W obozowisku Cyganów
Styczeń 24, 2010 (niedziela)
Maciej Muchoborski zatrzymał swojego poloneza Borewicza w kolorze zielonego groszku przed obozowiskiem Cyganów. Dzień wcześniej przyszedł do mnie z informacją, że trafił na nowy trop związany z Alojzym Glaubensteinem. Tak jak mu powiedziałem, śmierć dziewczyny nie dała się sensownie wyjaśnić, jeśli pominąć rolę demona. Po gruntownym przeszukaniu mieszkania natrafili na dane kontaktowe pewnej Cyganki, starej znachorki imieniem Jaelle. Na moje nieszczęście poznałem ją kiedyś. Nie wiedzieli po co Alojzemu był jej adres, być może nie było to związane ze sprawą, ale Maciej chciał sprawdzić wszystkie wątki. Niestety, w mieszkaniu nie znaleziono nic, co wskazywałoby na związek samego z mieszkaniem i dziewczyną Alojzego, tak więc jego nazwisko nadal nie wypłynęło w oficjalnej dokumentacji. Maciek podzielił się z przełożonym faktami, które się w niej na razie znaleźć nie mogły. Ten zaproponował, żeby mnie zgłosić jako świadka, ale nie zgodziłem się. — Jeżeli będziecie próbowali mnie wmanewrować, zmyję się — ostrzegłem go. Maciek wymyślił, że może Jaelle będzie coś wiedzieć. — Wystarczy mi, jak poda to pieprzone nazwisko i zaczniemy szukać już Alojzego — powiedział. Stanęło więc na tym, że miałem mu pomóc dotrzeć do Jaelle i porozmawiać z nią.
Wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy w stronę obozowiska, które składało się z prowizorycznych bud ulepionych z blach falistych, drewnianych desek, jakiejś pleksy i szmat. I brudu, dużych ilości brudu, który jednak bywalcom zdawał się nie przeszkadzać. Zabroniłem Maćkowi świecenia odznaką. Byliśmy tutaj incognito, ponieważ wizyta u Jaelle nie wiązała się z żadną grubszą sprawą, a Cyganie — przynajmniej stąd — nie darzyli wielką sympatią jakichkolwiek przedstawicieli władz. Weszliśmy pewnie, co w pierwszej chwili zbiło z tropu, ale to, co przespała pierwsza linia obrony, przejęła druga, liczniejsza. Podeszło do nas kilku rosłych Cyganów i taki mały na czele. Moja wrodzona bystrość kazała mi uznać, że ten gość jest od myślenia w tej grupie.
— Czego chcecie? — spytał wrogo mały Cygan. — Jesteście z policji? Prasy?
— Nie — odparłem.
— To weź spierdalaj, jak cię proszę — rzucił mały Cygan, a grupa ryknęła śmiechem.
Zsunąłem okulary przeciwsłoneczne i spojrzałem małemu prosto w oczy. Przestał się śmiać. — Przyszedłem do Jaelle — powiedziałen zniżonym głosem, jakbym mówił coś poufnego. — No wiesz, chcę coś skonsultować.
Grupa się rozstąpiła, rozchodząc do swoich bud, trochę chyba rozczarowana, że nie będzie wpierdolu, który byłby na pewno dużą rozrywką, a mały Cygan podprowadził nas do jednej z bud. Skinąłem w podziękowaniu i weszliśmy z Maćkiem do środka. Wahał się, ale dałem mu znak, żeby mi towarzyszył. Wolałem nie spuszczać go z oka. Weszliśmy do dusznego pomieszczenia, rozświetlonego przez świece stojące w różnych miejscach. Gdyby zobaczył to strażak w połączeniu z tymi szmatami, które się walały wszędzie, to by się zapewne złapał za głowę. Weszliśmy dalej i okazało się, że te szmaty są jednak nie wszędzie. Tworzyły coś w rodzaju przedsionka. Dalej stały zielarsko-alchemiczne sprzęty, różne pojemniki z ziołami i innymi półproduktami. Jaelle stała zgarbiona przy stole i ucierała coś w kamiennym moździerzu, pomagała jej jakaś młoda dziewczyna, która podniosła wzrok na nas i trąciła Jaelle. Ta burknęła coś i poprosiła w niezrozumiałym dla mnie języku o coś, powtórzyła gniewnie prośbę, a kiedy dziewczyna wciąż patrzyła na mnie przestraszona, podniosła wzrok i ujrzała mnie. Prychnęła i rzekła:
— Czego chcesz, diable? Nie mam nic dla ciebie. Odejdź.
— “Diable”? — spytał Maciej, ale nie zareagowałem.
— Nie chodzi o mnie. To mój przyjaciel. Ma kilka pytań.
— To niech napisze do… jak to się nazywało… do “Przyjaciółki”.
Podszedłem bliżej. Miałem na sobie trampki, w których mnie nie było słychać w ogóle. Nachyliłem się i znowu powiedziałem zniżonym tonem: — On jest z policji. Jasne, możesz go wyrzucić, ale jemu bardzo zależy na pewnej sprawie, która pewnie cię nie dotyczy wielce, więc wróciłby z ekipą. Narobiliby tu niepotrzebnego bałaganu, posprawdzali dokumenty, takie tam.
Chyba nie uda mi się oddać słowami tego ładunku złych emocji, jaki odmalował się na jej twarzy. Chwilę walczyła ze sobą, w końcu odprawiła młodą dziewczynę i powłócząc nogą podeszła do Macieja. Prawie na niego wpadła, ale on stał niewzruszenie, czym ją trochę przystopował. Kobieta wykonała gest ręką i powiedziała: — Proszę pytać.
Maciek spytał ją, czy znała kogoś, kto mieszkał w tamtym mieszkaniu, ale zaprzeczyła. Zaczął opisywać mieszkanie, pokazał nawet zdjęcia dziewczyny. Jaelle odpowiadała grzecznie, lecz zdawkowo. Zero konkretów. Tak. Nie. Nie wiem. Nie pamiętam. Powoli Maćkowi kończyły się pytania, a ona była na najlepszej drodze do wyłgania się z tego. Nie wiem, dlaczego zaczęło mi to przeszkadzać, ale w pewnym momencie nie wytrzymałem.
— Na litość boską, Jaelle, wystarczy samo nazwisko! — krzyknąłem. — Wiemy, kto tam mieszka, tylko ktoś nam to musi powiedzieć oficjalnie, na podkładkę.
Chyba ją zaskoczyłem, ponieważ na chwilę zniknęła wrogość z jej twarzy. Zastąpiło ją zdumienie. Jaelle patrzyła na mnie zdumiona. Pstryknąłem palcami i nagle jakby się ocknęła. — Alojzy Glaubenstein — powiedziała.
— Serdecznie pani dziękuję — odparł Maciek. — Popchnęła pani śledztwo do przodu. Przepraszam za najście i do wiedzenia.
— Oby nie — mruknęła. Zawołała młodą po imieniu, którego nie potrafiłbym powtórzyć i dowlokła się do swojego alchemicznego stołu. Ruszyliśmy do wyjścia, kiedy rzuciła w powietrze: — Nie znajdziecie go. — Zatrzymaliśmy się i obróciliśmy się w jej stronę. — On przeszedł — oznajmiła dobitnie, po czym wróciła do swoich zajęć.
— Co powiedziałaś?! — zawołałem i ruszyłem jej w stronę. Nagle zamarłem. Spojrzałem na Maćka. — Wyjdź na zewnątrz. Proszę.
— Co, dlaczego? Jeżeli to istotne dla śledztwa, to…
— Nalegam. Wszystko ci wyjaśnię potem.
Maciek patrzył na mnie chwilę, po czym uniósł w górę ręce na znak, że się odcina od tematu, po czym wyszedł. Może uznał, że i tak nadużywa mojej uprzejmości, nie wiem. Jest dość honorowym człowiekiem, czego się nie spotyka często ostatnimi czasy. Co nie zmieniało faktu, że drugi raz podczas jego sprawy wypraszałem go z pomieszczenia. Podszedłem do stołu, przy którym panie przygotowywały jakiś wywar. Młoda przerwała i wyszła bez niczyjego polecenia. Oparłem się na stole i spojrzałem Jaelle w oczy. — Dokąd? — spytałem.
— Hikikomoria — odparła Jaelle z pewnym świątobliwym szacunkiem dla wypowiadanego słowa. Niepotrzebnie, ponieważ nie była to oficjalna nazwa.
— A-ale… dlaczego?
— Och, Aubrey, Aubrey, a dlaczego ktokolwiek się tam wybiera?
— Nigdy tego nie rozumiałem.
— Ja też nie, ale podejrzewam, że wszyscy ci hikikomorianie robią to z tego samego powodu. Szkoda, że mi wcześniej nie dałeś znać, o czym będziemy rozmawiać. Inaczej bym to poprowadziła.
— Nie, było dobrze. Nawet nie wiesz, jak ciężko się pisze na tych małych karteczkach, które przyczepia się do nóżek gołębi. Myślę, że kupił twoje przedstawienie. Chcę go trochę zrazić do sprawy, pokazać, że nie ma sensu drążyć. Niestety nie posłucha, jak powiem wprost. — Spojrzałem po warsztacie. — Ale żeby Hikikomoria… toś mnie zaciekawiła. Maczałaś w tym palce?
— Nigdy w życiu. Ale przyszedł do mnie w zeszłym tygodniu po jakiś środek w stylu pigułki gwałtu. Byłam mu winna przysługę, więc to zrobiłam dla niego. Więcej go nie widziałam.
— No nic, to jeszcze raz dzięki za wszystko i do zobaczenia.
— Czy twój znajomy jest medium? — spytała.
— Nic mi o tym nie wiadomo. A co?
— Kiedy z nim rozmawiałam, to wyczułam jakąś przenikliwość, coś w spojrzeniu, może oszczędności ruchów. On może mieć jakiś ukryty talent.
— Jak my wszyscy — odparłem bez przekonania i wyszedłem.
Maciek stał przed drzwiami i nerwowo na mnie patrzył, ale nic nie mówił. W ręce trzymał papierosa. Dałem znak, żebyśmy wyszli z obozowiska. Tym razem nikt nas nie zaczepiał. Wsiedliśmy do samochodu. Wtedy przemówiłem.
— Alojzy Glaubenstein jeszcze w zeszłym tygodniu był w tym mieszkaniu. Prawdopodobnie w dniu morderstwa.
— Co to znaczy to, co powiedziała? Że przeszedł.
— To oznacza, że go tu już nie ma.
— “Tu”? To znaczy gdzie jest?
— W innym wymiarze.
Ugotowana żaba
Styczeń 17, 2010 (niedziela)
Teofil Pigwa, docent, przechadzał się po parku późnopopołudniową porą, gdy ujrzał dziewczynkę.
Ubrany był w ciemny wełniany płaszcz, na głowie kaszkiet, a wokół szyi owinięty biały szal z najlepszego materiału, choć od czasu, gdy opuścił więzienie najlepsza jakość ubrań należała raczej do rzadkości i była echem przeszłości. Niemniej z daleka i przez kogoś niebędącego polonistą mógłby zostać pomylony z poetą. Oto przechadza się wieszcz i szuka rymów w rytmie spadających płatków śniegu lub czymś równie debilnym. Tak, można by tak pomyśleć. Niestety Teofil Pigwa nie był durnym poetą, był pedofilem. Co gorsza, pedofilem, który dojrzał dziewczynkę błąkającą się po parku. Mała miała na sobie krótki płaszczyk, rajtuzki, buciki i berecik, spod którego wystawały jej czarne włosy. Była na twarzy czerwona z zimna. Teofil podszedł cicho, ukazując się dziewczynce w ostatniej chwili i powiedział do niej: — Co się stało?
— Zgu biła msię — odpowiedziała patrząc na niego wystraszonymi niczym u postrzelonej sarny oczami. Docent popatrzył na nią i nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Na ogół dziecko trzeba przygotowywać przez pewien czas, zaprzyjaźnić się, wkraść w łaski, a potem przestraszyć. Teofil czuł na sobie wciąż oczy swojego kuratora i oddech na karku, co bynajmniej nie nastrajało go do żadnych wyczynów. W istocie próbował się poprawić i szło mu całkiem ładnie, ale oto okrutny los postawił przed nim taką dorodną lolitkę. Oblizał wargi.
— Ile masz lat dziecko?
— Dziew ięć — odpowiedziała. — Zgub iłams ię.
Teofil Pigwa zaproponował, że zaprowadzi małą do domu. Był miły i serdeczny. Był uwodzicielski, choć to może nie brzmi właściwie w tym kontekście, to tak właśnie było. Teofil musiał oczarować małą w bardzo krótkim czasie. Dowiedział się od niej, że nazywa się Ariel (z czego wnosił, że pewnie rodzice nie byli zbyt zamożni, biedacy najczęściej dają dzieciom takie dziwne imiona, które chyba mają coś zrekompensować), a także, że rodzice mieli odebrać ją z przedszkola, ale się nie pojawili. Pani wypuściła ją, ponieważ myślała, że rodzice czekają przy ogrodzeniu, ale ich tam nie było, a Ariel było głupio wrócić. Nieśmiała, pomyślał Teofil w tej chwili. Nieśmiała i bezbronna. I bez rodziców. Jego umysł pracował jak szalony. Spytał ją o ojca, a po jej odpowiedzi rzekł, iż zna go i są dobrymi przyjaciółmi. Dzieci są takie głupie, pomyślał uradowany aż się podniecił. Całe szczęście, stwierdził, że mam na sobie ten płaszcz. Rozejrzał się dookoła — w parku prawie nikogo nie było, a nawet jeśli, to wyglądał jak dziadek na spacerze z wnuczką albo wujek jakiś. To go jeszcze bardziej nakręciło. Doszli do bloku, w którym mieszkała Ariel.
— Onie, jestcie mno. Niem aich — powiedziała Ariel. Teofil Pigwa nie rozumiał jej sposobu mówienia, ale nie zaprzątał sobie tym głowy. Może jakaś opóźniona w rozwoju, ucieszył się. Ale nawet jeśli nie, to i tak miał niebywałe szczęście. Zaproponował, że wejdą do mieszkania i poczekają na jej rodziców.
Ariel miała klucz na szyi. Weszli do mieszkania i Teofil więcej się nie powstrzymywał. Złapał małą — pomimo zaawansowanego wieku miał jeszcze krzepę — a następnie rzucił na łóżko w dużym pokoju. Aż się dawne czasy przypominały! Ariel była wystraszona, ale nie płakała. Szkoda, stwierdził, ale nie przestawał. Zaczął pozbawiać ją odzienia. Kiedy skończył, przeżył straszny szok. To, co ujrzał, nie mieściło się w granicach jego wyobrażeń.
Ale cofnijmy się o godzinę. Po tym, jak kubeł ze śmieciami osiągnął swoją pełnię, zostałem poproszony przez domowników o wyrzucenie ich. Mamy w bloku zsyp — najbardziej lubię wyrzucać szklane elementy, które lecąc metalową rurą do kontenera na samym dole tłuką się niemiłosiernie — więc nie ubierałem się za bardzo. W bluzie, kraciastych spodniach od piżamy oraz jaskrawozielonych crocsach na stopach wyszedłem na korytarz. Nie było niestety szklanych śmieci, nad czym bardzo ubolewałem przez całą drogę do zsypu, ale stało się coś innego: ujrzałem docenta Teofila Pigwę jak cichaczem podchodzi do jakiejś 9-latki i zaczyna z nią rozmawiać. Tym razem nie chodziło o jakąś dresiarę i jej nakoksowanego chłopaka, który mógł wtłuc Teofilowi. Tym razem sprawa była grubsza.
Nie miałem czasu, żeby się ubrać, więc wybiegłem w tym, co miałem na sobie. Zostawiłem tylko pusty kubeł na skrzynce na listy. Zbierając śnieg przez dziury w gumowych chodakach podążyłem za docentem. Przez całą drogę zastanawiałem się co zrobić. Posiadanie znajomego pedofila jest kłopotliwe. Trzeba przyjąć coś w rodzaju podwójnej moralności. Z jednej strony: zrezygnować z wytykania takich a nie innych skłonności. Z drugiej: czasami trzeba donieść na przyjaciela. Można sobie to tłumaczyć, że to dla jego dobra, ale nie kłopotałem się tym. Z tego, co wiedziałem z rozmów z nim, był sfiksowany na punkcie dzieci. Po prostu. Trochę się powstrzymywał mając nad sobą kuratora, ale chyba doskonale wiedział, że to taka fasada, która runie przy pierwszej okazji. Czy to było w więzieniu, czy nie — fiksował tak samo. To wiadomo — lepiej w więzieniu. Brnąc w zaspach obserwowałem jak Teofil korzysta ze swojej okazji. Tak dotarł z małą pod blok, a następnie wszedł do środka. Jego zręczność w postępowaniu z dziećmi budziła obrzydzenie, następnie podziw, ponieważ tak już bywa z wirtuozerią — można nie znać się na gitarze, ale doceni się mistrza. To się czuje. Ale w przypadku Teofila Pigwy budziło to drugą, silniejszą falę obrzydzenia. Postanowiłem mu przerwać.
Wspiąłem się na balkon i obserwowałem przez okno całe zajście. Zorientowałem się, że nie mam przy sobie żadnego telefonu, z którego mógłbym zadzwonić. Zobaczyłem jak Teofil wnosi dziewczynkę do pokoju i rzuca na łóżko, a następnie zdziera ubranko, które ląduje na łóżku obok. Nagle zamarł. Stał nad nią i patrzył. A ona… leżała? Coś było nie tak.
— Mogłeś go uratować — usłyszałem nagle. Odwróciłem się i ujrzałem bladego mężczyznę z długimi włosami, który kucał na balustradzie. Miał na sobie długi płaszcz, który w połączeniu z jego pozą sprawiał, że mężczyzna wydawał się jakiś nierealny. Jakby zrobiony z płaszcza, z którego wyrastała głowa. — Ale nic nie zrobiłeś.
— Co, jego? Uratować? — spytałem zdziwiony.
— Znałeś go i wiedziałeś do czego jest zdolny. Szedłeś za nimi od jakiegoś czasu. Nawet teraz nie zastukałeś w okno. — W jego głosie czuć było jakiś zimny gniew i niezmącone przeświadczenie własnej słuszności. Poczułem się mały. Może dlatego, że miał rację. — A teraz jest już za późno.
— Zatrzymałeś czas? — spytałem pokazując na Teofila, który nadal stał w tej samej pozycji.
— Nie zmieniaj tematu — zestrofował mnie.
A-ha! pomyślałem. Mam cię gagatku. Lektura małej broszurki Artura Schopenhauera na temat prowadzenia dyskusji opłaciła się. Co prawda, tajemniczy mężczyzna rozgryzł mnie i nie dał się sprowadzić na manowce, ale jego nagła reakcja uświadomiła mi, że trafiłem w sedno. Skoro zatrzymał czas, to wciąż mogłem wkroczyć do pokoju. — Teraz jej pomożemy — powiedziałem.
— Milcz! — zawołał. — W ogóle nie słuchasz.
— Zatrzymałeś czas i świetnie, pozwoli nam to…
— Jesteś beznadziejny, Aubrey.
— Hej, skąd znasz moje imię? A właściwie ty jak się nazywasz? — zacząłem pytać.
Zakrył twarz dłonią, był załamany. Pokręcił głową kilkakrotnie z politowaniem i rzekł: — No dobrze. Będzie łopatologicznie. Powinienem jednak zacząć od przedstawienia się. Nazywam się Gideon i jestem… powiedzmy, że jestem aniołem. To jest mało istotne, jak jest naprawdę. No więc co do reszty to — uniósł dłoń w górę i pstryknął palcami — popatrz na razie.
Zajrzałem do mieszkania.
Teofil Pigwa nie krył swojego zdziwienia, kiedy ujrzał, że Ariel, którą rozebrał i jeszcze przed chwilą miał ochotę wychędożyć, nie miała narządów płciowych. Była gładka w kroku. Zarośnięta! Zatkało go, nie wiedział, co powiedzieć. I kiedy zaczął się cofać, a przynajmniej tak mu się zdawało, ponieważ w istocie tylko się odchylał do przodu, stało się coś, co przeraziło go jeszcze bardziej. Ariel spojrzała na niego przenikliwym spojrzeniem. W jednej chwili przemieniła się z wystraszonej dziewczynki w kogoś innego. W jej zmrużonych oczach nie było nic z dziecka. Była za to jakaś chłodna mściwość. Mała przeszła z leżenia do kucania i przyjęła pozycję jak nastroszone zwierzę. Teofil nie mógł wygiąć się bardziej, więc stracił równowagę i upadł na podłogę. Mała wykonała szybki sus w powietrze, przeleciała w powietrzu i wylądawała Teofilowi na klatce piersiowej. Była lekka, ale pęd nadał temu uderzeniu większą siłę niż ciężar ciała. Teofil stęknął z bólu. Ariel uniosła w górę prawą rękę i wtedy stała się kolejna już rzecz, której Teofil nie rozumiał. Wciąż nie mógł wyjść z etapu niedowierzania. Być może coś by robił, zamiast tylko gapić się jak cielę na malowane wrota. A on nawet nie uciekał. Słowa Gideona zresztą się już spełniały — dla Teofila była za późno na cokolwiek. Ręka Ariel rozszczepiła się, jak skorupa, i ze środka wysunęło się lśniące ostrze. Teofil ujrzał w oku Ariel błysk zwiastujący coś okropnego.
— Ter azbędz iesz ci erpi ał! — zawołała rwącym, poszarpanym głosem i złapawszy Teofila lewą ręką za krtań zaczęła kłuć i ciąć jego spróchniałe przez czas ciało. Teofil darł się adekwatnie do tego, co go spotykało. Krew bryzgała na lewo i na prawo. Widok drobnej Ariel maltretującej dorosłego osobnika był niesamowity. Była w tym jakaś drapieżność i w ogóle. Próbował się bronić, ale nie miał żadnych szans.
Kiedy skończyła, puściła go i odskoczyła do tyłu. Stanęła prosto, choć ze spuszczoną głową, i trwała tak chwilę. Nie wyglądała jak ktoś, kto jest zziajany po przedstawieniu, jakie właśnie odstawiła, ani jakby się nad czymś zastanawiała. Ona wyglądała jak maszyna, która zamarła na chwilę, żeby się przeładować albo zmienić program. Ostrze nadal sterczało z otwartej na dwie części dłoni, świadcząc o tym, że żywą istotą to ona nie jest. Spojrzałem na Gideona, ale ten wyglądał na co najmniej znudzonego. No, pewnie, widuję to dwa razy dziennie. Kopnąłem drzwi i wszedłem do mieszkania. Stanąłem nad ciałem Teofila, ale było tak zmasakrowane, że będą musieli się nagłowić, nim ustalą, kto zacz. Gideon wszedł za mną. Wyglądał jak przechadzający się piosenkarze na polskich teledskach z lat 80. Właściwie to brakowało mu takiej poetyckiej togi i beretki z antenką. Prawie zacząłem się śmiać.
— Nie możesz trwać biernie jako bezstronny obserwator — powiedział do mnie. — Są sytuacje, w których masz do wyboru opowiedzieć się za dobrem albo za złem. Sytuacje, w których nie ma opcji neutralny. I to była jedna z nich, Aubrey. Gdyby to był egzamin, to byś go nie zdał.
Właściwie miał rację. Tak polubiłem swoją nietykalność, że czasami się zapominałem. — Do następnego razu — powiedziałem mu. Ostatecznie się zirytowawszy wyszedł z pokoju. Zupełnie jakby poziom, jaki prezentowałem przez cały wieczór, osiągnął tak niski poziom, że jedyne, co mógł zrobić, to wyjść; wszystkie inne opcje zostały już wyczerpane. Poszedł do kuchni i usłyszałem, że otwiera lodówkę i coś z niej wyjmuje.
Spojrzałem na Ariel. Zastanawiało mnie, co też wyprawia. Wtem jej dłoń się zamknęła, a ona podniosła głowę i spojrzała na mnie. — Tot ysze dłeśz anamip rzezc ałyc zas — wyszczebiotała szybkim tempem. Zanim poskładałem do kupy, co powiedziała, zdążyła wyjść do łazienki. Usłyszałem odkręcany kran i zmartwiłem się trochę, czy Ariel jest wodoszczelna, bo skoro jest robotem, to raczej nie będzie lubić wody.
Wtedy zacząłem się śmiać, bo martwiłem się, jak wpłynie woda na robota, który zabił mojego przyjaciela zwabiwszy go do tego mieszkania pod postacią dziewczynki. Poszedłem do kuchni. Gideon jadł tuńczyka z puszki z chlebem. Popatrzył na mnie zdziwiony.
— Już rozumiem, dlaczego wyszedłeś przed chwilą. Ten wieczór jest jakiś dziwny.
Gideon spojrzał na mnie z oburzeniem.
— Ja tu jem! — zawołał, jakby jeszcze bardziej oburzony, że samo oburzenie nie było dość wymowne.
Stwierdziłem, że nic tu po mnie. Teofil już nie żył, a ja zostawiłem kubeł na skrzynce pocztowej i szkoda, żeby ktoś go zajumał. Postanowiłem wyjść balkonem. Ktoś mógł mnie zobaczyć, ale na klatce groziło mi w sumie to samo. Na łóżku siedziała Ariel. Nie miała na sobie już krwi. Ubrana była w szarą, prostą sukienkę. Spojrzała na mnie i wtedy pojąłem, jak przerażająca może być ta przytomność spojrzenia dorosłego człowieka w oczach dziecka. — Doj adę ich wsz ystki ch — powiedziała dukając. Uśmiechnąłem się w wymuszony sposób i omijając ciało mojego przyjaciela dotarłem na balkon.
Kubła nikt nie ukradł.
Buszujący w drzewach
Styczeń 10, 2010 (niedziela)
W ubiegłe wakacje udałem się w góry. Czasami teleportacja potrafi wyjść bokiem nawet komuś takiemu jak ja. Serio. Tak więc PKS-em dotłukłem się do małej chatki, w której mieszka mój wuj wraz z wujenką. Wujenko, wujenko, cóżeś ty za pani? nuciłem sobie pod nosem pukając do drzwi. Wujowstwo bardzo się ucieszyło, powitali mnie tradycyjną strawą i takie tam. Prosili, żeby nie pisać o nich dużo. (Czuję się jak Holden Caulfield trochę dzięki temu.) Powiedziałem, że udam się na najwyższy lokalny szczyt. Wuj mój był się strapił i oznajmił mi, że leżą tam wiatrołomy, więc żebym uważał. Musiałem wyglądać jak wiejski przygłup, ponieważ tylko się uśmiechałem, po czym wstałem i wyszedłem. Wiatrołomy. Niby co to ma być?
Trasa z początku była charakterystyczna jak na polskie góry. Trochę w górę, potem w dół, potem znowu w górę, po czym po raz kolejny w dół i tak na zmianę. Z tego trzeba było sobie wyciągnąć tak zwaną linię trendów i oszacować: czy się wspinamy na górę, czy z niej schodzimy. Ja wchodziłem. Potem było lepiej, to jest szedłem tylko w górę. Po sinusoidalnym odcinku leśnym trafiłem na otwartą przestrzeń, której wygląd nakazał mi się zastanowić, czy przypadkiem nie w tych plenerach kręcono sceny dziejące się w Mordorze we “Władcy pierścieni”. Tylko świadomość liczby kilometrów dzielących mnie od Nowej Zelandii kazała mi odrzucić to podejrzenie. Wizualnie byłem jednak w Mordorze. Z lekką obawą ruszyłem przed siebie podejrzewając, że zaraz wyskoczy na mnie wściekły ork lub coś równie kuriozalnego. Stało się ciekawiej. Za kolejnym pagórkiem ujrzałem to, przed czym mnie ostrzegano. Wiatrołomy.
Gdybym siadł przy kominku z nabitą fajką i zastanowił się nad tym słowem, to być może nie byłbym wtedy tak bardzo zaskoczony, jak faktycznie byłem, ale z powodu trudności natury logistycznej — to jest braku kominka oraz fajki — zaskoczenie było spore, ale i widok niesamowity. Oto przede mną rozpościerał się widok wielu drzew, i to tych najwyższych, które leżały jedne na drugich tworząc coś na wzór dywanu. Zapierające dech w piersi. Ciągnęło się tak do następnego pagórka. No dobra, powiedziałem sobie w duchu i ruszyłem na spotkanie z przygodą.
Chodzenie po wiatrołomach wymaga dużej zręczności. Drzewa nie leżą na ziemi. One leżą na innych drzewach leżących na innych drzewach, a te jeszcze na innych. Gdzieś w końcu jest ziemia. Ale tak z 4 poziomy można było spokojnie założyć. Na szczęście drzewa były mocne, więc utrzymywały mój ciężar, do tego na ogół się krzyżowały, toteż idąc zygzakiem — trochę jak Frogger — parłem do przodu. Czasem trzeba było przekoczyć z jednego drzewa na drugie i wtedy robiło się ciekawie. Przezornie nie patrzyłem pod nogi w locie, ale między susami spoglądałem czasami w otchłań kryjącą się w plątaninie gałęzi i pni.
Wyszło na to, że Fryderyk Nietzsche miał rację — jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w otchłań, otchłań zaczyna wpatrywać się w ciebie. W praktyce oznaczało to, że przestrzeń pode mną wciągnęła mnie. Noga ześlizgnęła mi się i poleciałem w dół. Zdążyłem się złapać, ale drzewa były mokre i śliskie, więc nie utrzymałem się. Mrok pochłonął mnie. Upadłem na coś miękkiego i straciłem przytomność.
Obudziłem się nie wiem kiedy. Na pewno później. Podniosłem się i sprawdziłem czy nie mam jakiś widocznych uszkodzeń typu złamanie otwarte nogi, połamane żebra lub urwany nos. Nie stwierdziłem niczego takiego. Na szczęście na dnie była w miarę miękka ziemia. Niestety nie miałem pod ręką specjalistycznej aparatury medycznej, jak tomograf, by sprawdzić czy nie mam wstrząśnienia mózgu, które potrafi być bardzo niebezpieczne, czy uszkodzonych narządów wewnętrznych. Podniosłem się, obolały, i stojąc już rozejrzałem się po miejscu, w którym się znajdowałem. Wyglądało to z grubsza jak salonik w angielskim domku jednorodzinnym bliźniaku tego typu historie, prawda, ale wszystko było wykonane z drewna liści itd. W “pokoju” było jasno, choć nie potrafiłem zlokalizować źródła światła. Czary, normalnie. W pokoju był fotel, stół, kominek, w którym żarzyło się coś na psychodeliczne kolory — aczkolwiek poza wnętrzem kominka prawie nic więcej nie rozświetlało, stąd moja uwaga o źródłach światła (wiem, że mam skrupulatnych czytelników ;)) — oraz regał z książkami. Nie było ścian, nie było żadnych drzwi, choć dookoła były drzewa. Podszedłem do stolika — wszystko było pokryte korą, jak drzewo. Ktoś tu musiał mieszkać, ale kto? Kora nie wyglądała na wytartą, a taka by była, gdyby ktoś tu regularnie siadał; pomijając już kwestię komfortu. Spojrzałem w górę, spodziewając się zobaczyć jakieś przebłyski nieba, ale nade mną panowała nieprzenikniona ciemność. A przecież ja potrafię widzieć w ciemności! Z drugiej strony, pomyślałem sobie, mogłem być nieprzytomny do nocy.
Wtedy stało się coś, co z reguły pomija się w filmach i książkach, pomimo iż jest nieodłączną częścią naszego życia — zachciało mi się sikać. Odszedłem kawałek dalej i stanąłem przed pierwszym lepszym drzewem, po czym ulżyłem sobie, a ciepły mocz trysnął ze mnie niczym źródła Nilu. Szkoda, że się nie pieni, pomyślałem patrząc, jak moja uryna ścieka po korze drzewa. Bardzo lubię, jak się pieni. Co prawda, jeden znajomy mi to obrzydził kiedyś, ponieważ czynił to wielce nieumiejętnie, wydawać się mogło, że ciśnienie, pod jakim sika, rozsadzi muszlę — choć nigdy nic takiego się nie stało, to zawsze człowiek miał wrażenie, że “tym razem już na pewno” — ale powoli wracałem do kondycji radosnego oddawania moczu nieskrępowanego żadnymi nieprzyjemnymi wspomnieniami. Nagle usłyszałem wypowiedziane cierpkim tonem słowa:
— Szanuj się, koleś.
Odskoczyłem, pryskając sobie po butach i spodniach. Od drzewa odłączył się osobnik w przebraniu drzewa. Miał kostium, który idealnie imitował korę drzewa. Jego przebranie było niesamowite: pal sześć korpus czy nawet ręce, ale twarz, idealnie zrobiona twarz! Kiedy otwierał oczy, całość poruszała się idealnie dopasowana. I wtedy zrozumiałem. To nie był kostium. Patrzyłem na drzewoluda. Odwróciłem się w stronę pokoju — nikt tam nie mieszkał, przygotowano go dla mnie. Słyszałem, że drzewoludy łapały ludzi i zamykali w takich osobliwych więzieniach, ale było to raczej domniemanie, gdyż nikt z czegoś takiego nie wrócił. O boże! pomyślałem w tej chwili, utknąłem tu na zawsze! Spojrzałem na drzewoluda. Podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy. Miał je zielone. Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, po czym oznajmił: — Jesteś jednym z nas.
Powiedzieć, że byłem zdziwiony, to mało, ale tylko przez chwilę, ponieważ od razu skojarzyłem o czym mówi.
— Tak — odrzekłem. — Jestem podróżnikiem do piątego wymiaru. Nazywam się Aubrey. A ty?
— Dżordż — odpowiedział drzewolud. — Zostaniemy przyjaciółmi?
— Słucham?
— Tak zawsze jest w podręcznikach do nauki języka. Wymiana imion i pytanie o to, czy zostanie się przyjaciółmi. Przecież nikt tak nie się nie zachowuje! — zawołał zirytowany Dżordż. — Ale mniemam, iż nie tworzysz podręczników do nauki języka, więc nie traktuj tej uwagi osobiście.
— W dzieciństwie rozważałem ten zawód, ale w końcu postanowiłem zostać strażakiem.
— Widziałem. A właściwie poczułem. Powinienem ci coś zrobić, ale to trochę moja wina, za dobrze się maskuję.
— Zdecydowanie. — Rozłożyłem ręce pokazując na imitację pokoju. — Więc tak to wygląda, to osławione więzienie drzewoludów. Skoro utknąłem tu na wieczność, to może poinformujesz mnie, dlaczego to robicie i co ze mną będzie?
— Umieszczamy tutaj ludzi, żeby badać wasze zwyczaje — odpowiedział Dżordż. — Wycinacie masowo lasy, w których znajdowaliśmy zawsze naturalną kryjówkę. Macie przewagę liczebną, więc musimy znaleźć jakiś słaby punkt, znajomość którego umożliwiłby nam zadanie wam celnego uderzenia.
— Udało się wam coś ustalić? — spytałem.
— Nic. No, może poza tym, że jak się was odizoluje od reszty to jesteście całkiem pocieszni. Ale to mało pomocne, niestety. — Nagle usłyszałem telefon, taki starego typu, żadne tam mono- czy polifoniczne dzwonki, tylko stare, znajome dzwonienie. Dżordż przeprosił i podszedł do drzewa, od której oderwał — wydawać się mogło — kawałek kory, który okazał się być słuchawką na takim sprężynowym kablu. — Halo? — spytał. — Tak? Tak. Jest. Do-dobrze.
Postanowiłem nie czekać dłużej, tylko ratować się ucieczką. Wbiegłem w ciemny las, ale co i rusz się wywracałem, gdyż ściółka była śliska, albo wpadałem na drzewa, które stawały się widoczne na chwilę przed zderzeniem. Nie, to bez sensu, stwierdziłem. Zatrzymałem się, by złapać oddech i odwróciłem się za siebie. Zastawiało mnie, dokąd dotarł Dżordż, ale ten był daleko i ogólnie poruszał się bardzo powoli. Spojrzałem jeszcze raz w górę. Mogłem być w innym wymiarze. Spróbowałem zrobić przejście do innego wymiaru, ale pojawiła się jakaś bariera, której nie mogłem przekroczyć. Dżordż zbliżał się. Zacząłem wspinać się po drzewie w górę. Z początku szło mi kiepsko, ale wyżej kora była sucha, a drzewa blisko, tak więc kiedy raz poleciałem do tyłu z kawałkiem kory w dłoni, to złapałem się drzew obok. Powoli, małymi odcinkami wspinałem się coraz wyżej. Dżordż wołał coś z dołu, ale nie mogłem go zrozumieć. Może proponował coś przyjemnego, ale miałem lepsze zajęcie niż spędzenie wieczności w pułapce drzewoludów. Myślę, że wspinałem się kilka godzin, choć równie dobrze mogło być to kilka tygodni. Na górze była znowu ziemia. Zonk, zaśmiałem się w duchu, po czym zacząłem grzebać w suficie z ziemi. Na szczęście była w miarę wilgotna, więc szło to nieźle. Sypała mi się po głowie. Po chwili przebiłem się. Złapałem obiema rękami krawędzie i szybko podciągnąłem się, rozstawiając ręce szeroko. Przecisnąłem się przez szczelinę i moje oczy zostały porażone światłem słonecznym. Kiedy mój wzrok wrócił, miałem przed sobą widok, o którym myślałem, że jest zarezerwowany dla programów Benny’ego Hilla: oto patrzyłem na pupę jakiejś dziewczyny wciśniętą w białe majtki. Stała nade mną w krótkiej spódniczce. — Przepraszam, czy mogła by mi pomóc? — spytałem. — Wiem, że sytuacja jest trochę dziwna i może pani poczuć się niekomfortowo, ale… — urwałem, ponieważ zdałem sobie sprawę, że dziewczyna mnie nie słyszy. Podobnie jak jej kompani, którzy skądś przyszli. Stali przede mną i nie widzieli mnie. Westchnąłem. Wciąż byłem jedną nogą w podziemiu drzewoludów. Podciągnąłem się z trudem i byłem cały u nas, lecz nie pomogło mi to wiele. Limbo, stwierdziłem. Tkwię w limbo, strefie pomiędzy światami. Na szczęście znałem prosty sposób jak się z niego wydostać. Trzeba było wsadzić kciuk do ust i nadąć policzki. Tak też zrobiłem. Przed oczami ujrzałem na chwilę mroczki i… byłem z powrotem.
— Co ty robisz? — spytała dziewczyna w spódniczce. Na górze miała bluzę z kapturem. Blond włosy kontrastowały z opalenizną. — Trzymasz brudne paluchy w ustach? — dodała z obrzydzeniem.
— My, dekadenci — odparłem.
— Uczyłam się o tym! — zawołała druga dziewczyna, która co prawda miała na sobie szorty i bluzkę bez kaptura, ale z grubsza wyglądała jak kopia tej w spódniczce. — Brałeś udział w buncie przeciwko carowi, prawda?
Westchnąłem. — Nie dekabryści, tylko… zresztą nieważne. Zgubiłem się w tym lesie — pokazałem na wiatrołomy za mną — i chyba zmęczenie odebrało mi rozum. Zmywam się.
Grupa straciła zainteresowanie mną. No i dobrze. Dwóch rosłych chłopców bez szyj zaczęło żartować, że mi zrobią krzywdę, ale kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zmienili temat. Ruszyłem w las, który na szczęście był jasny. Wtem ujrzałem na drzewie parę oczu Dżordża. — Udało ci się tym razem, compadre, ale na twoim miejscu unikałbym lasów — oznajmił zamykając oczy. Podszedłem do niego, ale drzewo na powrót stało się drzewem. Postanowiłem posłuchać jego rady od razu.
Od tamtej pory unikam lasów, ale wiatrołomy sięgające po horyzont — tego widoku chyba nigdy nie zapomnę.
Lustro
Styczeń 2, 2010 (sobota)
Wyjrzałem zza rogu kamienicy. Policjanci stali przed bramą i obserwowali ulicę ze znudzonymi minami. Gdybym się tam napatoczył teraz, zaczęliby robić problemy. Postanowiłem dostać się do budynku w inny sposób. Ściana nie była gładka, tylko miała różne załomy, w które mogłem wsunąć palce i wspiąć się po niej. Tak jak mnie kiedyś uczył człowiek, który wspina się bez zabezpieczeń na różne budowle. — Nigdy nie używam gumek — powiedział kiedyś przed wejściem. Wystarczyło dostać się na pierwsze piętro na klatkę schodową. Okna na szczęście było drewniane i stare, trącone lekko nogą stanęło otworem. Wylądowałem miękko na korytarzu i ruszyłem piętro wyżej. Nie znałem szczegółów, ale wyczuwałem, że wyżej coś się dzieje. Pod drzwiami mieszkania stał kolejny umundurowany policjant.
— Czego pan tu szuka? — spytał.
— Jestem umówiony z człowiekiem, który jest w środku.
— Czyli niby kim? — spytał policjant z niedowierzaniem, kiedy uchyliły się drzwi i ze środka usłyszałem, jak ktoś mówi znudzonym głosem: — W porządku, wpuść go. — Policjant pokręcił trochę nosem i spojrzał na mnie z jakąś złością, ale w końcu ustąpił.
Wchodząc do mieszkania dostrzegłem, że w progu ktoś wysypał sól. Potem ktoś przerwał usypaną ścieżkę. Kucnąłem i poprawiłem ją, żeby była jedna. Zamknąłem drzwi. Po przejściu krótkiego przedpokoju wszedłem do niewielkiego pokoju, pośrodku stał Maciej Muchoborski, który jest detektywem policyjnym czy kimś takim. Nie znam się na ich stopniach. Ubrany był jak zawsze, czyli na czarno: spodnie, koszula wypuszczona na nie, półbuty i płaszcz. Włosy miał zaczesane do tyłu w większości, choć kilka kosmyków opadało mu po bokach głowy. Sprawiał wrażenie zamyślonego. Obserwował pomieszczenie, zmarszczywszy brwi. Jakby czegoś szukał. Nie chodził po pokoju, tylko spoglądał to w jedną, to w drugą stronę. Pokój był wysoki, choć raczej niewielki, mieściło się w nim łóżko, nocna szafka przy oknie i toaletka z lustrem. W prawo odbijał korytarz. Poszedłem nim. Za pierwszymi drzwiami po lewej znajdowała się biblioteka z mnóstwem książek na regałach sięgających do sufitu. Na środku pomieszczenia był mały okrągły stolik i krzesło. O jeden z regałów oparta była drabina pozwalająca sięgać po wyżej postawione książki. Za biblioteką była kuchnia, ciasna i zaniedbana. Zwróciłem tylko uwagę, że w oknach również były usypane bariery z soli. Wróciłem do pokoju z łóżkiem.
— Gdzie jest łazienka? — spytałem. — Ukradli, prawda?
Maciej obrócił się i spojrzał na mnie z jakimś wyrzutem w oczach. Wydawało mi się, że chce powiedzieć coś nieprzyjemnego lub pouczającego, ale po chwili wewnętrznej walki tylko się zaśmiał.
— Jesteś niepoważny.
— Takk.
Wtedy zauważyłem, że na łóżku leży ciało. Było nieprzykryte, więc widziałem, że to ciało młodej dziewczyny. Miała rozerwaną klatkę piersiową, jakby coś wydostało się ze środka. Pewnie tak właśnie było. Na ścianie za łóżkiem ktoś napisał krwią “POMÓŻCIE MI”. Makabryczne znalezisko, pomyślałem. Spojrzałem na Macieja. — Powiedz, co wiecie.
— Zadzwoniła do nas emerytka mieszkająca piętro wyżej. Wracała z zakupami i ujrzała otwarte drzwi, a w środku to. Przyjechaliśmy. Zabezpieczono teren. Zero śladów walki, jeszcze nie pobrali odcisków palców, nawet nie pozwoliłem zabrać ciała, ponieważ coś zauważyłem, Aubrey. Podejdź do lustra. — Podszedłem i ujrzałem siebie w czarnych poprzecieranych dżinsach i skórzanej kurtce, spod której wystawał kaptur bluzy. Miałem jakieś nieobecne spojrzenie. — Pod kątem i pod światło — dodał Maciej. Zaszedłem z boku i ujrzałem imię jakiegoś demona wypisane jednym z zapomnianych języków. Był to jeden z popularniejszych wśród okultystycznych wannabies, ale sposób w jaki napis został naniesiony na szkoło wykluczał udział domorosłych pseudosatanistów, którzy wycinali sobie scyzorykami różne hasła na rękach, a potem wrzucali zdjęcia swoich dzieł na Facebooka lub Naszą Klasę.
Wtedy ujrzałem coś odbijającego się w lustrze. Ruszało się koło łóżka. Zerwałem się i skoczyłem tam, ale nic nie złapałem. Pod łóżkiem również niczego nie było. Spojrzałem jeszcze raz na lustro. — Musisz wyjść na chwilę — powiedziałem do Macieja. Popatrzył na mnie zaskoczony. — I najlepiej, żebyś nie zadawał żadnych pytań.
— To miejsce zbrodni — odparł po chwili, jakby nie mógł znaleźć racjonalnego wyjaśnienia dla swojej prośby.
— Rozumiem — odparłem. — Nie będę ruszał niczego, ale chcę sprawdzić pewien nadprzyrodzony trop, w związku z którym mnie wezwałeś, i wolę to zrobić bez… no, bez niewtajemniczonych.
Maciej chwilę stał i widziałem, że się waha, ale w końcu wyszedł. Stanąłem przed lustrem, ale nic niezwykłego się w nim nie pojawiało. Jeżeli siedział w nim demon, to miałem kilka opcji. Mógłbym wejść w nie — świat w lustrze jest mały i sięga tak daleko, jak to, co odbija (z dowolnego kąta) — ale demon mógł wyskoczyć z niego i ja mógłbym nie zdążyć uciec. Bałem się tego z powodu kolejnego wariantu: rozbicia lustra. Demon wróciłby do swojego wymiaru, z którego został przyzwany. To właśnie robi się podczas ezgorcyzmu: więzi złego ducha w lustrze i tłucze je. Ja bym pewnie umarł, ale tylko zgaduję. Zresztą bez sensu. Chodziło mi o porozmawianie z nim, nie walkę. Zapukałem w lustro. Nic. Darowałem sobie zaglądanie, co jest z tyłu. Jest ściana. No dobra, jednak zajrzałem. Nie musiałbym o tym pisać, ale kiedy odwiesiłem je z powrotem i wróciłem, on stał i patrzył na mnie. Miał brązową skórę, rogi i skrzydła. Oczy tylko były czerwone. Spojrzał na mnie — ja się wtedy nie odbijałem już w lustrze — i powiedział:
— Czego chcesz?
— Złapać tego, który to zrobił. — Starałem się mówić cicho, żeby nie było słychać za drzwiami.
— Zostałem przyzwany — odparł.
— Kto cię przyzwał? — spytałem.
— Nie mogę tego ujawnić — powiedział. — Chcę stąd wyjść, a nie mogę. Ten dureń posypał wszędzie solą.
Odwróciłem się w stronę łóżka i przyjrzałem dziewczynie. Wcześniej było to zbyt brutalne i wolałem nie zauważać szczegółów. Okej, to jeszcze raz. Po pierwsze ubiór. Miała na sobie kusą sukienkę i pończochy. Na nogach szpilki. Prostytutka? Może myślałem stereotypowo, ale pomyślałem, że ktokolwiek ją tu przyprowadził, mógł jej za to zapłacić. Myślała, że machnie szybki numerek, a tymczasem stało się inaczej. Ten, który przywołał demona…
— Jak ty właściwie się nazywasz? — spytałem.
— Henryk — odpowiedział demon, spoglądając w stronę drzwi. — Może mógłbyś mi pomóc?
Przywołał Henryka, wcisnął go w lustro i wyszedł. Wcześniej posypał solą, która jest barierą nie do przejścia dla nieczystych sił. W ten sposób Henryk nie mógł wyjść. Wróciłem do dziewczyny. Henryk wyskoczył jej z jamy ciała. Na nocnej szafce obok łóżka stał kieliszek z jakimś czerwonym płynem. Wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę higieniczną i podniosłem kieliszek, a następnie powąchałem jego zawartość. Wino. I to nie byle jakie. Zakręciłem kieliszkiem. Na ściankach tworzyły się grube, gęste nacieki. To oznaczało wino lepsze jakościowo. Tylko co to znaczyło? Odstawiłem kieliszek. Mógł ją odurzyć czymś dosypanym do wina. Jeżeli było wytrawne, to prawdopodobnie miało dla niej paskudny posmak. A drugi kieliszek? Nie było. Wspiąłem się na łóżko i przyjrzałem się napisowi. Istotnie była to krew, co wykluczało autorstwo dziewczyny. Krew pojawiła się po jej rozerwaniu. Wróciłem do lustra.
— Odkryłeś sól i wpadłeś w panikę. Może masz klaustrofobię, nie wiem, nieistotne. Wymaziałeś na ścianie ten napis i zostawiłeś otwarte drzwi. Ktoś wezwał policję. Chciałeś przesiedzieć w lustrze i pozwolić policji posprzątać sól, skurczybyku — powiedziałem. Mina mu zrzedła.
— I tak przeczekam.
— Mogę wrócić z egzorcystą.
Henryk zaczął się zbliżać i w pewnym momencie doszedł do tafli, a następnie przeszedł na drugą stronę. Wyglądał od pasa w dół jak faun — miał włochate nogi i kopyta, a także ogon. Góra wszakże pretendowała do bycia gargulcem. Tak to z tymi demonami jest. Henryk prychnął i podszedł do mnie, stukając kopytami. Obszedł mnie dookoła wąchając i oznajmił: — Jesteś chroniony, nie mogę ci nic zrobić, ale dopóki zostajesz obserwatorem. Ktoś ważny nadał ci immunitet. — Popatrzył na mnie z udawanym i przesadnym uznaniem.
— Andriej Zacharow — odpowiedziałem i spotulniał. — Nie wiem czy w przypadku jego osoby będzie rozważana kwestia, że przyprowadziłem egzorcystę. To mało aktywne działanie z mojej strony.
— No dobrze — odparł Henryk. Łamał się. — Tylko że chyba nie wolno mi wydać kogoś, kto mnie przywołał.
— Zostawił ci instrukcje na ten temat?
— No nie, ale…
— Cesarzowi, co cesarskie, bogu, co boskie — wtrąciłem.
— Co?! — zawołał Henryk. Widać było, że chce mnie uderzyć, ale się powstrzymuje. Byłem w końcu nietykalny. Czasami było to fajne. Nie, czasami nie miało to gorzkiego posmaku; raczej tak powinienem powiedzieć.
— Faryzeusze chcieli kiedyś zagiąć Jezusa i spytali o kwestię podatków. Czy jest za płaceniem, czy nie. I on odpowiedział…
— Wiem, co odpowiedział! Jak śmiesz podpierać się Biblią, psubracie! — zawołał wkurzony Henryk. Śmiesznie mu oczy zapłonęły. — Jesteś niepoważny!
— Już to dziś raz słyszałem. Przecież nie zarzucisz Jezusowi, że kłamał. Mechanizm przez niego opisany sprawdza się i tutaj. Osobnik, który cię przyzwał, nie jest poszukiwany za szeroko pojęty okultyzm, tylko morderstwo dziewczyny. Ziemskie prawo szuka go za ziemskie przestępstwo. Ani ja nie naruszam zasad swojej nietykalności, ani ty — przyzwania. No, to jak będzie?
— Wypuścisz mnie, jeśli ci powiem?
— Przez okno. Policji nie interesuje demon. Nie mają na to paragrafów ani środków.
— Alojzy Glaubenstein — odpowiedział Henryk.
Podszedłem do okna, otworzyłem je i zmiotłem sól na rękę i wyrzuciłem przez okno. Nie chciałem chłopakom brudzić śladów bardziej niż do tej pory. Henryk wspiął się na okno i wyskoczył z niego. Machał skrzydłami, ale nic to nie dawało, spadał tak samo szybko. Nie uderzył w podwórze z hukiem — jak się obawiałem, gdyż ściągnęłoby to uwagę policjantów przed bramą — tylko w ostatniej chwili rozpłynął się w powietrzu. Rozwiało go niczym dym.
Do pokoju wszedł Maciej. — Co się stało? — spytał trochę zaniepokojony. Policjant, który stał za nim, zaglądał mu przez ramię. Dałem znak, żeby wszedł do środka. Maciej wszedł i zamknął drzwi. Spojrzał na mnie wyczekująco.
— Alojzy Glaubenstein, on ją tu przyprowadził — powiedziałem pokazując na dziewczynę. Zamknąłem okno. — Udało mi się nie nabrudzić. Zbadajcie wino w kieliszku, ale to miejsce zbrodni nie będzie sprawiało wiele sensu właśnie z racji na nadprzyrodzony czynnik.
— Myślę, że możesz mi zdradzić, co tu się stało. Nie powiem nikomu. Zresztą, jak twierdzisz, nie miałoby to sensu. Nikt by mi nie uwierzył.
— Przywołał demona i zostawił go tu. Może coś mu się stało. A demon się próbował stąd wydostać. Otworzył drzwi, ale wiesz, one nie mogą zrobić kroku nad solą.
— Solą?
— Takie tam demonicze dziwactwa. Sam pewnych rzeczy uczę się na pamięć. Demon uciekł, ale i tak byście z nim nic nie zrobili. No nic, zmywam się. Powodzenia ze śledztwem. Gdybyś miał jakieś dziwne szczegóły, daj znać.
— Jasne. Najwyższa pora wpuścić tu gości od odcisków palców — powiedział Maciej zastanawiając się nad czymś. — I wymyśleć, skąd dowiedziałem się o Alojzym Glaubensteinie.
Tran
Grudzień 18, 2009 (piątek)
W roku wielkiego zamieszania, kiedy zmarł nasz wspaniały rodak, udaliśmy się z moim serdecznym przyjacielem napić się coś na mieście. Śmierć wielkiego wodza narodów, jakim niewątpliwie był Jan Paweł II, a którego serce stanęło nagle w otoczeniu wysokim dostojników kościelnych i dziennikarzy, którzy próbowali dostać się z kamerami, mikrofonami i aparatami fotograficznymi przez okienko do środka, miała zaważyć na tym wieczorze w dość istotny sposób. — Chuj kazał przestać się leczyć — zauważył mój przyjaciel. — A zawsze walczył z eutanazją. I taki feler na koniec. — Kwestia ta mnie mało interesowała, a mojego przyjaciela niewiele więcej niż wypowiedzenie dwóch zdań potępiających nieboszczyka. Była w tym jakaś metoda: Jan Paweł II nie mógł mu się w żaden sposób zrewanżować.
Jego śmierć dała nam się odczuć w inny sposób. Wydawać by się mogło, że zdeklarowani bezbożnicy są bezpieczni, ale tego dnia mieliśmy się przekonać, że nie do końca. Gdy znaleźliśmy się na ulicach miasta, w którym bawił nasz drogi nieboszczyk przez wiele lat na wysokim, choć nie najwyższym stanowiku, okazało się, że nocne życie zostało sparaliżowane jego wcale nie tak nagłym odejściem. Sytuacja była niewesoła. Oto strudzeni wędrowcy i odkrywcy różnych kwestii filozoficznych (czyt. ja i mój przyjaciel) chcieli się napić i nie mogli, ponieważ nagle wszystkim odbiła palma, która nie wynikała z szacunku dla osoby zmarłego, lecz raczej strachu pt. “co inni powiedzą”. Staliśmy przed bramą, w której znajdowały się 4 różne knajpy. Planowaliśmy iść z moim przyjacielem do jednej z nich, utrzymanej w stylu lat 80., choć tak naprawdę żadnym konkretnym, ale zamknęli wszystkie. Nawet gejowski. Przed bramą stała jakaś lesbijka ubrana jak chłopczyca, która pomstowała do koleżanek: — Kurwa mać, kto by się spodziewał, że zamkną nam lokal z powodu jego śmierci! — W jej głosie słychać było wielkie zaskoczenie, zdziwienie, dopiero potem oburzenie. Tak, oto śmierć człowieka, który uważał ją za chorą a jej orientację za wybór świadomy, choć spaczony cywilizacją śmierci, odejście tego człowieka położyło się cieniem na jej rozkładzie dnia.
Potem było gorzej: przez dwa tygodnie panowała żałoba narodowa, a telewizje oszalały nadając non-stop biografie wiadomo kogo. (Ciekawostka: jedynym kanałem, który nie zmienił ramówki, była katolicka stacja Puls.) W tym szaleństwie już nie widziałem metody. Przez dwa tygodnie relacjonowano kolejne pielgrzymki, spotkania młodzieży, pogodzenia się zwaśnionych kibiców dwóch drużyn piłkarskich (chłopaki morowo wytrzymali przez całą medialną szopkę, zaczęli się dosłownie zabijać dopiero po), żaden z ówczesnych psychologów telewizyjnych nie odważył się podjąć jakiejkolwiek analizy zjawiska czy broń boże interpretacji, a durni dziennikarze goniący za sensacją piali nad porozumieniami ponad podziałami. Porozumienia nie trwały długo, jak się okazało potem.
Teraz jednakże staliśmy przed kilkoma nieczynnymi lokalami wciśniętymi w jedną klatkę schodową, rzecz właściwie charakterystyczną dla tego miasta, a od grup ciągnących z centrum usłyszeliśmy, że tam też jest dupa, jeśli chodzi o napicie. Bez sensu, pomyślałem. — Idziemy do Żydów — oznajmił mój przyjaciel obierając kierunek na dawną dzielnicę żydowską. — Tak — odpowiedziałem.
— Byłem przedwczoraj w takiej knajpie należącej do mojego kolegi — zaczął opowiadać mój kompan. — I jak poszła plota, że może staruszek papież kopnął w kalendarz, to wyłączyli muzykę. I to wystarczyło. Czy oni wszyscy ocipieli, przepraszam, żeby zamykać lokale? Toż to dla nich żywa kasa! I czego oni się boją?
W dzielnicy żydowskiej było trochę lepiej, ale nie od razu. Ucałowaliśmy niejedną klamkę nim nie przyszedł mi do głowy pewien szatański pomysł. Popatrzyłem na mojego wulgarnego miejscami przyjaciela i pomyślałem, że zrobię mu psikusa, a może nawet dam nauczkę. Ale nie uprzedzajmy faktów. Zaproponowałem pewien położony na uboczu lokal, który moim zdaniem powinien był być czynny, choć tego wieczoru wszystko było możliwe. Mój przyjaciel zgodził się i ruszyliśmy w tamtą stronę. Na szczęście był już dzień po Prima Aprilisie i pogodę można było śmiało określić jako wcale ciepłą. Trochę celowo powłócząc nogami, niczym jacyś jebani dekadenci, dowlekliśmy się do wybranego przeze mnie miejsca.
Wejście do lokalu nie było proste, ponieważ trzeba było najpierw zadzwonić domofonem i w ten sposób sforsować metalowe drzwi, następnie zejść kilka stopni w dół i zostać skontrolowanym przez kratę. Dwóch wytatuowanych karków z marsowymi minami rzuciło na nas wzrokiem. — To moja parówa — powiedziałem, pokazując na mojego przyjaciela i puszczając oko do jednego z ochroniarzy. Uśmiechnął się pod nosem i otworzył kratę. Na szczęście środowisko, które “dzierżyło” klub, było na tyle niejednorodne, że kupili ten bajer. Na szczęście numer 2: mój przyjaciel tego jednak nie dosłyszał. Wpuszczono nas do środka. Po zimnym przedsionku z dwoma łysymi klucznikami trafiliśmy do właściwego klubu. Poczułem buchnięcie ciepłego powietrza na twarzy. Na wprost był wielki parkiet, a po prawej bar z kilkoma stolikami. Skręciliśmy w prawo. Może, myślałem zbliżając się do stołka barowego, trafiliśmy do alternatywnej rzeczywistości, gdzie Jan Paweł II nie umarł albo nigdy nie żył albo umarł dawno temu, może w zamachu Alego Agcy, a może podwójna brama wraz z murami tworzyłay na tyle gęste środowisko wokół wnętrza, że wiadomości z zewnątrz docierały ze sporym opóźnieniem. Jeżeli tak, to ja i mój przyjaciel moglibyśmy być rozpatrywani jako wirusy, które przynoszą taką wiadomość i mogą potencjalnie skazić atmosferę dobrej zabawy panującą w tym bastionie. Na szczęście nie mieliśmy takiego planu. Hulactwo w klubie było niezagrożone z naszej strony.
Siedliśmy przy barze, tak już na końcu. Po browczyku, postanowiliśmy i podniosłem rękę, by złożyć zamówienie, lecz barman nawet się nie obrócił. Spróbowałem jeszcze raz i… znowu nic. A to dopiero! pomyślałem. Pierwszy raz zdarzało mi się, że w ten subtelny sposób odmawia się prawa mojej obecności w lokalu. Kilka kolejnych prób nie przyniosło skutku. Można powiedzieć, że byliśmy w kropce. I wtedy obok mnie stanęła jakaś kobieta, uniosła rękę i barman pojawił się w momencie, zupełnie niespeszony, że wcześniej kładł na nas lachę. Kobieta oddaliła się szybko. Zdążyłem zanotować tylko, że ma dość odważną minispódniczkę — skórzaną, która miała kompletne wycięcie na pośladki, które przedzielone czarnym sznurkiem stringów sympatycznie kołysały się przy każdym kroku. Mój przyjaciel zamówił 6 kamikadze. Wypiliśmy po 3. Następnie drugą kolejkę i znowu po 3. Barman więcej nas nie ignorował. W pewnym momencie mój przyjaciel zorientował się w naturze psikusa, jakiego mu zrobiłem. — To chyba jakiś bar dla pedałów — powiedział. Istotnie, byliśmy w gejowskim klubie. Kilka kroków dzieliło nas od darkroomu, z którego dobiegały odgłosy bynajmniej nie będące hołdem dla teatralnie zmarłego bohatera wieczoru. Na razie jednak nie dawałem po sobie nic poznać. Postanowiłem wystawić mojego przyjaciela na próbę, ponieważ z zamiłowania psioczył nie tylko na szeroko pojęty kler, ale również mniejszości seksualne. Wypiliśmy jeszcze kilka kolejek kamikadze. I jeszcze kilka. I jeszcze nie wiem ile. Łącznie, jak ustaliłem następnego dnia rano, zapamiętałem tylko połowę wszystkich.
Skoro mogłem ustać na nogach — bo to różnie bywa, kiedy się pije; czasem człowiek w pewnym momencie chce skoczyć do kibelka i okazuje się, że nie może nawet wstać — poszedłem na parkiet.
(Powyższy akapit celowo pozostawiono pustym, ponieważ oddaje on dziurę w pamięci, która zachowała się po dziś dzień.)
To nie było jak przebudzenie, nie czułem się jakbym spał i obudził, o nie. Najtrafniejsze porównanie jest takie: jakbym zbliżał się do pokoju, w którym gra muzyka. Idę długim korytarzem i słyszę tę muzykę, która robi się głośniejsza. Głośniejsza i głośniejsza. Wtedy dochodzę do drzwi i przekraczam próg. Nagle dźwięk, który był przede mną otacza mnie z wszystkich stron. Mniej więcej tak poczułem się, kiedy zorientowałem się nagle, że tańczę z jakąś kobietą dość aktywnie integrując się z nią. Nasze języki odtańczyły być może tamtej nocy o wiele większe wygibasy niż nasze ciała. W pewnym momencie moja partnerka w tańcu zakręciła się dookoła własnej osi i ujrzałem goły tyłek. Ten sam, co przy barze. Trochę mnie wcięło. Rozejrzałem się za moim przyjacielem, ale nigdzie go nie widziałem. Zresztą czułem się trochę bezwolny i nic z tym faktem nie byłbym w stanie zrobić. Kobieta złapała mnie za rękę i pociągnęła do małej salki (a może to było patio?) równolegle z tą wzdłuż baru. Tam przy jednym stoliku siedziała jakaś para. Wybrylantowany chłopak w świecącej koszuli oraz prążkowanych spodniach w kantkę, obok jakaś dziwna dziewczyna w bluzce z napisami po hebrajsku. Osobniczka, która mnie porwała, posadziła mnie z tymi ludźmi, po czym pofrunęła gdzieś. Zacząłem przyglądać się dziwnej dziewczynie przy stole. Była płaska i miała jakieś takie rysy twarzy… męskie. I nagle poczułem się jak Jerzy Stuhr, który dotarł na squat do tych jakichś lesbijek-outsiderek w “Seksmisji”. To nie była dziewczyna. Powrót świadomości wydarzeń sugerował, że alkohol ulatnia mi się z głowy. Zaczynałem łączyć fakty. Oto siedzieliśmy w lokalu gejowskim i nie powinienem być tym zdziwiony. W sumie mi przeszło po pierwszym zaskoczeniu. Nie byłem jednak w stanie nic powiedzieć. Bynajmniej nie z powodu nieśmiałości. Szumiało mi w głowie i ogólnie byłem nastawiony raczej na odbiór. Alkohol zatruwający mój organizm, gorąc i zaduch panujący w pomieszczeniu, a także kakofonia dźwięków, jakiej byłem poddawany jeszcze przed chwilą uczyniły mnie na jakiś czas impresjonistą. W tej chwili chłonąłem wszystkie proste bodźce niczym jakiś flamandzki malarz po absyncie. Tylko potem tego nie malowałem, choć sądzę, że gdybym zwymiotował to przez takie sito do mąki na płótno, to mógłby być aukcyjny hicior. No ale nie zwymiotowałem. Para naprzeciwko mnie czuła chyba skrępowanie, ponieważ na przemian to nerwowo się uśmiechali do mnie, to czekali aż coś powiem. Z ulgą przyjęli powrót kobiety z gołym tyłkiem, która złapała mnie za rękę i gdzieś porwała.
Mój impresjonizm był dość spowalniający, ze dwa razy bym się wywrócił, kiedy byłem ciągnięty przez mroczny parkiet — w ciemności nie widać stopni — i korytarz do czegoś, co okazało się chyba małym darkroomem. Po drodze przyszło mi do głowy, że może ona też jest mężczyzną. Właściwie dlaczego by nie? W tym miejscu wszystko było możliwe. A jednak, pomyślałem sam sobie w odpowiedzi, miała piersi. No ale, kontrowałem po raz kolejny, było tutaj raczej niewielu ludzi z przypadku. Biseks? A może… Nie. To niemożliwe. Niestety, moje rozważania zostały przerwane tym, że w tym momencie weszliśmy do podłużnego pomieszczenia z dwoma rurami do tańczenia na środku i kanapą dookoła. Miejsce na prywatne tańce striptizerek, wydedukowałem. Przynajmniej kiedyś. Osobniczka posadziła mnie na kanapie i stanęła do mnie tyłem. Teraz dojrzałem, że jej część garderoby udająca spódnicę była bardziej czymś na wzór fartuszka, tylko spinana na dole cienkim paskiem. Rozpięła go i wypięła się, a następnie potrząsnęła pupą. — Nie chcę tak — powiedziałem. Wyprostowała się. Przez chwilę miałem na kolejnego psikusa: chciałem powiedzieć, że zmarł Jan Paweł II i że to mnie rozwaliło czy coś w tym stylu, ale prawie od razu uznałem to za nieśmieszne. Zamiast tego postawiłem na szczerość. — Jestem tu z przypadku. Nie wiem, co stało się na parkiecie, ale mój przyjaciel, którego przyprowadziłem tu dla żartu, wiesz, jest homofobem, no więc on mnie trochę upił i mam gigantyczną dziurę w wydarzeniach tego wieczoru.
Usiadła obok mnie i powiedziała: — Jeżeli jesteś tu z przypadku, to heh! Kiedyś opowiem ci, co tam wyprawiałeś ze mną. Nabrałeś mnie i może powinnać kazać cię stąd wyrzucić, ale mimo wszystko mnie rozbawiłeś. A twój przyjaciel rozrabiał przy barze i moi chłopcy wynieśli go, miotającego się jak zażynana świnia, a następnie wyrzucili do kałuży przed lokalem. Zrobili w ulicy taką głębszą dziurę, którą regularnie napełniają wodą, żeby wyglądała jak płytka, choć wypełniona brudną wodą kałuża. Zawsze, kiedy wyrzucają kogoś z lokalu, to jakiś cudem wpada on w tę wodę. Pomimo iż mamy bramę i kratę, to czasem ktoś się prześliznie. Myśli, że jest sprytny, ale tak naprawdę został przez nas wpuszczony. Zawsze. Wybieramy takich, co nie narobią problemów. Pooglądają, zostaną zignorowani w barze, ktoś spróbuje poderwać ich na parkiecie, po czym zmyją się. Chyba że nie, ale ciąg dalszy tego wariantu znasz. Potem ci, co byli grzeczni, opowiedzą o wszystkim swoim kolegom albo opiszą na forum dyskusyjnym. Tak rodzi się legenda tego miejsca. Pielęgnuję ją starannie. Bardzo dbam o to, żeby stworzyć tu inny świat, który pozostaje obojętny na wydarzenia na zewnątrz. Chyba dopiero wojna musiałaby się tutaj wedrzeć. — Zrobiła przerwę i spojrzała na mnie jak nauczycielka na niesfornego uczniaka. — Ale wy dwaj… zrobiliście moich bramkarzy. No, właściwie nie “wy”. Myślę, że patrzyli na ciebie, bo twój kumpel choćby kupił ten lokal, to by się nie dostał do środka. Chodź, napijemy się czegoś bezalkoholowego już.
— Jesteś właścicielką tego lokalu? — spytałem po drodze.
— Nazywam się Tranny Quilizer i tak, jestem tu królową na włościach.
Wróciliśmy do stolika ich znajomych. Wyglądali na zaskoczonych (może za krótko albo za długo nas nie było) i znowu zamilkli. — To jest Frank — przedstawiła mnie. Frank? prawie się zdziwiłem, ale no dobra, właściwie nie potrzeba było już mocniejszych dowodów na to, że dawno się tak nie upiłem. I najlepsze, że nie za swoje pieniądze. Wyjąłem z kieszeni kurtki zmiętą paczkę papierosów, z których niektóre były połamane, i zapaliłem sobie jednego. Tran oraz jej dwójka znajomych, którzy mi się nie przedstawili, ale właściwie ja też, opowiedziedzieli kilka historii o sobie, o tym lokalu i takie tam. Nadal miałem impresjonistyczną fazę, więc głównie słuchałem. Opowiedzieli mi o różnych problemach swojej mniejszości, o organizowaniu parad, zakroili szeroko kwestię adopcji — które chcą, których nie i tym podobne — oraz trochę o muzyce i filmach. Wypaliłem z sześć papierosów, kiedy Tran doszła do największej petardy tego wieczoru.
Kilka lat wcześniej, w czasach modemów i okrutnych cen internetu liczonego za każdą minutę połączenia urządziliśmy sobie z kuzynem — a obydwaj byliśmy nieletni — noc z porno. Były to czasy, jak wspomniałem, okrutne, nie było niczego takiego jak transmisja strumieniowa, ba, nie było nigdzie avików i wmvów do pobrania. Na stronie, którą po wielkich trudach znaleźliśmy, bo Google’a też wtedy nie było, a jak był, to nie tak rozbudowany jak teraz, były same obrazki, ale też nie tak, że galerie, nie myślcie sobie. Tekstowa lista z opisami. Po kliknięciu w link dopiero pojawiał się obrazek. Współcześni spece od usability na pewno mieliby tu coś do powiedzenia, ale na szczęście nikt tych nadętych durni nie będzie pytał o zdanie w tym temacie. Ci nudziarze pewnie do dziś nie mają wstępu do klubu Tran. Wtedy jednak jeszcze nie istnieli. Zarówno podczas nocy na modemie, jak i nocy w klubie odciętym od świata. Pojawili się niedawno. Ale nie o nich miałem. Co to ja? A tak. No więc kuzyn kliknął w jeden link i oto wyskoczyło nam na ekranie coś, czego nie potrafiliśmy zidentyfikować. Oto przed nami prezentowała się młoda mulatka z drobnymi piersiami i… członkiem. — Ale jak to? — zakrzyknęliśmy nieomalże równocześnie. Dziewczyna wyglądała na dziewczynę, miała kobiece kształty, szerokie biodra oraz dorodnego penisa. Coś tu strasznie nie pasowało. Przez wiele lat szukałem odpowiedzi na pytanie, skąd się biorą tacy ludzie — rodzą się tacy? Niestety, Internet podrzucał wiele zdjęć, a potem i materiałów wideo, lecz nigdy odpowiedzi na to pytanie. Tran, zgodnie ze swoim pseudonimem, gdyż nie posądzałbym jej rodziców o tak wyrafinowane poczucie humoru, była właśnie taką osobą.
— Urodziłam się chłopcem — zaczęła swoją opowieść, podbierając mi z paczki jednego papierosa (bez pudła wyciągnęła niezłamanego, co mnie się za pierwszym razem nigdy nie udało) i odpalając od mojego. — Tutaj właściwie moja historia nie różni się ani trochę od wszystkich historii transseksualistów. Czułam się źle w swoim ciele, jak i w swojej roli społecznej. Bardziej ciągnęło mnie do zabaw w sklep i tym podobne pierdoły, myślę, Frank, że znasz to. W odpowiednim momencie poddałam się operacji zmiany płci. Na szczęście mój ojciec jest Niemcem i to z zachodniego landu, więc był na tyle otwarty, by mi to umożliwić. I tutaj moja historia zaczęła się różnić od większości. Przeszedłszy kurację hormonalną oraz drobne operacje plastyczne poczułam, że pasuje mi ten stan zawieszenia pomiędzy, gdzie właściwie nie przynależna mi jest żadna konkretna rola społeczna. Poczułam się wolna. Wtedy przypomniałam sobie o tym miejscu. Wiele lat wcześniej, jeszcze jako cokolwiek wystraszony światem szczypiorek, włóczyłam się ze znajomą po okolicy i nagle ujrzałam w tym miejscu moje miejsce, to które mnie chętnie kiedyś przyjmie. Bardzo mocne przeświadczenie. Wróciłam tu, znalazłam opuszczony budynek po dawnym zarządzie gazowni i urządziłam tu swoje królestwo, lokal odcięty od świata, nie pełniący w związku z nim żadnej roli, piszący własną historię. Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. — Popatrzyła na mnie trochę kontrolnie, czy nadążam za jej opowieścią. Nadążąłem i to całkiem nieźle, ponieważ alkohol prawie już na mnie nie działał. Delektowałem się papierosem i byłem lekko przymulony, ale mój umysł pracował bez zarzutu. Olśniło mnie, choć jeszcze o tym nie wiedziałem w tamtym momencie, że większość tzw. shemale’ów się bierze właśnie stąd. Z niedokończonych operacji zmiany płci. Może zbierają na te ostatnie, może się boją, a może jeszcze coś innego. Ale to było jakby później.
— A brudne łona kobiet złych istotą poezji w mig staną się — powiedziałem. — Ale nie o tym chciałem. Mam cytat bardziej na temat: W gruncie rzeczy wiedział, że nie można wyjść poza, ponieważ nie było żadnego poza. Jeśli wierzyć autorowi biblii dla pseudointeligentów. Chociaż mnie właściwie ta książka się podobała.
— Cortazar. Biegłyś w cytatach. — powiedziała Tran, chyba trochę z drwiną w oczach. — Poza nie, ale pomiędzy już prędzej. — Spojrzała na zagarek na lewej ręce. Śmiesznie go nosiła, ponieważ miała tarczę od spodu dłoni. — Nie chcę być niemiła, ale czas będzie zamykać i muszę przy tym być. Szczególnie w dniu śmierci takiej persony.
— Jakiej persony? — spytał wybrylantowany wypacykowany piękniś przy stole.
Spojrzałem na Tran, ale jej spojrzenie z kolei mówiło mi, że zachowałbym się jak pieprzony wirus komputerowy, zdradzając tę tajemnicę, więc postanowiłem uciec się do kalamburu. — Napoleon konserwatyzmu — powiedziałem, wstając. — Dzięki niemu dane było nam się poznać. Bardzo miły wieczór, panno Quilizer, i mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś zobaczymy. Musimy omówić różnice pomiędzy “pomiędzy” i “poza”.
— Do zobaczenia, Frank — powiedziała, również wstając. — I właściwie, to jak się nazywasz? Wymyśliłam to imię na poczekaniu.
— Jestem Aubrey. Aubrey De Los Destinos.
Na zewnątrz było już jasno. Szybka rewizja wydarzeń z nocy i wieczoru dnia poprzedniego istotnie wykazała, że o godzinie, która była celebrowana w różnych telewizjach niczym pierwsza relikwia nowego świętego przez następne dwa tygodnie, czyli o 21:37, siedziałem jeszcze przed małym telewizorem rozważając jakąś nieistotną z punktu widzenia późniejszych godzin kwestię, a to oznacza, że do królestwa Tran dotarliśmy grubo po północy — jeśli dodać poszukiwania jakiegoś lokalu — a potem jeszcze film mi się urwał. Tak więc jasność wdzierająca się spomiędzy chmur na niebie prosto w me zmęczone źrenice była w pełni usprawiedliwiona. Idąc tak z głową pochłoniętą tymi wszystkimi ustaleniami nie patrzyłem pod nogi. W pewnym momencie potknąłem się o coś i upadłem.
— Do chuja wafla! — zawołał znajomy głos. Ujrzałem mojego przyjaciela, który wystawał z kałuży, tj. głowa i ręce, reszta zanurzona była w dziurze udającej kałużę. — Wyciągnij mnie stąd! Wywalili mnie z lokalu po tym, jak poszedłeś tańcować z tą gołą dupą i w ogóle jeśli jeszcze raz weźmiesz mnie do takiej knajpy, to cię chyba zatłukę na śmierć!
— Spoko, myślę, że nieprędko umrze następny papież — odparłem biorąc się za wyciąganie go z kałuży. Dobrze, że miał długie włosy, to sobie je okręciłem wokół ręki i było mi łatwiej, choć trochę krzyczał przy tym. Właściwie to rozważałem zostawienie go tam, w końcu by mu ktoś pomógł, ale nie miałem pieniędzy, a wiedziałem, że on zamówi taksówkę.
Pirat drogowy
Grudzień 13, 2009 (niedziela)
Tamten dzień był jakiś dziwny. W ogóle od początku. Oto Romeo, jego szef, jakiś znajomy oraz ja jechaliśmy samochodem drogą szybkiego ruchu, choć nie tak szybkiego, jak pozwalał sobie kierowca. Kierowca, czyli ten znajomy. Był trenerem czegoś tam. Couchem, tak się to teraz nazywa. Nasz couch nie zawsze był, kim był. Imał się w swoim życiu różnych rzeczy. Najbardziej znanym jego dokonaniem, choć cokolwiek anonimowym, było posłużenie za wzorzec dla lektora Jacka z programu czytającego komputerowy tekst. Podobno dla jaj pisał to w swoim CV. Jacek — tak go będę nazywał, ponieważ byłem na papierosie, kiedy szef Romea go przedstawiał — zajmował się którąś z odmian manipulacji. Tą mniej agresywną, raczej tą, która bezszelestnie podsuwa nieistniejące wspomnienia z dzieciństwa lub poklepując po plecach przekonuje, iż jesteśmy kumplami, dlatego zrobisz dla mnie jakąś rzecz, bo w przeciwnym wypadku będziesz odczuwał poczucie winy. Jacek był dobry w tym, co robił. Uczył tego. Budziło to we mnie osobliwą mieszankę podziwu oraz pogardy. Podziw za biegłoś, pogarda za stronę moralną, jak mniemam. (Tak naprawdę nie wiedziałem tego — wszystko powyższe wyczytałem z jego zachowania. Może poza tym lektorem z programu komputerowego, ale to się ewidentnie rzucało w uszy z kolei.) Lecz tego dnia Jacek spotkał swojego pogromcę.
Byłem w tamtym samochodzie kompletnie zielony w temacie jego drogowych dokonań. W ogóle — ja w samochodzie? No ale to inna bajka. Romeo tymczasem bardzo dobrze wiedział, że Jacek stracił prawo jazdy za punkty, a na robienie nowego nie miał czasu, tak był zagoniony. Jeździł więc bez, a w przypadku kontroli korzystał ze swojego bogatego doświadczenia w zakresie ludzkiej psychiki i odtwarzając odpowiednie scenki wymigiwał się od odpowiedzialności. W końcu weszło mu to tak w krew, że porzucił plan ponownego zdawania egzaminu. Pomimo brawurowej jazdy nie miał na swoje szczęście wielu kontroli. Poruszał się po stałych trasach, wiedział, gdzie są kontrole. Poza tym miał pieniądze, więc mógł się w razie czego wykupić. Raz przez ten czas musiał.
Tamtego dnia Jacek, szef Romea oraz sam Romeo byli gdzieś spóźnieni. Jacek jechał jak wariat, nie zjeżdżając poniżej setki podczas przejeżdżania przez liczne wioski. — A ty gdzie w ogóle jedziesz? — spytał mnie szef Romea. — Na konwent poświęcony UFO — odpowiedziałem. Więcej nie pytał. Nie miał szansy. Zatrzymała nas policja.
— Nie przejmujcie się — rzucił pewnym tonem Jacek zjeżdżając na pobocze. — Ja to załatwię.
Z radiowozu wysiadł policjant i podszedł do samochodu. — Dokumenty proszę — powiedział. Jacek podał mu papiery samochodu i dowód osobisty. — Prawo jazdy? — spytał policjant po przejrzeniu podanych mu dokumentów.
— Jeszcze nie odebrałem — powiedział Jacek. Policjant uniósł pytająco brew. — Już miesiąc czekam a oni nie raczą wydać mi dokumentu! — zawołał nagle. Policjant odchylił się lekko do tyłu. — Przecież ja mam rodzinę na utrzymaniu! Żona nie pracuje, tylko zajmuje się dwójką małych dzieci. Ma pan dzieci? — spytał, ale nie czekał na odpowiedź. Jak tylko policjant wykazał chęć odpowiedzenia, Jacek ruszył dalej: — Moja praca wymaga, żebym przemieszczał się, muszę prowadzić szkolenia. Próbował pan coś załatwić w urzędzie? Przecież to jakaś miazga jest, te pierdzistołki nie są w stanie załatwić prostej sprawy.
— Zdał pan egzamin? — spytał policjant.
— Tak, panie władzo — odparł Jacek, markując zrezygnowanie, jak sądzę.
— Proszę jechać — powiedział. — Tylko nie gnać tyle.
— Dziękuję, panie władzo. Widzę, że są jeszcze przyzwoici ludzie na tym świecie.
— Ty się do nich nie zaliczasz — mruknął pod nosem Romeo, otwierając drzwi.
— Co on robi? — spytał jego szef z przerażeniem. — Romeo… — zaczął w stronę swojego podwładnego, ale Romeo trzasnął drzwiami i ruszył za policjantem, który wracał do radiowozu. — Ja spieprzam stąd, póki mogę — powiedział Jacek odpalając silnik. Już zwalniał hamulec ręczny, kiedy szef Romea złapał go za rękę. — Lepiej nie. Pomyśl, jeżeli on powie, że nie masz wcale prawa jazdy, to zaczną cię ścigać, a tego nie chcesz. — Jacek zacisnął pięść i uderzył w kokpit samochodu. — Kurwa mać! Kto to w ogóle jest? Musieliśmy go brać ze sobą?
Romeo rozmawiał chwilę z policjantem, pokazując na samochód, w którym siedzieliśmy, uśmiechał się, na koniec podali sobie ręce. Wrócił i powiedział: — Zamieńmy się miejscami.
— Że co?
— Masz pełno w gaciach? — spytał Romeo, uśmiechają się wyzywająco. — A teraz posłuchaj mnie uważnie: jesteś piratem drogowym, który zagraża życiu innym uczestnikom ruchu. Może uważasz inaczej, ale w świetle prawa byłoby ci to trudno udowodnić. Zdobyłeś limit punków nie dlatego, że miałeś pecha czy dlatego, że ktoś się na ciebie uwziął. Jesteś ryzykantem. Pytanie tylko, czy świadomym czy nie. Jeżeli tak, to liczyłeś się z wpadką. Jeżeli nie, to jesteś żałosny. W jednym i drugim przypadku ryzykujesz również moim życiem, jeżdżąc jak kretyn leczący swoje kompleksy. Nie mam zamiaru tego więcej tolerować. Jednak rozumiem twoją sytuację, żona, dzieci i cała reszta tych bredni, więc nie zamierzam cię od tak sprzedać. Jeśli chcesz wiedzieć, to poszedłem spytać o drogę dojazdu do jakiejś miejscowości, którą widziałem na tablicy po drodze. Jeżeli jednak nie puścisz mnie za kierownicę, to wrócę tam i powiem gliniarzom jaką szopkę tu odstawiasz.
— Nie wierzę własnym uszom — powiedział Jacek. Romeo chwilę czekał, po czym wysiadł i obszedł samochód dookoła. Dał Jackowi chwilę i otworzył drzwi. Nic podczas tego nie mówił. Policjanci przy radiowozie zaczęli się nam przyglądać. Jacek wysiadł i obszedł samochód dookoła. Romeo prowadził do końca, celowo jadąc maksymalną dozwoloną prędkością. To była jego wysublimowana rozrywka. Na codzień Romeo prowadził sportowy wóz, którym wlókł się tak wolno, jak tylko mógł, wkurzając wszystkich dookoła. Jacek co chwila tracił cierpliwość i pomstował na Romea, ponieważ wyliczył sobie czas podróży swoją prędkością, więc wiedział, że się spóźnią.
Wysadzili mnie gdzieś po drodze. Konwent okazał się nudny, Deniken przynudzał, a inni byli nielepsi. No cóż, nie liczyłem na wiele. Za to catering był lepszy niż zazwyczaj. Tak naprawdę chciałem spotkać się tam z jedną konkretną osobą i cel ten osiągnąłem, ale to nie historia na teraz. Wróćmy do naszego samozwańca. Spotkałem się z Romeem w małej knajpie w dzielnicy żydowskiej. (Tam można zaparkować łatwo, jak mnie oświecił.) — Mój szef mnie zwolnił po tym, jak ten pirat drogowy podziękował naszej firmie za współpracę — powiedział. Próbowałem go pocieszać, że właściwie postąpił, ale jak się okazało niepotrzebnie. — Tak, moje zachowanie samo w sobie i dla kogoś z zewnątrz mogło wyglądać na, jak to je ładnie nazwałeś, właściwe, ale moje intencje były zupełnie inne. Otóż chciałem przejechać się jego samochodem. Nie jechałem jeszcze tym nowy modelem i uznałem to za niepowtarzalną okazję, a sam z siebie raczej by mi nie dał poprowadzić.
Poprawa moralności przy użyciu infrastruktury
Grudzień 2, 2009 (środa)
W pewne piątkowe popołudnie dostałem bardzo ciekawą depeszę. Jako człowiek trochę starej daty nigdy nie przekonałem się do telefonów komórkowych, a za zwykły nie płaciłem, więc mi go odłączyli. W efekcie szybkie skontaktowanie się ze mną było często kłopotliwe, choć równoważyła to zdolność szybkiego przemieszczania się, opartego na przejściach między różnymi wymiarami, choć zmodyfikowanego i tak naprawdę człowiek od razu wracał, więc jakby wcale nie wyjeżdżał, choć lądował w innym miejscu tego świata. W życiu nie byłem na pokładzie samolotu, a pociągami jeżdżę tylko towarzysko.
Depesza to dawny odpowiednik esemesa (do wszystkich młodych ludzi), co oznacza, że jest na papierze. Poczta Polska zarzuciła już taką usługę, ale nadawcy wiadomości, którą trzymałem w rękach, to nie przeszkadzało. Pod mój skromny drewniany domek na zadupiu podjechał czarny lśniący samochód na tablicach dyplomatycznych, ze środka wysiadł młody mężczyzna o ciemnej karnacji i spytał czy ja to ja. Potwierdziłem i wręczył mi depeszę, po czym wsiadł z powrotem do samochodu, po czym odjechał. Spełnił swoje zadania. Depesza była krótka:
Aubrey potrzebujemy Twojej pomocy bardzo pilnie. Pozdrawiam Recep Tayyip Erdogan
A zatem była to wiadomość od premiera. Tak podejrzewałem, kiedy ujrzałem przedstawiciela tureckiego konsulatu, że to może być on. Poznaliśmy się jakoś przypadkiem, kiedy włóczyłem się po mieście i nagle naszło mnie, że nigdy nie paliłem wodnej fajki. Znalazłem lokal z sziszą i tam siedział taki Turek, wyglądał jak dyplomata i okazało się, że jest to podróżujący po polsce incognito premier Turcji, którego też naszło na fajkę wodną, chociaż ze zgoła innego powodu — a takiego, że dużo jej palił i brakowało mu tego. Nabiliśmy sobie jaki owocowy wkład chyba (i jeszcze jakiś inny, bo niewiele pamiętam z tego posiedzenia). Rano obudziłem się z okrutnym kacem i wytatuowanym na ciele jakimś słowem po turecku. Do dziś nie wiem, co oznacza. Gdyby był to dalekowschodni piktogram, mógłbym podejrzewać, że to coś w stylu “kurczak z soją”, ale tak? “Kebab chrzczony”? Nie pasowało mi to do stylu, jaki Recep reprezentował. Od tamtej pory czasem dzwoniliśmy do siebie, raz spotkaliśmy się w Brukseli, ale nic więcej. I nagle coś takiego.
Ubrałem się w długie spodnie i koszulę oraz pełne buty, żeby nie drażnić autochtonów i przeniosłem się do Turcji. Wylądowałem na dachu jakiegoś wysokiego budynku, co było o tyle korzystne, że nikt mnie nie widział. Podręcznik podróżnika do piątego wymiaru zaleca tu maksymalną ostrożność. Zszedłem na dół i udałem się do siedziby rządu tureckiego. Strażnik nie chciał mnie wpuścić, ale nalegałem, by sprawdził, czy nie ma mojego nazwiska na liście osób na dany dzień. Było. Zabrano mnie do przestronnego gabinetu z biurkiem, kanapą, regałami pełnymi książek czy np. barku w kształcie kuli ziemskiej. Standard. Recep powstał, by mię powitać.
— Cieszę się, że tak szybko udało ci się dotrzeć — powiedział nie kryjąc zadowolenia. — Nie kryję swojego zadowolenia z tego faktu.
Następnie usiedliśmy i przy jakimś regionalnym napoju na bazie mleka odbyliśmy krótką rozmowę. Właściwie to on mówił. Dowiedziałem się, że prezydent Turcji, Abdullah Gül, obawia się o moralność swoich obywateli. — Jak mówi nasze powiedzenie, dobry Turek nie skręca w lewo, a nasi obywatele chcą być dobrymi Turkami, co powoduje bardzo karkołomne manewry podczas jazdy samochodem, ludzie miast skręcić w lewo jeżdżą ileś razy w prawo — powiedział, co wiem z relacji Recepa. Poprosiłem o chwilę do namysłu.
Udałem się do lokalu, który niewiele ma wspólnego z tureckimi tradycjami — choć na jakimś ogólnym poziomie skojarzeń tak — gdzie siedziało się na wielkich poduchach, a usługiwały europejskie kobiety ubrane jak odaliski. Tja… lokal był tylko i wyłącznie dla turystów, którzy nie zauważali, że wszystko tu trzeszczy jak w westernie produkcji japońskiej, gdzie dwójka bohaterów o imionach Axl i Rose występują w scenerii będącej połączeniem gotyckiej katedry z saloonem. A jednak to tutaj pracowała sobowtórka Dity von Teese, co było okazją nie do pogardzenia. Wyczaiwszy “jej” część sali zzułem ochoczo buty i zanurkowałem w poduchach. Dzięki temu manewrowi odkryłem, że poduch nie ma tak wiele, żeby podczas nurkowania nie dotrzeć do podłogi. Na szczęście Dita przyniosła mi trochę lodu. Uderzenie spowodowało dodatkowe ruchy mózgu, co z kolei okazało się bardzo pomyślnymi okolicznościami do wymyślenia rozwiązania problemu tureckiej infrastruktury. Najpierw jednak pozwoliłem zrobić sobie okład z lodu, gdyż podczas niego Dita się nachylała zatroskana, a ja sobie ziorałem. Wolałem nie dotykać, ponieważ straż lokalowa miała duże szable i bynajmniej nie były to atrapy. Kiedyś ucięli ręce człowiekami, który próbował macać jedną z odalisek.
Po tej strawie duchowej udałem się na ponowne spotkanie z Recepem.
— Mam pomysł — oznajmiłem wchodząc do jego gabinetu. — Trzeba wszystkie skrzyżowania zamienić na ronda.
— Jak to? — spytał zaskoczony Recep.
— Skoro dobry Turek skręca tylko w prawo, to rondo jest idealnym rozwiązaniem. Żeby wjechać na rondo, trzeba skręcić w prawo, żeby z niego wyjechać: tak samo. Zero skrętów w lewo, ponieważ oznaczałoby to wjechanie pod prąd, a to jest niezgodne z przepisami, czyli złe, a dobry Turek w ten sposób nie postępuje. Oczywiście, koszt będzie spory, ale rozumiem, że szeroko pojęte kwestie moralne są ważniejsze.
Recep serdecznie mi podziękował. — Serdecznie dziękuję — powiedział. Potem wróciłem do Polski, by z powrotem zasiąść na ganku i porozmyślać nad ciekawą kwestią, poszukiwania nad którą zaintrygowały mnie w ostatnim okresie: jak ubrać się na koncert Marilyna Mansona.
Pomyłka
Listopad 29, 2009 (niedziela)
Siedzieliśmy na balkonie w dość nietypowej knajpie. Znajdowała się w jakimś centrum żydowskim i składała z części parterowej, całkiem spoko urządzonej na samym dole komina tworzonego przez zawijające dookoła schody, ze starymi kanapami i stolikami (choć właściwie ten element był typowy dla połowy lokali w tej dzielnicy), oraz części balkonowej, na dachu właściwie już, gdzie szło się tymi zawijającymi schodami. Przyszliśmy na górę i okazało się, że to nie restauracja i najprawdopodobniej żaden kelner się nie pojawi. Istotnie. — Na dole była tylko barmanka — zauważył Romeo po pół godzinie. Żadnemu z nas nie chciało się kopsnąć na dół, więc siedzieliśmy tak na sucho. Przynajmniej wychodziło taniej. W końcu nikt nie przyjdzie nas ochrzanić, uznałem. Romeo wyglądał przez balustradę, ale z tego miejsca nie było widać ulicy. Po drugiej stronie ktoś siedział w oknie i pisał coś — o dziwo — na maszynie do pisania, nie komputerze. Kilka gołębi gruchało gdzieś poniżej, ale ich nie widziałem. Romeo odezwał się do mnie wczoraj wieczorem i zaproponował spotkanie. Tak wylądowaliśmy na dachu, gdzie bez kropli jakiegokolwiek płynu opowiedział mi historię swojej wyprawy, której jednak nie będę tutaj streszczał. Chciałem opowiedzieć o czymś innym. Romeo, zwany również Krwawym Romeo ze względu na uwielbienie dla seksu z dziewczętami podczas okresu (“Romeo” zaś przylgnęło do niego, kiedy jakaś jego miłość chciała się zabić przez niego; a może nawet zabiła?), nie doczekawszy się na obsługę wstał i wyszedł. Ja zostałem, bo uznałem, że spotkanie dobiegło końca i nawet się pożegnaliśmy, więc nie miało sensu wspólne schodzenie na dół i drugie żegnanie się na dole. Postanowiłem chwilę odczekać, zwłaszcza, że na dole słyszałem jakieś krzyki. Jakaś kobieta krzyczała, potem przestała nagle.
Po zejściu na dół ujrzałem ciekawą scenę: oto Romeo odjeżdżał swoim czarnym samochodem, podczas gdy jakaś dziewczyna leżała z zakrwawionym nosem nieprzytomna na ulicy, a jakaś para (na przemian) to się nią zajmowała, to pomstowała za moim towarzyszem, który odjechał z piskiem opon. Kuriozalne. Nie zatrzymując się, poszedłem dalej, choć sprawa nie dawała mi spokoju.
Dwa dni później miałem kompletny obraz sytuacji, która wydarzyła się na dole podczas mojego obserwowania gołębi i prób zagruchania jak one (nie reagowały pozytywnie).
Krwawy Romeo, ubrany w swój czarny i znoszony garnitur w prążki, zszedł na dół i wyszedłszy z bramy ujrzał dość niecodzienny widok: oto jakaś dziewczyna ze zburzonymi włosami, w niebieskich dżinsach i bluzce w poziome paski (— Tak w ogóle bardzo ładna — stwierdził Romeo.) właśnie brała zamach metalową belką na jego samochód. Romeo jest człowiekiem na pozór spokojnym. Potrafi wybuchnąć, ale nie zawsze pokrywa się to z jego wnętrzem; czasami w środku gotował się od dawna, lecz mógł być cały czas spokojny. Podszedł szybko do dziewczyny — żeby zdążyć przed uderzeniem w maskę — i krzyknął, przestraszając dziewczynę:
— Co ty robisz?!
— Nie wtrącaj się — odpowiedziała dziewczyna tonem “lepiej nie wchodzić mi teraz w drogę”. Niestety dla niej Romeo uznał, że musi. — Ten drań pożałuje tego, co mi zrobił.
— I chcesz tego dokonać poprzez zniszczenie mojego samochodu? — spytał Romeo, z lekkim rozbawieniem.
— Co? — spytała dziewczyna, ale pięść Romea już zbliżała się do jej twarzy. Po uderzeniu wypuściła kawałek metalu, ale Romeo nie przestał. Podciął ją i kopnął w bok. Raczej nie złamał jej żadnego żebra. Z nosa pociekła jej krew i spojrzała zaskoczona na Romea. Gdzieś uleciała z niej wrogość zastąpiona przez wielkie zaskoczenie. Oto chciała zdemolować samochód jakiegoś chłopaka, który ją skrzywdził, a zamiast tego została pobita przez jakiegoś zmiętego eleganta.
Wtedy do Romea podbiegła para, którą widziałem po zejściu z suchego balkonu. Dziewczyna coś krzyknęła do Romea, chłopak próbował go nawet uderzyć, ale nasz Krwawy Romeo zrobił unik, a kolejnych prób nie było. Dziewczyna obejrzała pobitą i podeszła do Romea, podczas gdy chłopak ją zamienił przy tamtej. — Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz? — zawołała. — Pobiłeś ją!
— Chciała zniszczyć mój samochód — odpowiedział spokojnie Romeo, zaciskał jednak cały czas prawą pięść z tyłu, żeby w razie czego odwinąć i tej.
— Ona jest chora, rozumiesz? Przechodzi ostatnio załamanie nerwowe i czasami jej odbija, ale to nie powód, żeby jej zrobić takie coś.
— Co temu winien mój samochód?
— Jej dawna miłość miała taki sam. Nie wiem, czy dużo ich jest na ulicach, ale właściwie rzadko takie widuję. Przyznaję, że na ogół ją bardziej pilnujemy. To moja siostra. Ale ty…
— Więc jej stan ją usprawiedliwia? — spytał Romeo.
— Myślę, że tak — odparła siostra pobitej dziewczyny. — Musisz ją zrozumieć.
— Cóż… mogę tylko powiedzieć, że mi też czasem odbija i wtedy w obronie swojej własności biję ludzi, może trochę bardziej niż było to konieczne. Jak rozumiem z twoich słów, tłumaczy mnie to, zatem wsiądę teraz do mojego samochodu i pojadę sobie stąd — powiedział jednostajnym tonem Romeo.
— A-ale ty ją pobiłeś, nie możesz…
— Żegnam — uciął i wsiadł do samochodu.
Kolacja z Jeleniem
Listopad 24, 2009 (wtorek)
Siedzieliśmy u mojej znajomej Magdy, która zajmuje się tropieniem ludzi jaszczurów i innych spisków, jednocześnie wychowując siódemkę dzieci i prowadząc dom. Utrzymuję znajomość z nią, ponieważ pośród całej dostępnej prasy (również tej internetowej) oraz literatury jest znamienita większość śmiecia. Od czasu rozmowy z Iluminatem oraz późniejszej pogoni za osobnikiem z ogonem wykazywałem większą czujność, ale przebijanie się przez wszystkich Denikenów z ich teoriami było ponad moje siły. Miałem też inne rzeczy na głowie. Magda odwalała kawał dobrej roboty odsiewając największe bzdury, z których ja odsiewałem dalsze 3/4 i w ten sposób wiedziałem, o co kaman w tym świecie pełnym pazernych koncernów farmaceutycznych i takich tam. Akurat pod klatką spotkałem Jelenia, który paląc swojego ostatniego papierosa kontestował przeciwko temu światu. — Ponieważ nie jest on tak okrutny, jak poprzedni, to i kontestacja łagodniejsza, już nie ścigam możnych tego świata, by wypatroszyć ich przy pomocy jakiejść dalekowschodniej broni. Przeszedłem na bierny opór — opowiedział pomiędzy dwoma zaciągnięciami. Spytałem go, czy jest głodny, a kiedy odparł, że nie miałby nic przeciwko jakiejś przekąsce, zabrałem go ze sobą do Magdy. Po sprawdzeniu go specjalnym urządzeniem zakupionym na Allegro czy przypadkiem Romek nie jest jaszczuroludem (reptylianinem) zgodziła się na jego obecność na obiedzie.
Podano bardzo zdrową, naturalną żywność, kiełki z sojowymi parówkami z zestawem sałatek oraz surówek, który spożyliśmy ze smakiem, następnie goście dyskutowali na przeróżne tematy, choć krążące wokół tych, którym hołdowała gospodyni. Jak mówiłem, jestem nowy w temacie, więc niespecjalnie się udzielałem. Ogólnie nie lubię się udzielać. Bywam bardzo towarzyską osobą, ale moja wizyta tam nie miała dla mnie towarzyskiego charakteru, więc w milczeniu słuchałem ludzi i obserwowałem ich. Byli szczerzy w swoich postawach i w swoich słowach, kiedy omawiali mniejsze lub większe nieścisłości w oficjalnych przekazach. Nie wszyscy byli wielkimi gorliwcami próbującymi łapać jak najwięcej spiskowych srok za ogony. Część koncentrowała się na pojedynczych kwestiach. Aczkolwiek patrząc na całość można było zgodzić się z wrażeniem, jakie zaszczepił mi stary Iluminata spotkany w restauracji — że poprzez wzajemny szacunek dla swoich sprzecznych niejednokrotnie teorii zaśmiecali zbiór wiedzy. Dlatego właśnie zainteresowanie teoriami spiskowymi wymagało takiego odsiewania i dla ludzi z zewnątrz wydawało się paranoicznym bełkotem. To się dopiero nazywa strzelić sobie w stopę!
Wtedy Magda wypaliła z pytaniem, które zmieniło trochę charakter dyskusji i zapoczątkowało nadchodzącą tragedię. Magda spytała: — Czy byliście bici w dzieciństwie? — Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Ludzie niechętnie przyznawali, że “coś tam dostawali w dzieciństwie”. Wtedy jedna z kobiet, która prosiła o anonimowość opowiedziała swoją historię, o matce, która ją biła w atakach wściekłości, a na drugi dzień kupowała prezent na przeprosiny. — Do dziś, gdy słyszę od niej o prezencie, to zdejmuje mnie paraliż.
— Bo źle to robiła — odparł rzeczowo znajomy, którego imienia nie zapamiętałem. — Mój ojciec nigdy nie bił mnie na gorąco, czekał do następnego dnia i dopiero wtedy wymierzał karę. To o wiele lepsze rozwiązanie — powiedział z niezachwianą pewnością siebie.
— Tak sądzisz? Czytałam ostatnio, że to najgorsza forma karania, z racji na swoją systematyczność i chłód można ją porównać do tresury — stwierdziła Magda.
Jej rozmówca stracił pewność siebie. — Fakt, pamiętam, że to był wielki stres, kiedy następnego dnia ojciec mówił “Pozwól do mnie chwilę”, ale właściwie to bardziej klapsy były. Nie, myślę, że nie byłem bity.
— Przed chwilą cię jeszcze bił — odezwał się niespodziewanie Jeleń, nie przerywając jednak jedzenia. Cały czas wydawał się niezainteresowany przebiegiem rozmowy.
Mężczyzna poczuł się chyba atakowany. Gdyby miał sierść, to by mu się zjeżyła. Nie miał i uczestnicy dyskusji tego nie zauważyli. Ja siedziałem sobie zboku, więc wychwyciłem to. To istotny moment jakiejkolwiek wymiany zdań, ponieważ z grubsza wtedy się ona kończy. Zjeżony osobnik okopuje się na swoim stanowisku i zaczyna go bronić i nie ustąpi ani na jotę. W Internecie to umarł w butach, na żywo bywa na ogół lepiej, można przerwać impas, ale też z rzadka dochodzi do rękoczynów, a nawet urazów ciała. Raz na ruski ktoś zginie. Oj tak, polemika to nie jest lekki kawałek chleba. Zapewne mógłbym wyjść z tym podczas kolacji i wyłożyć im, co się właśnie dzieje, ale bóg (którykolwiek) mi świadkiem, że sądziłem, że na pyskówce się skończy.
— Pan ma dzieci? — spytał mężczyzna Jelenia.
— Nie, ale miałem dużo młodszego rodzeństwa i po śmierci ojca pomoc w ich wychowaniu spadła na moją matkę i mnie — odpowiedział Jeleń, kończąc jeść.
Mężczyzna chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Liczył na coś krótszego, w stylu samego “Nie”, lecz się przeliczył. W tej sytaucji zwrócił się ponownie w stronę Magdy: — Nie wierzę, że można wychować dzieci bez klapsów.
— Mnie się udało — odparła Magda.
— I nigdy nie masz ochoty przylać swoim dzieciom?
Magda chciała zaprzeczyć i nawet zaczęła kręcić głową, ale Jeleń, który siedział ze splecionymi nad talerzem dłońmi się włączył. — Ale za co, przepraszam? — spytał.
— Nie zrozumiesz, koleś — rzucił protekcjonalnie mężczyzna. — Sam powiedziałeś, że nie masz dzieci.
— Spróbujmy — zaproponował Jeleń.
— Czasami inaczej się nie da. Wracam zmęczony z pracy i mam się użerać z dzieckiem? — spytał i widzą, że Jeleń chce zabrać głos, uprzedził go i kontynuował: — Ja np. byłem bity i wyrosłem na porządnego człowieka, więc nie sądzę, żeby…
Niestety nie dokończył, ponieważ Jeleń najpierw odwinął mu, wywracając z krzesłem, a potem rzucił się na niego i zaczął okładać pięściami po twarzy. Z tego, co dane było mi potem poznać Jelenia, to mógłby go zatłuc na śmierć, a on mu wtedy nawet nie złamał nosa. Większość ciosów pozorował, wyrządzając tym samym być może nawet większą szkodę, ponieważ zaszczepił w mężczyźnie przeświadczenie, że jest jak ten aktor kopanego kina akcji, którego leją cały film, a on ma tylko wargę rozciętą. Następnym razem postawi się na osiedlu jakiemuś kozakowi i odczuje to boleśnie.
— Jak rozumiem, nie masz nic przeciwko temu, że cię pobiłem — powiedział Jeleń, kiedy skończył go okładać. Nadal jednak siedział na nim okrakiem i patrzył na niego wściekle. — Rozumiesz, że czasem inaczej się nie da. Przyszedłem tu głodny i zmęczony i nie chciało mi się słuchać twojego pierdolenia.
— To nie to samo! — zawołał mężczyzna i od razu zaczął się zasłaniać, lecz Jeleń wstał i ruszył w stronę przedpokoju. Mężczyzna poczuł się bezpieczniej, a co za tym idzie pewniej. — To są moje dzieci i…
— Są twoją własnością?! — krzyknął Jeleń.
— No nie, ale jestem ich ojcem, więc…
— Nie kończ, lepiej nie kończ — przerwał mu Jeleń. — Bo inaczej ja też z tobą skończę. Spadam — oznajmił na koniec, po czym wyszedł.
Kurtkę ubrał już na klatce. Przeprosiłem Magdę i zgromadzonych, i wyszedłem za nim. Znowu palił papierosa pod klatką.
— Bierny opór, co? — spytałem siadając na schodach.
— Masz rację, to było zbędne — stwierdził Jeleń. — Pewnie on to odreaguje na swoich dzieciach. W końcu o nie poszło, a na mnie się nie ma jak odegrać. Wiesz, włócząc się po tym świecie poznałem adeptów zen, którzy pokazali mi jak medytować. Zobaczyłem ten zaklęty krąg cierpienia, który bierze się właśnie stąd: ja pobiłem jego, on wleje dzieciom, dzieci komuś tam w szkole albo jemu po latach i tak się to kręci. Nie chcę tak. A zmienić można tylko siebie. — Spojrzał w górę schodów. — Może wrócę tam i go przeproszę.
— Lepiej nie — powiedziałem. — Przynajmniej nie teraz.
— Racja. To teraz Magda nie zaprosi mnie już na obiad — powiedział trochę rozbawionym tonem.
— Myślę, że każdy, kto sprzeciwia się biciu dzieci, w głębi duszy odczuwa coś takiego czasami, że chętnie by wtłukł jakiemuś upartemu osłu (osłowi? spytałem, lecz Jeleń nie wiedział), ale w końcu się powstrzymuje. Nie wiem, czy to przypadek Magdy, ale może nie potępi Cię z góry na dół.
— A powinna.
Chatka na plaży
Listopad 18, 2009 (środa)
W połowie sierpnia przyjechała do domku na plaży para. Mieli po dwadzieścia kilka lat. Na ogół chatkę — bardziej to określenie pasowało — wynajmowały grupy małolatów, by w spokoju odurzać się mniej lub bardziej legalnymi środkami i/lub zakosztować swych ciał, nieodkrytych jeszcze dla rozpustnych namiętności. Czasami, z rzadka, przybywali tutaj surferzy, w grupach po 2-3 osoby, ale fala w tym miejscu była raczej niska i nie dawała pola do popisu. Potrzeba było wyjątkowych okoliczności pogodowych, żeby taki przyjazd miał sens. Chatka była drewniana i bardzo nieszczelna. Raz na kilka lat na wiosnę jakaś niezidentyfikowana grupa tłukła okna; lub grupy, nie sprawiało to wrażenia bardziej zorganizowanych w czasie działań. Prędzej włamywali się tam zimą bezdomni, którzy woleli to niż spanie pod gołym niebem, ale ci dbali o chatkę, przez co właściciel z nimi nie walczył, zaopatrzał nawet obiekt w kilka narzędzi pomagających w drobnych naprawach. Chatka była w całości wykonana z drewna przy użyciu starych metod, choć bez wielkiego kunsztu, co owocowało szczelinami między deskami. Szczelinami, przez które wiatr świstał czasami całą noc, nie pozwalając spać ludziom w środku, ale mało kto wynajmował chatkę, by w nim spać. W zimie musiało być jeszcze gorzej, ale chatka nie powstała z przeznaczeniem na tę porę roku. Drewno i drochę szkła. Całe wyposażenie stanowiły: materac służący za łóżko, kilka lamp naftowych, choć na zewnątrz był generator prądu, więc jeśli ktoś wziął ze sobą kanister benzyny, to mógł skorzystać z elektrycznego światła i kilku gniazdek. Trochę lepiej urządzony był kącik kuchenny, z małą kuchenką na gaz, czajnikiem, trzema emaliowanymi garnuszkami, paroma sztukami powyginanych (a następnie poprostowanych) sztućców, kilkoma poubijanymi talerzami z jakiejś fabryki z czasów komunizmu.
Para dwudziestokilkulatków przywiozła ze sobą parę sprzętów. Ktoś musiał ich uprzedzić, ponieważ chłopak oprócz plecaka przytaszczył pełen kanister benzyny. Mieli kilka urządzeń na prąd. Komórki — takie czasy — pomimo braku zasięgu jakiejkolwiek sieci miały również inne zastosowania: jak choćby zegar czy budzik, lecz również przenośny odtwarzacz muzyki oraz aparat fotograficzny. Dziewczyna przywiozła ze sobą małą kostkę-głośnik, do którego wpinało się iPoda starego typu, kostka była niewielka, ale potrafiła skutecznie wypełnić chatkę muzyką. Przywieźli ze sobą książki: ona do nauki fotografii, on celował w beletrystykę. Żadne z nich nie miało laptopa, toteż nie spędzali dni na oglądaniu filmów, tylko czytaniu, słuchaniu muzyki, przyrządzaniu improwizowanych posiłków oraz uprawianiu seksu, przeważnie na materacu, choć korzystali również z podłogi oraz plaży. Chatka była świadkiem nie takich rzeczy. Rozmawiali bardzo niewiele, głównie na tematy bieżące. Prawie nie wychodzili na zewnątrz, tylko raz kąpali się w morzu. Snuli się obok siebie jak duchy, aczkolwiek pomiędzy nimi coś wisiało. Coś bardzo niedookreślonego, ledwie wyczuwalnego, jak niewyraźny kontur nocą.
Obydwoje mieli swoje plany, z którymi tutaj przyjechali. Ona chciała go przekonać, że już jej nie kocha, on ją — że kocha i to bardzo. Ich drogi przecięły się już wcześniej, kilka lat wcześniej. Nie wyszło. Uciekł. Ona przeszła depresję. Spotkali się przypadkiem po latach. Postanowił zawalczyć jeszcze raz. — To się nie uda — powiedziała. Postanowił jej pokazać, że to nieprawda. W tym celu wynajęli na miesiąc chatkę nad morzem. Postanowił zagrać vabanque.
Nie rozmawiali dużo, ponieważ poprzednim razem zużyli przysługujące im słowa. Były wyznania miłości i zapewnienia o wspaniałej przyszłości, wielkie, trochę szalone plany na wspólne życie. Opowiedzieli sobie wszystko bardzo drobiazgowo, a potem zostało to zaprzepaszczone. Teraz nie mogli się chwycić tego sposobu. Słowa były złe, nie prowadziły donikąd. Musiał pokazać swoje uczucie oraz swoją determinację w inny sposób. Nie mogąc rozmawiać stał się mistrzem obserwacji. Nauczył się robić kawę w jej sposób i poruszać się tak, żeby nie wpadać na nią, lecz także wpadać, kiedy chciał się o nią otrzeć. Ona nie protestowała. Przyjmowała wszystko, co robił, nie wyrażając przy tym ani zachwytu, ani jego braku. Wydawała się idealnie neutralna. Tak naprawdę była w sobie zamknięta. Chciała, ale się bała. Poprzedni raz był dla niej bolesny i pomimo, iż uczucie przetrwało gdzieś na dnie, to zostawiło mnóstwo blizn w jej sercu. Widziała, że się zmienił i że się stara, i właściwie wierzyła w szczerość jego intencji i uczuć, ale uraz był silniejszy, wciąż powstrzymywał ją przed rzuceniem się w wir tego uczucia.
Polem, na którym się najbardziej otwierała, był seks. Trzeba przyznać, że sporo eksperymentowali, oprócz książek o fotografowaniu oraz odtwarzacza mp3 przywiozła ze sobą kilka gadżetów erotycznych. On śmiał się w duchu, że będzie próbuje odzyskać uczucie poprzez seks. Na ogół mężczyźni odbywają drogę w drugą stronę. Z początku wydawało mu się, że ich relacje na tym polu cechuje jakaś dzikość, że pochłania ich jakiś ogień namiętności, ale po pewnym czasie, który obfitował w coraz bardziej wyszukane praktyki, to złudzenie minęło — zaczął skłaniać się ku stanowisku, że ich seks jest raczej mechaniczny. Wsadzić-wyjąć-wsadzić-wyjąć i tak w kółko. Jak w hardcore’owym filmie pornograficznym, w którym aktorzy nawet nie udają większej rozkoszy, co najwyżej jęcząc w sztuczny sposób. W istocie nie oddawała mu się bardziej w łóżku niż poza nim, kiedy przemieszczała się po chatce w luźnych ubraniach i włosach upiętych w krótki kucyk. Oddawała swoje ciało, ale jej myśli nadal kryły się za pancerzem. To nic, stwierdził chłopak, muszę uzbroić się w cierpliwość.
Dawał więc z siebie coraz więcej, ale nie otrzymywał wiele w zamian. Wciąż to samo zainteresowanie ze strony dziewczyny — a właściwie coś na granicy zainteresowania — powodowało, że podbijał stawkę, dwojąc się i trojąc, próbował zrobić kawę idealną i poruszać się bezszelestnie po chatce, kiedy ona czytała, co nie było proste, ponieważ deski skrzypiały przy każdym kroku, ale wszystkie jego starania rozbijały się o mur, który wybudowała. Starał się nie tracić cierpliwości, ale rosło w nim nowe uczucie. Może nie była to frustracja, jak początkowo sądził, ale bezsilność. Czuł, że cokolwiek zrobi, będzie to na nic. Nie będzie złym posunięciem, lecz nie będzie również dobrym. Znalazł się w sytuacji patowej. Próbował to nadrabiać na seksualnym polu zgadzając na coraz wymyślniejsze pomysły swojej kochanki, ale gdzieś w tym momencie coś w nim pękło. Obudził się pewnego dnia obok niej i stwierdził, że już nic nie czuje. Cokolwiek w nim siedziało i cokolwiek do niej czuł — o ile mu się nie zdawało — odeszło. Czuł się pusty jak wydrążone drzewo. Uznał, że czas się zacząć powoli zbierać, zwłaszcza, że lato było już wspomnieniem, przechodząc w ciepłą, ale jednak jesień. Wiatr się wzmagał i coraz częściej padał deszcz, który przeciekał do środka. Wtedy jednak stało się coś niespodziewanego.
Ona postanowiła się otworzyć. W jednej chwili, można rzec, zamienili się rolami. Teraz to on snuł się po chacie bez słowa unikając jej pełnych nadziei spojrzeń. W końcu zaczął czytać książki, które ze sobą przywiózł. Teraz to ona robiła kawę, próbując dotrzeć do niego z radosną nowiną, że jednak przekonał ją do swojego uczucia, do siebie, że jest gotowa spróbować z nim jeszcze raz. Widział to i czuł się z tym coraz gorzej. Nie mógł po prostu powiedzieć “Dobra, wracamy”, tylko musiał powiedzieć jej prosto w twarz, że po raz kolejny nic z tego nie wyszło. O, ironio, porzuca ją, choć nawet nie byli oficjalnie parą. Wciąż kładła nacisk na ten fakt i choć było to raczej podkreśleniem jej obaw, to było dla niego ciągłym pstryczkiem w nos. Czuł się trochę winny, winny tego, że teraz przestał odczuwać to coś, co kazało mu tu przyjechać, kazało starać się i nie porzucać początkowej determinacji. Nie potrafiło mu przejść przez gardło, że wyczerpał się jak paluszek. Jego bierność motywowała dziewczynę do większych starań. Sytuacja zaczynała się robić groteskowa. W końcu udało mu się powiedzieć, że brak jakiejkolwiek reakcji z jej strony zmęczył go i że być może potrzebuje trochę czasu. — Ile potrzebujesz dni? — spytała przeświadczona, że to chwilowe. Chciał w to wierzyć, ale nie było tej wiary wiele. Właściwie to chciał dobić uczucie, które w końcu w niej obudził. Obliczył, ile według niego może wytrzymać. — Pół roku — odpowiedział, na co ona wydała bliżej nieartykułowany krzyk i wyszła trzaskając drzwiami. Nie miał siły zatrzymać jej. Jak siedział na podłodze po turecku, tak został. Nie miał nawet siły krzyknąć. Sytuacja od wielu dni była dla niego tak nieznośna, że teraz odczuwał ulgę. Ulgę i drobne ukłucia poczucia winy, że nie martwi się o nią. Raczej nic jej się nie powinno było stać, chociaż nie mógł wykluczyć, że utonie podczas pływania albo że pójdzie do lasu i wpadnie do jakiejś dziury. Nie bał się, że ktoś ją napadnie. Nie o tej porze roku. Właściciel uprzedził go, że koło października mogą się pojawić bezdomni, ale na razie była cisza i spokój.
Po kilku godzinach siedzenia drętwo i słuchania smętnej muzyki, która była nastawiona jeszcze przed kłótnią, wstał i zaczął się pakować. W jego ruchach nie było nic gwałtownego — była ta sama mechanika, z jaką obcował przez ostatnie tygodnie z dziewczyną. Wszystko szło gładko, aż nie dotarł do otwartego opakowania imbiru. Dziewczyna przywiozła je ze sobą wraz z gadżetami i nawet otworzyła, ale potem o tym zapomnieli. Spojrzał na torebkę i opadł z sił. Był to symbol tego wszystkiego, czego nie zrobili. Nie zrobili i nie zrobią. W jakiś sposób sparaliżowało go to. Nie potrafił jej spakować ani wyrzucić. Nie potrafił przejść z nią do porządku dziennego. Obrócił głowę i rzucił na paczuszkę z przyprawą koszulę. Sprzątnie to na końcu.
Pojawiła się rano, kiedy był gotowy do wyjścia. Nie sądził, że ją zobaczy. Nie traktował tego jak ucieczki. Po prostu coś się skończyło. Stanęła w drzwiach i powiedziała: — Zobaczymy się za dwa tygodnie albo więcej się już nie zobaczymy. — W pierwszej chwili nie wiedział, czy to jest pytanie, czy tylko oświadczenie, ale jej oczekujące z nadzieją spojrzenie skłoniło go do odpowiedzi. — To koniec — powiedział.
Spakowała się szybko. Jej mina już nic nie wyrażała. Dokonała ostatecznego wycofania się. Właściwie czuł się tam zbędny, ale skoro już nie udało mu się odejść przed jej powrotem, to razem zamknęli domek i ruszyli w kierunku lasu i wątłej dróżki prowadzącej do najbliższych przejawów cywilizacji. Od jego odpowiedzi na jej propozycję nie wymienili ani słowa. Na szczęście potrafili funkcjonować bez nich. Godzinę później wsiedli w dwa różne autobusy.
Więcej się nie spotkali.
