami do swojej Cruelli Demon. Ubrał swój najlepszy kaszkiet i muchę w wielkie grochy, spryskał się wodą kolońską swojego ojca — może trochę za bardzo, ale w niczym to nie zaszkodziło — i zapukał do drzwi mieszkania w nowym, bezdusznym apartamentowcu. Otworzyła mu w szlafroku, pod którym miała koronkowy gorset i pończochy. Minę miała trochę znudzoną, jakby kryjącą zaskoczenie z powodu jej wizyty. Nonszalancko poruszając się po mieszkaniu poprosiła o banany i koc. W Piecyku wrzało, zaczął się upodabniać do swojego pseudonimu, jego głowa zamieniła się w wielki komin, włosy — w kapelusz mandaryna, którego używa się również jako daszki kominów, jego korpus zamienił się w żeliwny kocioł wypełniony ogniem, Piecyk zaczął gwizdać rozgrzaną parą i charczeć. Surowe spojrzenie jego quasikochanki przywołało go do porządku, nawet muchę poprawił, kiedy na powrót stawał się człowiekiem. Kobieta zrzuciła szlafrok pokazując swoją smukłą sylwetkę i pełne kształty rozsadzające w czarną bieliźnę (co za oksymoron, pomyślałem, kiedy mi to opowiadał) z delikatnego materiału. Kobieta obrała banana w sposób, jaki Piecyk pamiętał z krótkich reklamówek seks-telefonów, które oglądał po północy na prywatnych telewizjach, a które to reklamówki nakazywały mu wysyłanie krótkich wiadomości tekstowych o treści “PISIA” (lub podobnych) na bardzo drogie numery telefonu. W tej chwili jednak nie myślał o pieniądzach wydanych na te telefony, gdyż kobieta w czerniznie obrawszy banana zaczęła go pochłaniać w ten sam sposób, co powyżej, przynosząc Piecykowi kolejne skojarzenia, biedakowi. Pierwszego banana zjadła stojąc do niego tyłem, drugiego — oparta o komodę z IKEI, trzeciego — na kanapie, a czwartego — leżąc w lubieżnej pozycji na stole. Podobno dużo przy tym jęczała. Tego było dość, Piecyk padł jej do stóp i wyznał swą miłość — nie wiedział, czego się jeszcze chwycić, opowiedział, że chce się z nią ożenić, mieć dzieci, lecz ona odepchnęła go piętą, a następnie rozłożyła koc na stole — kusząco się przy tym w stronę Piecyka wypinając — i oznajmiła, że planowała tak naprawdę oczyścić swój umysł i będzie teraz medytować, a on ma jej nie przeszkadzać. Usiadła w pozycji lotosu a jej usta wygięły się w tym grymasie, który można zinterpretować jako uśmiech. Piecyk poddał się i postanowił dać jeszcze jedną szansę swojej poprzedniej dziewczynie, Zosi Rączkowskiej. Kiedy kobieta skończyła medytować i zobaczyła Piecyka, który zapryskał jej niezły kawałek dywanu swoim nasieniem, aż zanieoddechła. Nie była bynajmniej praktykującą chrześcijanką, która żywi pogardę dla grzechu Onana, lecz nazywała się Katarzyna Lebowska. Jak wszyscy ludzie o tym nazwisku nie tolerowała paskudzenia swojego dywanu. Zadzwoniła po firmę ochraniarską, której dwaj barczyści pracownicy wyrzucili Piecyka prosto na ulicę. Stamtąd zgarnęła go karetka, ponieważ ktoś myślał, że jest narkomanem na głodzie. Ponieważ nie miał żadnych obrażeń poza zwichniętym nadgarskiem prawej ręki, zabrano go do wariatkowa.
Lebowska wywijała podobne numery przez całe lata. Poznałem ją jakiś czas później i też mnie owinęła wokół palca, ale znałem numer z bananami, poza tym nasza znajomość ograniczyła się do komunikatora internetowego i wymiany kilku maili, w których jednak opowiedziała mi historię swojej samotności, wynikającej z chęci bycia niezależną, ale to inna historia jest.
Piecyk wyszedł ze szpitala miesiąc później, a dzięki terapii elektrowstrząsowej nabył wstrętu do masturbacji; podobno jego lekarz inspirował się jakimś eksperymentem na kotach. Ta radykalna metoda, wydawać by się mogła rodem z lat 50., nadała charakterowi Piecyka radykalizmu, z którego był później znany. Jak próbowałem poruszyć temat Lebowskiej, odparł tylko: — Kobiety są złe. — Przez kolejne miesiące próbował znaleźć jakąś pracę, ponieważ kiedy był w szpitalu stracił posadę szatniarza na trzecią zmianę w zakładzie wyrobów mięsnych, gdzie przez kilka miesięcy dorobił się nawet własnego radioodbiornika, na którym słuchał kasety magnetofonowej z przebojami Michaela Jacksona. Przeleciał nawet kilka dziewczyn. Krótki epizod w więzieniu, jak tłumaczył swoją nieobecność Piecyk, pozwolił mu zdobyć trochę uznania na osiedlu, chłopaki koło trzepaka przestali mu dokuczać, a zaczęli traktować jak swojego. Tak poznał siostrę Siwego, największego zakapiora w okolicy, z którą w końcu sprawdził się jako mężczyzna, chociaż do zadowalających drugą stronę efektów jeszcze trochę mu brakowało.
Spojrzałem na Piecyka, który siedział obok mnie. Lokal otulał nas swoją dyskretnością tak szczelnie, że nawet ludzie z ulicy nie zaglądali do środka, jakby bojąc się, że ich ta tajemniczość wciągnie i nikt z bliższej lub dalszej rodziny ich więcej nie rozpozna. Popijając piwo z sokiem powiedział: — Wymyśliłem sobie! Zacznę prowadzić bloga. Gnojenie ludzi na forach jest świetną rozrywką, ale to nie to, ja potrzebuję czegoś więcej, potrzebuję naprawdę wielkiej publiczności. Wszystko sobie wymyśliłem, będę prowadził bloga o reklamie, będę piętnował media, od trzech tygodni się tym interesuję i myślę, że podołam bez trudu. Złożyłem kilka podań w różnych redakcjach, to się może zatrudnię jako dziennikarz jakiś. — Słuchałem go w milczeniu, popijając pszenne piwo. Coś mi podpowiadało, że skryte przed nim samym przy pomocy elektrowstrząsów seksualne obsesje wezmą górę. Niestety, szybko okazało się, że miałem rację, co gorsza, styl, który przyjął, moja znajoma określiła krótko jako onanizm słowny. Niemniej pamiętam czasy, kiedy ten twardziel windujący reklamy na swoim blogasku był wymoczkiem w musze w wielkie grochy i fryzurą obciętą od rondla. Swoją drogą to niesamowite, jak ludzie mogą się zmienić. Piecyk spojrzał na mnie jeszcze raz z takim chytrym spojrzeniem, jakie widziałem zawsze, kiedy coś durnego mu przychodziło do głowy. — A z czterech bananów i koca zrobię największą zagadkę Internetu! Tylko trochę pozmieniam — dodał już ciszej.
Wyprawa po brązowe runo
Październik 7, 2009 (środa)
Musiałem zdobyć ostatnio trochę naturalnego nawozu. Najlepsza byłoby jakieś duże zwierzę, wydedukowałem po lekturze kilku artykułów na Wikipedii. Wybór mój padł na rumaka należącego do naszej lokalnej amazonki, czyli Czarnej Marianny, która swój przydomek zawdzięcza nienagannie utrzymanemu kokowi na głowie wiadomego koloru. Czarna Marianna często jeździ na swoim koniu po okolicznych lasach, najczęściej w niedzielny poranek, czasem dojeżdża tak aż do kościoła. W tygodniu jednak wybiera się do miasta w sobie tylko znanym celu i konia nikt nie pilnuje. Plan wydawał mi się bardzo sprytny, może nie tak sprytny jak gangu Olsena, ale i okoliczności tego nie wymagały. Z wiadrem oraz małą saperką zakradłem się do stodoły, gdzie chciałem nazbierać trochę potrzebnego materiału biologicznego. Idąc jednak zbyt na żywioł przeliczyłem się i wchodząc przez okienko pod sufitem małej stajenki źle sobie to wyliczyłem i miast wylądować jak kot, to runąłem jak zwierze dalej spowinowacone z panterą. To koniec, pomyślałem uderzając głową w ubite klepisko.
Szybko się poderwałem, nie wiedząc właściwie czy byłem przez ten czas nieprzytomny, i ujrzałem konia. Koń, jaki jest, każdy widział chyba. Ten był czarny jako kok Marianny. Wiele słyszało się w okolicy o jego narowistości, o tym, że atakuje parobków Marianny, kiedy ci próbują go przypiąć do pługu lub osiodłać, że gryzie, kiedy tylko zbliża się ktoś z chomontem, że w ogóle straszne rzeczy. Wycofałem się niezbyt taktycznie do kąta, ale koń nie zachowywał się agresywnie — ot, leżał sobie i patrzył na mnie jak Bułka, kiedy oznajmiłem jej, że jestem zrobiony cały z dymu.
— Czym mogę służyć? — spytał niespodziewanie koń.
— Ty mówisz?
— Ba! że mówię, oczywiście. Też mi pytanie. Zapewne zastanawia cię, dlaczego nic ci nie zrobiłem, pomimo plotek na mój temat. — Potwierdziłem koniowi skinięciem głowy. — Widzisz, mam konto na Twitterze, dzięki czemu mogę śledzić parę osób, w tym Zbigniewa Hołdysa, ulubionego muzyka z czasów młodości, a on polecił Ciebie i tak się to zaczęło kręcić. Jak tu wlazłeś, to się domyśliłem, że to ty. Jak tak leżałeś z twarzą w sianie, pomyślałem, że mógłbym opowiedzieć ci pewną historię, osobnik taki jak ty na pewno doceni jej wartość poznawczą. — Obróciłem wiadro do góry nogami i usiadłem na nim. Koń również się poprawił i kontynuował: — Mało kto wie, ale przez kilka lat aktywnie blogowałem. Mogłem to robić bezkarnie, ponieważ nikt nie podejrzewał konia o coś takiego. Kiedy Marianna jechała do miasta, ja pakowałem się do domu, używałem jej telewizora, grzebałem w lodówce, uzależniłem się od kawy i papierosów, a wreszcie zacząłem blogować. Tak, prosty koń z — tu wymienił nazwę miejscowości — blogował. Dlaczego w czasie przeszłym? pewnie zadajesz sobie pytanie. Otóż to będzie tematem mojej opowieści. Zacząłem blogować w 2002 roku, kiedy wszystko to było w powijakach. Co prawda niektórzy pisali z zapałem już od roku, ale dotarłem na blogowisko później. Zacząłem używać blogów do różnych rzeczy: na jednym prowadziłem pamiętnik, na drugim pisałem opowiadania, na trzecim publikowałem przepisy kucharskie. Teraz się mówi na to CMS, ale 7 lat temu jak się chciało mieć stronę, to trzeba było zrobić plik HTML z treścią w środku. Blogi były na wyciągnięcie ręki dla ludzi, którzy mogli robić z nimi, co chcieli. I robili. Dodawali notki długie, dodawali notki krótkie, dodawali zdjęcia w notkach, przez co słowo blog zyskało w języku polskim tak szerokie znaczenie, iż bezsensem było używanie go zamiennie z “pamiętnikiem internetowym”. I tak sobie napierdalałem blogusia, że mi umknęły pewne istotne zmiany. Przegapiłem moment, kiedy powstały dedykowane fotoblogi i tym podobne rzeczy, kiedy pojawiło się mnóstwo nowych rzeczy, a pierwsza fala blogerów wróciła do swoich zajęć. Pojawili się ludzie jak ten głupek w kaszkiecie, który wulgarnie pisał o stosunkach damsko-męskich, a potem nagle pojawiła się specjalizacja i prosty koń, taki jak ja, nie mógł się już w tym odnaleźć, rozumiesz? Nagle było dookoła mnie mnóstwo blogów, ale wszystkie były inne niż na początku, kiedy gościnnie się odwiedzało kilka blogów więcej i pisało komentarze pod ichnimi notkami, dlatego, że i tak nie było gdzie indziej iść. Brzmi trochę kosmicznie, ale lubiłem tę swojskość, gdzie każdy znał każdego i gdzie się polowało stadnie na czyjeś ciekawe blogi. Nagle tego nie było. Nagle było mnóstwo blogów o IT, o tym jak zrobić stronę WWW, co gorsza ludzie pod tym zostawiali mnóstwo komentarzy. Osobni pisali o filmach, osobni o muzyce. Dawniej wszystko było w jednym miejscu. Poczułem, że czas się zbierać. Przegapiłem moment, kiedy z pasji trzeba było przejść na zawodowstwo i teraz jest już niestety za późno, rozumiesz. Teraz trzeba wykupywać reklamy i nie da się dotrzeć do wszystkich. I te mikroblogi: przez nie odpadło mnóstwo minimalistycznych blogów, gdzie ludzie pisali krótkie formy. Czasem ich ponosiło, teraz nie może; limit nie pozwala. Zostałem więc tylko przy kawie i papierosach. Czasem coś sprawdzę na Twitterze. Nie szukam żadnego rozwiązania, po prostu chciałem o tym komuś opowiedzieć. — Kiedy skończył, wygrzebał z siana paczkę mentolowych (nienawidzę mentolowych) i ustami otworzył ją, a następnie wyciągnął sobie jednego papierosa. — Masz ognia, ziom?
— Mam pewne obawy — odrzekłem, rozglądając się przy tym. — Wydaje mi się, że czuć tu metanem i że jak odpalę zapalniczkę, to wszystko wybuchnie. Widziałem takie filmiki na YouTube, że gość puszczał bąka, a drugi z zapałką mu przy…
— Weź nie pierdol! — zawołał koń. Wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę z logiem listka marihuany i odpaliłem mu papierosa, cofając się jak najdalej, żeby nie czuć mentolu. — A wracając do mojego pierwszego pytania: czy mogę czymś służyć? Może nie jestem dżokejem, ale widzę, że wziąłeś ze sobą wiaderko, z tylnej kieszeni spodni wystaje ci saperka.
— Potrzebuję trochę nawozu.
— Nie mogę ci pomóc, jestem koniem.
— No właśnie, no!
— Sorry, ziom, ale Marianna zbiera całą moją kupę, rozumiesz, też ma ogród. — Zaciągnął się papierosem. — O Jezu, tego mi trzeba było.
Z tego wszystkiego to się najbardziej zdziwiłem, że konie tyle przeklinają. Miałem je zawsze za takie porządne zwierzęta.
Bułka
Październik 6, 2009 (wtorek)
Rzecz działa się ponad 5 lat temu. Dopiero co zaczął się rok akademicki i studenci wynajmujący jedno mieszkanie w starej, lekko zapuszczonej kamienicy postanowili urządzić mały wieczorek zapoznawczy libację, zwaną dalej imprezą. Właściwie nie było tak źle — oprócz alkoholu było kilka ciekawych rozmów, które może przytoczę przy innej okazji. Każdy z czwórki lokatorów zaprosił po kilka osób, z których każda zaprosiła kolejne kilka osób i tak zebrała się wesoła kompania, która żłopiąc tanie wina, które w ich (naszym) wieku były jeszcze wspaniałym trunkiem, a także napoje alkoholowe o posmaku chmielu (bo piwem nie idzie tego nazwać), dyskutowała na różne tematy: filmy Stanleya Kubricka czy ostatnia płyta Marilyna Mansona, który wtedy jeszcze nie rozmieniał się na drobne (tak bardzo), licytowali się, kto ma gorszą biurwę i w którym akademiku jest większy syf. Byłem tego wieczora trochę stratny, ponieważ przyjechałem skuterem i nie mogłem pić alkoholu, pomimo namów, że do rana odeśpię wszystko. W każdej chwili mogłem chcieć się ulotnić i byłbym uziemiony. Snułem się więc pomiędzy samoistnie zorganizowanymi grupkami dyskusyjnymi, dosiadając się do każdej i próbując nawiązać porozumienie ponad podziałami. Towarzystwo stawało się jednak coraz bardziej pijane, co utrudniało wzajemną komunikację, aż w pewnym momencie dalszy ekumenizm nie był możliwy. Zrezygnowany wyszedłem na balkon. Z tym balkonem to też ciekawa sprawa, ponieważ wychodziło się tam przez okno i właściwie to nie był balkon, tylko mała galeria dookoła wewnętrznego podwórza, małego i przypominającego bardziej komin, jeśli chodzi o jego wysokość i osmolenie. Fasady remontuje się tylko od zewnątrz. Był już październik i pierwszy chłód nieprzyjemnie wdzierał się w klimat wieczorów. Zapiąłem skórzaną kurtkę i założyłem kask — uszy mi zawsze marzną — by tak okutany uchylić trochę przyłbicę kasku zapalić papierosa.
Wtedy pojawiła się obok mnie dziewczyna. Mój kolega nazywał je zawsze studentkami pierwszego roku nasionoznawstwa, które przyjechały z wielkiej wsi i chłoną wyświetlacze w tramwajach niczym on światła Las Vegas, kiedy tam w końcu dotarł. Taka była i ona. Nie było co do tego wątpliwości. Miała znoszone martensy, poszarpane na końcach nogawek dżinsy, gruby sweter z powywijanym jak szyja żółwia golfem, a na to zamszową kurtkę z wyhaftowanymi kwiatkami na rękawach. Mogłem się założyć o moje włosy łonowe i te spod pach, że w przedpokoju leżała torba z miękkiego materiału, może nawet sklepu indyjskiego, na którą ponaszywane były emblematy takich zespołów jak Dżem, Nirvana czy Pearl Jam. Włosy miała jakieś ciemne, ale nie przywiązywałem do tej obserwacji wielkiej wagi, ponieważ w tym świetle większość włosów była ciemna. Pomimo drobnych kłopotów z kolorami, widzę w ciemności wybornie, dojrzałem więc bez trudu, że dziewczyna jest wyraźnie nie w humorze. Zadarty do góry nosek zdradzał nadąsanie, a może zawód wywołany minięciem się rzeczywistości i jej wyobrażeń na temat tejże. Wszyscy to przechodzą, a kto nie przechodzi, ten jest potem kaleką, więc może dobrze, że w końcu ją ta sytuacja dopadła. Spojrzała na mnie i zamarła, mój widok z papierosem wystającym spod uchylonej przyłbicy kasku musiał być niczym uderzenie kijem przez mistrza zen.
— Co się stało? — spytałem. Zawsze mam ten problem, zamiast siedzieć cicho, zagaduję do ludzi. Robię to w komunikacji miejskiej, bibliotekach, teatrach czy gęstych krzakach nocą w parkach i potem zawsze się ciągnie za mną jakiś namolny psychopata opowiadający o swoich problemach emocjonalnych. Być może to moje psychotroniczne zdolności, a może echa kobiecej intuicji, która mi została pomimo zmiany płci trzy lata wcześniej, ale czułem, że oto po raz kolejny się wpakowałem.
— Bez sensu jest ta impreza — odparła dziewczyna, tym razem już tupiąc nóżką. Nie udało jej jednak się przebić przez mieszankę industrialnego techna. — Ludzie mówią rzeczy bez sensu, piją, ktoś narzygał do brodzika, a ja próbowałam porozmawiać o poezji Wisłockiej — (a może jakieś Wisławy, niewyraźnie mówiła) — tymczasem oni są głośni, wulgarni i rozmawiają o jakichś technicznych przedmiotach i fakultetach z XIX-wiecznej polityki ekonomicznej i sytuacji społecznej kobiet w czasch rewolucji przemysłowej w wiktoriańskiej Anglii. Chciałam pomówić o jakichś pięknych filmach typu “Stalowe magnolie” czy “Czułe słówka”, lecz zaproponowany przeze mnie temat nie trafił na podatny grunt. Oni wolą jakieś kopacko-strzelackie filmy. — Zamilkła i kontemplowała chwilę wieczór, może mój kuriozalny (w jej oczach) wygląd, a może czekała na jakąś żywiołową reakcję z mojej strony, lecz ja nie skłaniałem się ku temu. — Czemu stoisz w ogóle w tym kasku tutaj?
— Jestem zrobiony cały z dymu, żeby nie powiedzieć gazu, i gdybym się rozebrał, to rozpłynąłbym się w powietrzu — to mówiąc wydmuchnąłem trochę dymu z ust i dodałem: — O widzisz, pomimo moich starań trochę i tak wycieka.
— Porąbany jesteś? — spytała. Właściwie to wyraziła się gorzej, ale nie chcę jej robić opini wulgarnej osoby. Miała ciężki wieczór.
— Zostawmy w spokoju mój stan skupienia, tutaj nawet sam docent Pigwa nie pomógł — odrzekłem. Pod ścianą, pod oknem ujrzałem taką ławkę niską, składającą się z trzech desek: jednej, na której się siedziało, oraz dwóch, na których ta pierwsza się wspierała. Kucnąłem przy niej, tak żeby odcinkiem lędźwiowym dotykać poziomej deski, która w ten sposób powodowała, że wypuszczony na spodnie podkoszulek nie tworzył szczeliny odsłaniającej całych moich pleców. — Wracając jednak do twoich utyskiwań na tę imprezę, to niestety nie masz racji. Snuję się po tej popijawie od samego początku i nie stwierdziłem, żeby tym ludziom tutaj coś brakowało, przynajmniej jeżeli się uwzględni, że są studentami. To ty popełniłaś wielki błąd w ocenie. — Potrząsnęła nerwowo głową, jak dziewczynka z reklamy pasty do zębów z lat 90., która dowiedziała się, że ma dwa nowe ubytki. — Prawda jest taka, że nie znasz tu nikogo i wchodzisz w ich delikatne wszechświaty swoimi ubłoconymi martensami i oczekujesz, że oni padną przed tobą na kolana i będą wielbić niczym nową Angelinę Jolie?
Dziewczynę zatkało. Jeszcze raz tupnęła nóżką, po czym wyszła. Ja wstałem, ponieważ mimo wszystko wiało mi po plecach, a jak stałem, to kurtka bardziej przykrywała moje nerki i podszedłem do drewnianej balustrady, skąd spojrzałem na dół. Ludzie poszli spać, choć możliwe, że okna, na które patrzyłem, były od klatki schodowej. Papieros się kończył, więc chwyciłem prawie sam filtr i pstryknąłem nim w mrok i otchłań, i przez chwilę kontemplowałem łuk, jaki pet uczynił poddając się grawitacji. Potem zgasł. Na pewno można będzie kiedyś wymyślić do tego jakąś chwytliwą interpretację, może w stylu Wisłockiej.
Historia miała jednak swój dalszy ciąg. Dziewczyna zapadła wszystkim uczestnikom pamiętnej imprezy. Okazało się, że studiowała nie nasionoznawstwo (choć faktycznie pierwszy raz w życiu była w takim dużym mieście), lecz marketing i zarządzanie. Nazywała się Marta Bułecka, lecz z racji na jej pulchne policzki, kojarzące się nieodparcie z jakimiś cudownie pachnącymi wypiekami, nazywana przez wszystkich była Bułką. (Inna teoria: przekręcali jej na złość nazwisko.) Po tej imprezie ukuto nowe powiedzenie: “robić z siebie bułkę” albo bardziej osobiste “ty bułko”, które było symbolem największej siary, a oznaczało kompletny brak przygotowania i znajomości tematu (choć pierwotnie chodziło o towarzystwo), co jednak nie przeszkodziło w surowej i niesprawiedliwej ocenie. Była to jedna z tych historii, podobnie jak np. głośne puszczenie bąka w obecności całej klasy w podstawówce, które ciągnęło się za biedną Bułką Martą aż do końca, obrastając w kolejne nieprawdziwe wątki. Teraz, po latach pragnę przeciąć ten węzeł gordyjski niedomówień i plotek. Ludzie potrafią być okrutni. Znajdywała podrzucane bułki w różnych miejscach, raz nawet na egzaminie ustnym, jakiś okrutnik zdający przed nią zostawił bułkę na krześle. Pomimo iż na zewnątrz udało jej się uodpornić na te złośliwości, to w głębi ducha miała ochotę tupnąć nóżką nie raz. Była to dobra lekcja dla jej zadufania w sobie.
Zatem, Drodzy Czytelnicy, kiedy następnym razem przyjdzie Wam wyzwać kogoś od bułki, to zastanówcie się, ponieważ może to być odebrane jako poważna obelga. Ludzie, którzy byli na tamtej imprezie są obecnie prezesami w bankach, politykami, pisarzami, piosenkarkami, których nikt nie słucha, ponieważ ludzie gapią się na ich sztuczne biusty, oraz pracownikami małych stacji benzynowych z dala od głównych tras. Oni znają prawdziwą historię bułki. Nigdy nie wiadomo, czy się nie natkniecie na kogoś z nich.
