Mieszkanie na ostatnim piętrze

Lipiec 10, 2011 (niedziela)

Martyna siedziała na stopniach klatki schodowej starej kamienicy. W rękach miała starą gitarę akustyczną, którą znalazła w piwnicy — należała jeszcze do jej nieżyjącego ojca — i zastanawiała się, jak się takie coś stroi. Miała, co prawda, kamerton, ale poza tym, że śmiesznie świdrował w uszach przy uderzeniu, nie potrafiła się nim posłużyć bardziej praktycznie. Nagle zorientowała się, że ktoś przed nią stoi. Podniosła głowę i ujrzała mężczyznę w dżinsach i czarnym podkoszulku; uwagę przykuwał postawiony na głowie irokez. Wyglądał trochę jakby mu nie przeszedł okresu buntu.

— To czysta fizyka — oznajmił, siadając obok niej. — Pokażę ci. — Przejął od Martyny gitarę oraz kamerton, a ona ku swojemu największemu zdziwieniu nie protestowała. Uderzył kamertonem o drewniany stopień na metalowej konstrukcji schodów. — Teraz trzeba naciągnąć tę strunę tak, żeby rezonowała podczas gdy kamerton wibruje. Następnie… — mężczyzna kontynuował tłumaczenie, ale nie słuchała go, ponieważ nie rozumiała niczego z tego, co opowiadał i pokazywał. Kiwała tylko głową ze zrozumieniem uśmiechając się przy tym. Kiedy skończył, powiedział: — Nic z tego nie rozumiałaś, prawda? Nie szkodzi, gitara działa. Umiesz w ogóle grać?

— Nie, to gitara, która należała do mojego ojca — odpowiedziała, sama dziwiąc się swojej otwartości.

— Pamiątka rodzinna — odparł ze zrozumieniem mężczyzna. — Nie wypada zatem zagrać na niej zaraz po nastrojeniu niczego radosnego.

Uderzył w struny, wydobywając z nich przejmujący dźwięk. Nagle gdzieś z góry dało się słyszeć jakiś jęk. Mężczyzna spojrzał zaciekawiony, podczas gdy Martynę przeszedł dreszcz po plecach. Mężczyzna nasłuchiwał chwilę w skupieniu, ale odgłos się nie powtórzył. Złapał znowu kilka strun i uderzył w nie, wydobywając z instrumentu dźwięk dosięgający Martynę gdzieś w środku, aż miała ochotę zapłakać. Przed oczami stanął jej ojciec. I prawie zapłakała, ale w odpowiedzi na akord znowu usłyszeli rozpaczliwy jęk z góry. Mężczyzna wstał i ruszył po stopniach do góry. Najpierw powoli, potem jednak jął przyspieszać. Martyna w pierwszej chwili patrzyła na to przerażona, po czym poderwała się i pobiegła za mężczyzną, który wciąż trzymał w ręce jej gitarę.

Dogoniła go na ostatnim piętrze. Na końcu wąskiego korytarzyka znajdowała się pracownia plastyczna, której od dawna nikt nie wynajmował. Miała zamiar zażądać zwrotu gitary, ale coś ją przystopowało. Stała tylko w milczeniu i również patrzyła na drzwi na końcu korytarza. Mężczyzna zagrał kolejny rzewny dźwięk, a zza drzwi dobiegł kobiecy jęk. Martyna z przerażenia złapała się ramienia mężczyzny. Jej nozdrza podrażnił ostry zapach jego wody kolońskiej. Mężczyzna chciał zrobić krok do przodu, ale wtedy złapała go mocniej.

— Musimy jej pomóc — powiedział bardzo poważnie.

— Zadzwońmy po policję — powiedziała błagalnie Martyna.

— Oni nie zajmują się takimi sprawami, niestety.

Wyrwał się jej i podszedł do drzwi, a następnie zdecydowanym ruchem nacisnął klamkę. Drzwi stanęły otworem i Maryna ujrzała puste pomieszczenie z oknem, w którym szyby były zaklejone pożółkłą już folią. Mężczyzna wszedł do mieszkania, Martyna wbiegła tam za nim. Po prawej znajdowało się drugie pomieszczenie, w którym albo nie było okna, albo było czymś zasłonięte.

Wtedy trzasnęły drzwi za nimi.

Wodnik obrócił się za siebie tylko po to, by stwierdzić, że drzwi faktycznie się zamknęły. Zdziwiło go to, ponieważ nie czuł żadnego przeciągu. Wtedy zauważył coś, co go trochę przeraziło — był w innym pokoju, nie tym, do którego wchodził. Tamte drzwi były gładkie, te tutaj jak z początków XX wieku albo i starsze.

Nagle dziewczyna od gitary zaczęła krzyczeć w panice. Wodnik obrócił się z powrotem do pokoju i zrozumiał, co ją tak przeraziło. Na środku pomieszczenia, na starym i brudnym materacu leżała młoda kobieta o bladej skórze. Była naga i leżała na plecach. Kostki miała przywiązane do ud, a ręce związane ze sobą w ten sposób, że każda z dłoni była przy łokciu drugiej ręki. Nie mogła wstać, ponieważ miała wbite w ramiona metalowe haczyki, do których były podpięte łańcuszki przymocowane do materaca. Tak samo była uczepiona za uda. Usta miała zakneblowane czarną szmatą. Oczy były niezasłonięte i to było największe zaskoczenie, jakie spotkało Wodnika — kobieta była przytomna. Zauważywszy to, dostrzegł, że jej pierś powoli się unosi i opada podczas oddychania. Z oczu płynęły jej kiedyś łzy, zostawiając czarne ślady za sprawą spływającego makijażu; ślady były już dawno zaschnięte. Jej włosy były spięte w kucyka, za którego była dodatkowo przywiązana do materaca, tak że nie mogła ruszyć głową w żadną stronę.

— Matko boska… — powiedziała z przerażeniem dziewczyna od gitary.

Wodnik odstawił instrument pod ścianę, kucnął przy materacu i zaczął się przyglądać konstrukcji.

— Musimy ją uwolnić! — zawołała dziewczyna, szarpiąc go za podkoszulek. Teraz zauważył, że spod sztruksowych dzwonów wystają jej glany. Dawno nie miał na sobie glanów.

— Trzeba to zrobić delikatnie — powiedział Wodnik. — Muszę najpierw wykluczyć, że nie ma żadnej pułapki. Spójrz, na przykład, na to jak została zakneblowana. Użyto szmaty, co jest dodatkowym okrucieństwem, ponieważ materiał wchłaniała szybko całą wyprodukowaną ślinę, powodując narastające uczucie suchości w ustach oraz pragnienie. Tortura w torturze.

— Dobra, nie gadaj już, tylko oglądaj to — odpowiedziała dziewczyna i poszła do kąta.

Wodnik nie stwierdził, na szczęście, żadnych pułapek. Położył delikatnie rękę na ramieniu kobiety i ta podskoczyła, jakby go nie widziała wcześniej.

— Spróbuję cię uwolnić. Masz w ogóle świadomość tego, co się dzieje? — spytał, ale nie uzyskał żadnej odpowiedzi.

Nagle usłyszał odgłos fujarki. Podniósł głowę i zauważył, że zmian jest więcej niż tylko inne drzwi — w pomieszczeniu nie było żadnego okna, lecz gładka, choć nadająca się już do malowania ściana. Co ciekawe, nie było również żadnej lampy, a pomimo tego w pokoju było jasno. To tylko utwierdziło Wodnika w przekonaniu, że trafili do jakiegoś przeklętego miejsca.

Po prawej stronie znajdowały się teraz podwójne drzwi, zza których słychać było fujarkę. Ktoś tam grał melodię, którą Wodnik intonował na korytarzu przy użyciu gitary dziewczyny, która kuliła się teraz w kącie wciskając głowę w gruby sweter. Wodnik wstał i ruszył w kierunku drzwi, kiedy dziewczyna zerwała się i zawołała:

— Nie! Nie otwieraj już żadnych drzwi. Weźmy tę kobietę i wyjdźmy.

Chciał jej wyjaśnić, dlaczego to raczej niemożliwe, według niego, ale nie czekając na nic wzięła gitarę i chciała wyjść. Otworzyła drzwi i wypadłaby w mroczną otchłań, gdyby Wodnik nie doskoczył do niej i nie wciągnął jej z powrotem. Gitara brzdąknęła podczas gdy dziewczyna upadła.

— Co to ma być?! — zawołała.

— Trafiliśmy do piątego wymiaru — wyjaśnił Wodnik. — Lub czegoś w tym stylu. Jedno mogę powiedzieć na pewno: tymi drzwiami się stąd nie wydostaniemy.

Zanim jednak je zamknął zaczął wpatrywać się w mrok za drzwiami. Był tak nieprzenikniony, że wyglądał jak lita ściana. Z ciekawości Wodnik wystawił rękę na zewnątrz. Na twarzy poczuł jakby lekki przeciąg, który wyssałby go na zewnątrz, gdyby był lżejszy, choć to akurat mogło być tylko złudzenie. Ręka sięgnęła w bezkresny mrok. Słyszał różne opowieści, między innymi o uczuciu zanurzania się ręki w zimnej cieczy, ale nic podobnego.

Zamknął drzwi, bojąc się, że wpatrując się zbyt długo w otchłań, da się jej zahipnotyzować i źle się to dla niego skończy. Spojrzał jeszcze raz na kobietę na materacu, ale dokładnie w tej samej chwili zza podwójnych drzwi popłynęła grana na fujarce melodyjka. Otworzył drzwi i jego oczom ukazał się widok bardzo osobliwy.

Pomieszczenie za drzwiami było identycznych rozmiarów, choć nie było tam tak jasno. Na środku podłogi rosło drzewo, które korzeniami wszczepiało się zarówno w podłogę, jak i sufit, co upodabniało je trochę do stalaktytu zrastającego się ze stalagmitem. Z korzenia pod sufitem zwisał za nogę blady mężczyzna, który w momencie otwarcia drzwi schował ręce za siebie. Druga noga była wolna, mężczyzna trzymał ją zgiętą za nogą, za którą wisiał. Miał na sobie tylko przepaskę biodrową, która wyglądała jak zrobiona z uschniętych, czarnych liści. Na oczach miał przepaskę.

Wodnik popatrzył na niego, następnie spojrzał na kobietę i pozycję, w której leżała, po czym powiedział do siebie: — Wisielec, no tak.

Dziewczyna od gitary ostrożnie wychyliła się zza drzwi i spojrzała z odrazą na wiszącego mężczyznę.

— Jego też musimy uratować? — spytała. — Wygląda trochę lepiej niż ta facetka w naszym pokoju — zauważyła.

— On jest przyczyną — wyjaśnił Wodnik. Rozejrzał się za jakimś kijem, ale pod ręką nie było absolutnie nic. Kopnął wiszącego chłopaka w żebra. — Halo! Pobudka. — Dziewczyna od gitary schowała się za Wodnika.

Młody mężczyzna zsunął opaskę z oczu. Miał świdrujące spojrzenie. Wodnik czuł się, jakby prześwietlał go na wylot. — Dla was też coś przygotuję — powiedział uśmiechając się chytrze.

Wodnik odwrócił się i wrócił do kobiety na materacu, a następnie zaczął ją uwalniać — najpierw z haczyków; kiedy złapał za napięte i mocno związane sznury, mężczyzna w drugim pomieszczeniu zachichotał.

— Ha ha! — zawołał wiszący mężczyzna. — Niech zgadnę, pewnie nie masz przy sobie noża, co? Dobrze wiesz, jak tu trafiła i że jej nie pomożesz.

Wodnik spojrzał na niego gniewnie. Jego wzrok powędrował w stronę gitary. — Daj mi ją — powiedział do dziewczyny, ale ta przycisnęła instrument do siebie. — Bez tego utkniemy tu na zawsze.

— Nie słuchaj go — powiedział nagle wisielec. — Jedno wasze słowo i puszczam was wolno, ale ona zostaje — to mówiąc wskazał na leżącą na materacu kobietę.

Martyna spojrzała na mężczyznę, który nastroił jej gitarę a potem przywiódł ją tu, ten jednak stał niewzruszony. Jego postawa powstrzymała ją przed zawołaniem, że chce stąd wydostać jak najszybciej. Podszedł do niej i wydarł jej gitarę z rąk. Stanął naprzeciw otwartych drzwi do drugiego pokoju i zaczął grać coś dłuższego niż pojedyncze dźwięki, jak wcześniej. Wisielec zaczął krzyczeć jak w obłędzie i zatkał uszy.

— Stop! Stop! — zawołał w końcu. Mężczyzna przestał grać. — Wygrałeś, bierz ją sobie, chociaż ty chyba nie bardzo wiesz, co robisz, prawda?

— Ratuję ją — odpowiedział niewzruszony mężczyzna.

— Jak myślisz, jak tu się znalazła? Porwałem ją? Nie bądź dziecinny.

— Więc dlaczego zgadzasz się ją teraz wypuścić?

— Bo cię to zaboli.

Wisielec naciągnął opaskę z powrotem na oczy, a następnie pstryknął palcami.

Znowu byli w mieszkaniu u Martyny w kamienicy. Złapała gitarę i wybiegła na korytarz. Wtedy zauważyła, że w miejscu materaca leżą kości układające się w szkielet w pozycji, w jakiej leżała kobieta „po tamtej stronie”. Martyna podeszła do drzwi, ale nie wchodziła już do środka. Mężczyzna kucnął przy kościach i obserwował je chwilę w milczeniu, po czym wyszedł zamykając za sobą drzwi.

— Co to w ogóle było? — spytała Martyna. — Co tam się stało? Dlaczego tam teraz leży kościotrup?

— Wisielec — odpowiedział mężczyzna.

— Widziałam.

— Dwunasta karta w Arkanach Wielkich.

— „Arkanach Wielkich”? To jakiś okultyzm?

— Tarot. Dla niektórych to pewnie okultyzm. Wisielec może oznaczać, między innymi, osobę, która jest bierna; nie podejmuje działań, tylko czeka na przebieg wydarzeń. — Mężczyzna usiadł na podłodze. Wyglądał na wyczerpanego. — Widzisz, człowiek zwisający z drzewa był kimś w rodzaju demona, chyba. Na pewno mrocznym jestestwem. Ma wiele wcieleń, ale wisielec nie jest jednym z nich. Przyjął taką postać, żeby coś przekazać. Dlatego powiedział, że jej nie uratuję. W swej bierności nie oczekiwała pomocy, żadnego wyzwolenia. Nie prosiła o to. Musiała tkwić tam długo, na tyle długo, że w tym świecie dawno by umarła. Dlatego znaleźliśmy tylko kupkę kości.

— On się jakoś nazywa, ten wisielec? — spytała Martyna.

— Tak, ale lepiej żebyś nie znała jego imienia. Idź do domu, a ja powiadomię odpowiednie władze, że mają tu kościotrupa niewiadomego pochodzenia. Jakby co, to udawaj, że nie masz o niczym pojęcia. I tak już nie można jej pomóc. Skurczybyk miał rację. A ja popełniłem grzech pychy.

Niszczyciel

Kwiecień 10, 2011 (niedziela)

Krajobraz przytłaczał. Ze wzgórza roztaczał się widok na zrujnowane centrum handlowe, takie z piętrowym parkingiem i ogromnymi powierzchniami niegdyś zapełnionymi mnóstwem butików z najmodniejszymi ubraniami. Teraz powoli, acz nieuniknienie niszczało, głównie pod naporem bezlitosnego czasu. Kucnąłem. „To tam”, powiedział John Gareth, który przeprowadził tu wcześniej rekonesans. On i Cyryl również kucnęli. Było bardzo małe prawdopodobieństwo, że ktoś nas zaatakuje, ale dobre nawyki to dobre nawyki; na pewno nie rzucaliśmy się w oczy i to nie mogło nam zaszkodzić.

Kiedy człowiek słyszy o zniszczonym świecie, wyobraża sobie jakieś wojenne zniszczenia. Tutaj było jednak inaczej. Nie było żadnych śladów walki, zupełnie jakby ludzie wyszli z domu — w trakcie różnych czynności — i poszli nie wiadomo gdzie. Reszty dokonał czas. Musiało to być dawno temu, ponieważ zniszczenia były znaczne. Wszedłem po drodze tylko do jednego domu. Meble się nawet trzymały, ale kiedy wziąłem do ręki książkę, rozsypała mi się w rękach. „Ekologiczny papier”, powiedział na widok tego John. Ale to w kuchni zjeżyły mi się włosy na rękach. Na piecu stał garnek z przypalonym i dawno już zapleśniałym posiłkiem. Pozostawiona w jedzeniu metalowa łyżka nadal stała na sztorc, choć była doszczętnie przerdzewiała. Wyszliśmy stamtąd szybko. Nie z powodu tego, co tam zobaczyliśmy, lecz z obawy, że dach może runąć nam na głowy. Więcej zabudowań, nielicznych po drodze, odwiedzać sensu nie było. Porzucone po drodze auto tylko wpisywało się niezrozumiałe dla mnie zjawisko, które dokonało tego ogromnego spustoszenia.

„Po stu latach z samochodu nic nie zostaje”, powiedział John, kiedy minęliśmy samochód. Spojrzałem na niego, ale nic nie odpowiedziałem. Nie przejął się tym i podbiegł do Cyryla. Jedno muszę przyznać — był z nas najlepiej ubrany. Miał na sobie czarny kombinezon, jak komandosi, a na stopach wojskowe buty. Obdarzał wszystko pełnym entuzjazmu spojrzeniem, jak dziecko, a z drugiej strony sypał wciąż ciekawostkami na temat wszystkiego, na czym spoczął mój wzrok. Cyryl zupełnie go ignorował. Szedł przed siebie w tym swoim marynarskim, chyba, płaszczu ze złotymi guzikami. Wysokie do połowy uda buty i włosy spięte w kucyk tylko bardziej upodabniały go do postaci rodem z powieści Josepha Conrada.

Nagle Cyryl zawołał, żebyśmy padli, co sam również uczynił. Podczołgałem się do moich towarzyszy i spojrzałem w dół. Po płaskim kawałku terenu poniżej szedł jakiś człowiek. Miał na głowie coś, co wyglądało jak zrobione z metalu, ale ciężko było mi określić kształt. Sądząc z proporcji jego ciała był wysoki, mógł mieć nawet 2 metry. Od pasa w górę był nagi, a poniżej był owinięty jakimś skórzanym fartuchem lub utłuszczoną szmatą, z tej odległości i przy tym oświetleniu nie potrafiłem powiedzieć. Na plecach miał blizny, jakby był chłostany dawno temu. Potem dorósł a blizny zmieniły się wraz z nim. Szedł ciężkim krokiem, lekko pochylony do przodu, być może konstrukcja na głowie mu ciążyła. Był bardzo masywny, co wydawało mi się o tyle dziwne, że nie wyobrażałem sobie, co mógłby jeść. I wolałem nie drążyć tego tematu. Osobnik ciągnął w dłoni coś, co wyglądało jak miecz, choć nie była to robota artystyczna. Ot, wykuty spory odpowiednio kawałek metalu.

Wtedy dostrzegłem, że w drugiej dłoni trzyma jakiś worek, który ciągnie za sobą. John podał Cyrylowi lornetkę. Ten oglądał chwilę upiornego osobnika w oddali, po czym powiedział, że poczekamy aż odejdzie dalej i wtedy za nim podążymy. Położyłem się i spojrzałem na szaronijakie niebo. Gęste chmury przepuszczały tylko trochę światła. Albo była noc. Ciężko było to powiedzieć. Byliśmy w tym świecie za krótko, a słońce nie przebijało przez zasłonę z chmur w żadnym miejscu.

Po chwili Cyryl dał hasło do dalszej drogi. Skradając się bez przesadnej ostrożności dotarliśmy jakimiś ubitymi wydmami do centrum handlowego, które wcześniej obserwowaliśmy. Masywny osobnik powłócząc nogami, ciężkimi krokami wszedł do środka. Schowaliśmy się z kontenerem na śmieci. John wyjaśnił, że dalej ostatnio nie wchodził i że jeżeli nie będziemy kontynuować, to gotowiśmy go zgubić, ponieważ obiekt był bardzo rozległy. Cyryl postanowił, że skrócimy dystans. Dodał również: „Gdyby zorientował się, że podążamy za nim, rozdzielamy się i każdy radzi sobie sam w miarę możliwości”.

Wbiegliśmy do obiektu i od razu pochowaliśmy się za kolumnami. Po chwili ruszyliśmy dalej. Cyryl dostał się na galeryjkę powyżej i stamtąd podążał za obiektem naszego zainteresowania. Johna nie mogłem dostrzec. Kolos w metalowym hełmie zdawał się nas jednak nie zauważać, posuwał się dalej swoim miarowym tempem. Zaczynałem podejrzewać, że przez konstrukcję na jego głowie nie słyszy nic; a i widzi niewiele. Jego tempo było bardzo wolne, co budziło we mnie irytację, ponieważ powodowało duże przestoje. Jakieś dwie godziny zajęło nam dotarcie na drugi koniec obiektu, gdzie znajdował się park rozrywki — bilard, automat i kręgle.

Po drodze przyglądałem się ciągniętemu przez niego workowi. Był na tyle duży, by pomieścić ludzkie ciało, choć musiałoby być chyba połamane. Nie wiem, dlaczego do głowy przyszło mi to ciało. Coś, co wydawało mi się mieczem istotnie wydawało się być wzorowane na tej broni, choć wykonane było dość nieporadnie. Nadal jednak było zabójczym narzędziem. Nie sądzę, że blaszanogłowy ciągnąłby to coś ze sobą, gdyby nie był w stanie tego skutecznie używać. Takie założenie było bezpieczniejsze. Fartuch wokół niego był chyba ze skóry, na pewno nie była to szmata, jak wcześniej rozważałem.

Na terenie centrum rozrywki skręcił w stronę kręgielni. Majestatycznie przeszedł po torze dla kuli i schyliwszy się wczołgał się do środka. Cyryl stanął obok mnie i powiedział, że jak John się pojawi, to zdecydujemy, co dalej. Wtedy zadeklarowałem się, że pójdę, a on żeby poczekał. Protestował argumentując, że mogę sobie nie poradzić, że on sam nie wie, jakimi mocami dysponuje dwumetrowy olbrzym, ale nie słuchałem go. Wbiegłem na tor i upadłem, ponieważ był śliski. Jak tamtenu się udało przejść bez upadku, nie wiem. Podniosłem się i w kucki doszedłem do końca. Nasłuchiwałem chwilę aż usłyszałem jakiś odgłos w oddali. Wczołgałem się i zobaczyłem, że wspina się po metalowych, zardzewiałych schodach do części nad kręgielnią. Ruszyłem za blaszanogłowym.

Wchodząc po metalowych schodkach starałem się być cicho. Nie było to łatwe i parę razy konstrukcja zazgrzytała, ale uspokajała mnie myśl, że gospodarz i tak tego nie usłyszy. U góry był zakurzony korytarz, gdzie dało się zobaczyć ślady przebytej przez niego drogi. Prościutko do końca. Doszedłem szybko do drzwi i delikatnie ująłem gałkę. Była utłuszczona lub wysmarowana czymś podobnym. Nie uniemożliwiało to, na szczęście, cichego otwarcia drzwi. Uchyliłem je i ujrzałem słabe światło dochodzące gdzieś z wewnątrz. Stawiając cicho kroki wszedłem do środka. Zza regału z książkami ujrzałem go siedzącego przy biurku w głębi. Worek leżał obok, nic się w nim nie ruszało. Po lewej stronie oparty o ścianę stał amatorsko wykonany miecz. Dopiero w drugiej chwili dostrzegłem, że nie ma na głowie hełmu. Był łysy i chyba miał trochę zdeformowaną czaszkę. Z jego uszu sterczały dwa grube kawałki drutu. Aż ciarki mnie przeszły po całym ciele. Zawiązany w pasie fartuch na pewno był ze skóry, mogłem to już stwierdzić. Wyglądało na to, że mężczyzna coś pisze.

Wtedy naszło mnie pytanie: co dalej? Wlazłem do pieczary lwa bez dalszego pomysłu. Postanowiłem się wycofać i zdać chłopakom raport. Obracając się do wyjścia strąciłem książkę. A dwumetrowy kolos nie miał swojego hełmu, więc mógł słyszeć. Usłyszałem nieartykułowany krzyk, jaki dobył się z tej zakazanej krtani, ale nie czekałem na dalszy ciąg. Wybiegłem z pomieszczenia i rzuciłem się pędem przed siebie. Zeskakiwałem po stopniach, kiedy ujrzałem kątem oka sylwetkę Blaszanogłowego w drzwiach jego pokoju. Na chwilę się zatrzymałem i to był błąd. Mężczyzna okazał się bardzo szybki i w kilku susach pokonał odległość dzielącą nas. Przestałem kontemplować sytuację i zbiegłem po schodach, a następnie dobiegłem wąskim korytarzykiem za torami kręglarskimi do miejsca, którym się tu dostałem, kiedy obraz mi dziwnie zafalował przed oczami. Zatrzymałem się zdezorientowany i spojrzałem za siebie. Blaszanogłowy stał w przejściu i nie podchodził.

Nagel zaczęło się dzaić coś dziwnego. Ucuzie deoriezntacji minęło, ale keidy wygarmoliłem sęi z tnuelu i załowałem Curyla, ten wydawał się bazdro zdziwiniony. Paimętając o silskiej nawieszchni perzeszedełem tor w kuski. Zrekąnłem za seibei, ela Baszalnogowły się nie zbilżał. Dotrałszy do Ciryla, zatszłąem owopiadać, co się satło u gróy, ale ten nic nei odwopiedizał, tyklo pyrzglądłał seię jak kelarz, kajmyb łyb rochy. Sytpałem go, oc sei dizeje. Rzoglądąłnem się i dsoterzegełem pweną obosliwość — utariciłem żomwilość ytaczania tsetkswó, kórte łyby pywisane w nórżych meiscjach. Wyzskite pinasy wglyład kja homobazy. Wetdy Lycry niósuł sąw pawęric, tórka złopałęna bełtnikmy pełoniemem. Czązameł tyćap go, oc mokbijune, lea net wkaszał, mby limczał. Płyżołył kęrę do jemoj łogwy i ganle starłićem mytrzopność.

Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Podniosłem się i stwierdziłem, że leżę na stole bilardowym. Cyryl i John siedzieli przy stoliku nieopodal i omawiali coś. Na stoliku leżała lampa, którą „włączało się” poprzez złamanie jej, co powodowało zmieszanie się dwóch substancji i reakcję w postaci światła. Zszedłem ze stołu i podszedłem do nich. Cyryl spytał, jak się czuję, po czym zaczął wypytywać, co się stało. Opisałem mu, co widziałem u góry w pokoju Blaszanogłowego, ucieczkę i dziwne uczucie dezorientacji. Cyryl nic nie odpowiedział poza krótkim „Hmm”. John powiedział, że ma plan, tylko że będzie potrzebował użyć mnie jako przynęty. Zgodziłem się.

Stanąłem na początku toru, którym dostawało się do kryjówki Blaszanogłowego. W ukryciu czekali Cyryl oraz John. Cyryl wytwarzał jakieś pole, które chroniło mnie przed kolejną falą uderzeniową. John z kolei miał jakąś broń, z której miał postrzelić naszą zwierzynę łowną. Zawołałe kilka razy. Będąc w pomieszczeniu u góry widziałem — na co nie zwróciłem wtedy uwagi, choć mogłem potem odtworzyć w pamięci — małe okienko, przez które Blaszanogłowy mógł obserwować, co się dzieje na dole. Ujrzałem, że małe światełko u góry zgasło na chwilę, po czym ponownie się zapaliło. Po dłuższej chwili z niskiego przejścia na końcu toru wyłoniła się okuta w blaszaną konstrukcję głowa. Wyszedł na czworakach i wstał. Jakiż on był wielki! Nawet z tej odległości. Ruszył przed siebie ostrożnie. Przyjrzałem się temu czemuś, co zasłaniało jego głowę — bezładnej konstrukcji z kawałków blach, połączonych nitami; nie mogła chronić przed niczym, ponieważ ani materiał, ani wykonanie nie zapewniały niczego solidnego. Uniósł miecz do góry i stanął w rozkroku przyjmując pozycję bojową. Patrzył na mnie chwilę i coraz ciężej dyszał. Aż nagle podniósł miecz i zamachując się nim pionowo wytworzył falę uderzeniową. Odruchowo się zasłoniłem, ale nic by to nie dało — tam, gdzie nie sięgała ochrona zapewniona przez Cyryla, była nawet zryta podłoga. Blaszanogłowy spojrzał na mnie i przekręcił głowę jak pies słyszący nowy odgłos.

W tym momencie w jego ramię wbiła się jakaś igła. Blaszanogłowy spojrzał na nią i potrząsnął swoim masywnym cielskiem. Był jednocześnie umięśniony i tłusty, do tego w wielu miejscach widać było ciemnoniebieskie żyły znaczące jego ciało niczym mapę. Igła wypadła. Tego nie przewidzieliśmy! Miał na tyle grubą skórę, że strzałka Johna nie wbiła się na tyle głęboko, by dostarczyć truciznę. Byłem tu chroniony i miałem nadzieję, że pole zatrzyma również ciężki pseudomiecz. Wtedy z lewej strony nadbiegł John. Spojrzałem na chwilę w kierunku, z którego się pojawił, ale nie potrafiłem dostrzec jego kryjówki. Stanął na godzinie wpół do piątej Blaszanogłowego, zmuszając go tym samym do obrócenia się. Wtedy zobaczyłem, jaką bronią się posługiwał — była to mała bambusowa rurka! Wycelował gdzieś z przodu, próbował najwidoczniej znaleźć cieńszy kawałek skóry. Strzałka wbiła się w krtań, ale tak samo odpadła. Blaszanogłowy zrobił zamach i poczęstował Johna taką samą falą uderzeniową, jak mnie, na szczęście John zrobił unik.

Teraz Blaszanogłowy stał tyłem do mnie, co podsunęło mi pewien pomysł. Odpiąłem scyzoryk od paska i otworzyłem otwieracz do puszek. Zacząłem biec w jego kierunku — rezygnując tym samym z tarczy ochronnej zapewnianej przez Cyryla — odbiłem się i wbiegłem na Blaszanogłowego. Był śliski, jakby wysmarowany jakimś tłuszczem, więc w ostatniej chwili złapałem się hełmu, kalecząc się w dłoń, ale najważniejsze, że nie spadłem. Zahaczyłem o blachę i pociągnąłem mocno. Wygięła się i puściły dwa nity. Blaszanogłowy chyba zorientował się, co się dzieje, ponieważ zaczął się szarpać. Majdnąłem w jedną stronę, o mało nie spadając. W trakcie zahaczyłem jednak o kolejną blachę i wykorzystałem nadany mi pęd. Konstrukcja puściła i poleciałem z nią do tyłu.

Blaszanogłowy rozejrzał się przerażony. Był łysy, na całej głowie nie miał ani jednego włosa. Wyglądał trochę jak dziecko, był uśliniony i miał bardzo jasne, prawie białe tęczówki. Zawył jak u góry. Było w tym coś przerażającego, jakby ktoś zażynał zwierzę. A dobywało się z ludzkich ust. Nie wiem, czy była to kwestia hełmu, czy wcześniej po prostu nie było nam dane to widzieć, ale ten rosły mężczyzna wydawał się po prostu zdezorientowany. Cyryl zawołał do Johna, by ten spróbował trafić w głowę. John ujął rurkę i wystrzelił z niej małą strzałką, która dosięgła policzka. Mężczyzna zawył przerażony, rzucił miecz i zaczął uciekać. Masa, która jeszcze chwilę temu budziła we mnie autentyczną grozę, teraz wygląda nieomalże komicznie. Zupełnie zniknęła groźna postawa. Mężczyzna przebiegł w poprzek kilka torów kręglarskich, po czym zasłabł i padł z hukiem.

Podeszliśmy do niego i Cyryl przyłożył palce do szyi. Stwierdził tętno. Chciał, żebyśmy obrócili go na plecy, ale ciało było zbyt ciężkie. „Dobra, weźmiemy go później”, stwierdził w końcu Cyryl. Ruszyliśmy obejrzeć jego pokój.

W swojej kryjówce miał głównie książki. Regały, szafki, piętrzące się stosy książek. Cyryl zabronił ruszać czegokolwiek, następnie stanął na środku pomieszczenia i obrócił się dookoła, obserwując je dokładnie w każdym położeniu. Dołączyłem do niego, kiedy zaczął oglądać rzeczy na biurku. Kolejne książki. Jedna była otwarta, mniej więcej w połowie. Kolejne litery były zarysowywane tak, żeby nie dało się ich odczytać. Obok był spodek z tuszem wylanym ze złamanego wkładu do długopisu. Obok spodka leżało wykonane z kawałka blachy pióro, które mężczyzna maczał w tuszu i używał do zakreślania kolejnych literek. Przekartkowałem książkę leżącą na biurku. Do strony, na której było otwarte, litery były zamazane. Cyryl zaczął oglądać na chybił-trafił kolejne książki. Wszystkie były w całości pomazane tak, że nie dało się ich odczytać. Ja najbardziej się zastanawiałem, jak te książki przetrwały niszczycielską moc czasu. Niektóre, co prawda, były w opłakanym stanie, ale większość w miarę się trzymała.

Najciekawsze jednak odkrycie oczekiwało na nas w zamykanej niegdyś na klucz szufladzie. W środku leżała oprawiona w skórę stara Biblia. Cyryl wyciągnął ją i otworzył. Podobnie jak inne książki, również ta miała pozakreślane litery, aczkolwiek też częściowo. Cyryl położył Biblię na biurku. Nasze oczy powędrowały w stronę worka, który Blaszanogłowy przytaszczył tutaj. Przełknąłem ślinę. Cyryl nie obcinał się, kucnął i rozsupłał sznurek. W środku znaleźliśmy… książki. Były jeszcze nienaznaczone jego działalnością. Świeże książki, które zebrał gdzieś i przyniósł tutaj, by oddać się swemu dziwnemu i niezrozumiałemu rytuałowi, który zakłóciliśmy swoją obecnością. Cyryl wstał i wyszedł, rzucając w drzwiach, że idzie obejrzeć jeszcze uśpionego mężczyznę i żebyśmy za chwilę dołączyli.

Po jego wyjściu wszedł John i rozejrzał się po pokoju, choć nie tak metodycznie jak Cyryl. Wziął do ręki zarówno niedokończoną książkę, jak i Biblię, po czym uśmiechnął się i wyszedł. „Czas wracać!”, zawołał z korytarza. Nie oponowałem.

Po powrocie poszedłem spać. Byłem zmęczony, najprawdopodobniej atakiem przeprowadzonym na mnie. Spałem niespokojnie. Śniło mi się, że dziwna przypadłość będąca efektem ataku wróciła i nie potrafię dogadać się z nikim. Chodziłem po targowisku nieopodal mojej lokalizację i nie rozumiałem tego, co ludzie do mnie mówili. Również oni nie potrafili mnie zrozumieć. Po chwili zaczęli mnie ignorować. Obudziłem się nagle. Na krześle obok łóżka siedział John i wyglądał przez okno. Spojrzał na mnie i poinformował mnie, że Cyryl przeprowadził sekcję zwłok osobnika i chętnie podzieli się wnioskami, jak również zapyta nas o swoje zdanie. Czułem, że nie zasnę na razie — a zresztą nie chciałem znowu mieć tego snu — więc przystałem na tę propozycję. Biuro Cyryla było niedaleko mojej miejscówki, więc dotarcie tam nie zajęło nam dużo czasu.

Blaszanogłowy leżał już zszyty na metalowym stole, za którym stał Cyryl w ukrwawionej ciemnobrązową krwią białej koszuli. Porzucił iluzję ludzkiej twarzy i wyglądał tak, jak normalnie — z twarzą pozbawioną nosa, ust i uszu, tylko z dwoma jarzącymi się na niebiesko oczami. Na nasz widok znowu przybrał ludzką twarz. To ułatwia kontakt, jak mi wytłumaczył z początku. (A przynajmniej jednego z początków).

— A zatem, panowie — zaczął. Podniósł dyktafon kasetowy i włączył nagrywanie. — Zgodnie z informacjami, jakie mieliśmy wcześniej, ten oto osobnik, którego Frank ochrzcił Blaszanogłowym, co jest tak samo dobre jak każde inne imię, posiadał zdolności magiczne. Podjęliśmy próbę przechwycenia obiektu i zastosowaliśmy środka usypiającego, niestety, pomimo dużej masy Blaszanogłowy okazał się zupełnie nieodporny na tę relatywnie małą dawkę, szczególnie jak na niego, i zmarł. Jego kondycja wydaje się w miarę w normie, nie stwierdzono żadnych odstępstw od normy, może poza brakiem jakiegokolwiek owłosienia na całym ciele. Być może taki się urodził, być może to skutek uboczny przebytej choroby, a może reakcja na otoczenie. Pozostanie to w sferze domysłów. Na plecach widać pozostałości po biciu jakimś rodzajem bata. Tym, co jest najciekawsze z punktu widzenia badacza, są odstające z uszu druty oraz ich interakcja. Jedyna sensowna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to upośledzenie słyszenia w jakimś stopniu. Czemu to miało służyć? Brak na razie hipotez. Wydaje się to jednak korespondować z uszkodzeniem krtani, które umożliwiało jedynie wydawanie nieartykułowanych dźwięków. Badanie mózgu przy pomocy aparatury pomiarowej wskazuje na umiejętność wpływania na innych ludzi. Z relacji jednego z uczestników ekspedycji, Franka Aubreya, wiemy, że w efekcie ataku ofiara traci umiejętność rozpoznawania ludzkiej mowy, jak również artykułowania dźwięków, przez co mowa staje się bełkotliwa i całkowicie niezrozumiała. — Spojrzał na nas. — Macie pomysł, czemu służyło zakreślanie liter w książkach?

— Temu samemu, czemu miało służyć okaleczenie krtani i uszu — odpowiedział pogodnym głosem John. Spojrzeliśmy na niego obydwaj zaintrygowani. — Druty szurające po wnętrzu metalowego hełmu uniemożliwiały, poprzez przenoszenie wibracji do samej kości, zrozumienie mowy ludzkiej, nie powodując jednocześnie całkowitej głuchoty. Podejrzewam, że dlatego tak powoli się poruszał. Wtedy nie dochodziło do zakłócania słuchu. Jak powiedziałeś, ma to związek z uszkodzeniem krtani: dzięki temu zabiegowi nie miał możliwości mówienia. Z jakiegoś powodu odczuwał wstręt do mowy ludzkiej. Nie powiązałbym tego jednakże z książkami, gdyby nie Biblia w szufladzie. Według chrześcijan na początku było Słowo, w domyśle: Boże. Zamach na Słowo to zamach na Boga. Nawet jeżeli to uproszczenie, to myślę, że mniej więcej tymi torami podążały myśli — tu spojrzał na mnie — Blaszanogłowego. Z powodu, którego zapewne nie poznamy, uszkodzenie swojego organizmu było niewystarczające, więc zaczął niszczyć zapisanę ludzką wiedzę. Dlaczego Biblia była niedokończona? No cóż, tutaj mogę tylko zgadywać. Myślę, że za każdą całą książkę, którą uczynił nieczytelną, wykreślał jeden znak w Piśmie Świętym. Sukcesywnie niszczył język i Słowo. Nie liczyłem tego dokładnie, ale przybliżona liczba książek, jakie tam widzieliśmy, odpowiadały ilości wykreślonych znaków w Biblii.

Cyryl wyłączył dyktafon widząc, że nie mam zamiaru dodawać nic od siebie, a następnie podziękował nam za współpracę. Stwierdziłem, że jednak spróbuję się przespać, jednak historia tego biednego człowieka długo nie dała mi zasnąć. Długo leżałem wpatrzony w sufit próbując zrozumieć, dlaczego ktoś mógłby chcieć zrobić sobie coś takiego.

Zamach

Luty 17, 2011 (czwartek)

Przed wiejskim zajazdem z grubych bali zatrzymał się czerwony samochód sportowy, z którego wysiadł ubrany na czarno kierowca. Miał skórzaną kurtkę oraz hełm z dużą przyłbicą, która jednak była czarna i dość szczelnie skrywała tożsamość swojego właściciela. Było około godziny 10 rano. Na ganku przed zajazdem siedziało dwóch okolicznych rozrabiaków, przyglądali się jednak przybyszowi bez większych emocji. Jeden z nich stwierdził, że to jakiś pajac, z którego jednak zajazd żyje.

Tajemniczy jeździec wszedł do lokalu i stanął na środku, a następnie czekał. Zignorował kilkukrotne dopytywanie się kelnerki, czy coś podać, a potem czy jest jakiś problem. Po tym ostatnim pytaniu kierowca TIR-a spożywający schabowego z frytkami, który siedział przy najbliższym stoliku, wstał i podszedł do mężczyzny, a następnie próbował zdjąć mu hełm. Był przy tym wulgarny, jak zeznali potem świadkowie. Kierowca TIR-a padł na podłogę rażony prądem. Nikt więcej nie wstał od stolika.

Czarny jeździec podszedł do kontuaru, ku rosnącemu przerażeniu obsługi, położył na nim małą wizytówkę zadrukowaną stroną do spodu, po czym wyszedł. Wsiadł do czerwonego samochodu i szybko, choć bez pisku opon, odjechał z miejsca zdarzenia.

Bez dalszej zwłoki zadzwoniono po pogotowie oraz policję. Kierowcę TIR-a zabrano do najbliższego szpitala, jego stan — choć poważny — jest już stabilny. Policja spisała zeznania świadków, wyjątkowo spójne w przebiegu, choć znacznie rozbieżne jeśli chodzi o wygląd samego intruza, który wtargnął w spokojne przedpołoudnie klientów zajazdu. Sprawa byłaby utknęła w martwym punkcie, gdyby nie wizytówka, którą zostawił na kontuarze. Policjanci odwrócili i zadzwonili pod numer tam się znajdujący.

— Jak to, moje nazwisko? — spytałem zdziwiony.

Zaangażowałem Krwawego Romea, żeby dotrzeć szybciej na miejsce. Oględziny miejsca niewiele mi powiedziały. Nigdy nie byłem w tym zajeździe. Policja, która nie mogła sprawiać wrażenia zbyt sprawnej, zaczęła wypytywać o moje alibi. Pożałowałem, że się w ogóle stawiałem na miejscu. Powinni sami po mnie przyjechać. W połowie pytań do lokalu wszedł Romeo, który się wcześniej zapodział gdzieś na zewnątrz i przyniósł drugi (po wizytówce) przełom w sprawie. — Wiem, jakim samochodem mógł przyjechać — oznajmił.

Wizytówka, że jeszcze wrócę, nie była moja. Nie miałem zresztą swoich wizytówek. Moje imię i nazwisko napisane było ręcznie nad wydrukowanym numerem telefonu. Policja wzięła się za namierzanie numeru. Co prawda, dodzwonili się do mnie, ale numer nie był mój. Musiało być zrobione jakieś przekierowanie.

— Co to za samochód? — spytał detektyw.

— Jeden z tych dwóch opryszków zagadał mnie, że tamten koleś miał podobny. Zacząłem więc z nimi rozmawiać, a następnie pokazywać różne modele na moim telefonie, aż w końcu nie mieli wątpliwości. Powinniście szukać czerwonej toyoty celiki V generacji, tej z otwieranymi światłami. Wygląd maski sugerowałby, że mamy do czynienia z edycją Carlos Sainz.

— Świetna robota — powiedział detektyw. — Moi ludzie wszystko spiszą i zaczną poszukiwania. — Spojrzał na mnie. — Jak pan myśli, kto to może być?

— Nie mam pojęcia.

Wyszedłem przed zajazd, żeby obejrzeć miejsce, gdzie stał samochód. Tym, co zwróciło moją uwagę, to dużo drobnych liści, jakby samochód je co najmniej gubił. Dwóch miejscowych rozrabiaków nadal siedziało na ganku, doskonale bawiąc się byciem w środku oka cyklonu. Liście były bardzo dziwne, ponieważ pochodziły z drzew, jakie można spotkać w lesie. Tajemniczy jeździec był bezpośrednio przed zajazdem w lesie. To był jakiś trop.

Nagle z zajazdu wyszedł energicznym krokiem detektyw. — Namierzyli samochód — powiedział. Wsiedliśmy do jego samochodu, pomachałem Romeowi i ruszyliśmy szybko w stronę pobliskiej opuszczonej fabryki. — Dostaliśmy anonimową informację, nasz patrol tam podjechał i samochód był na miejscu. Kierowcy brak.

Piętnaście minut później byliśmy na miejscu. Przed opuszczoną od lat i dawno rozkradzioną fabryką stał policyjny radiowóz. W środku jednak nikogo nie było. Detektyw wyciągnął pistolet. Weszliśmy do środka. Nieopodal czerwonej toyoty leżeli dwaj policjanci. Spojrzałem do góry, ale nikt nie stał na przęsłach powyżej. — Zabierz policjantów i zmywaj się — powiedziałem detektywowi. — Ta sprawa jest większa niż twoje uprawnienia.

Detektyw posłuchał mojej rady. Kiedy byłem sam, zawołałem: — Możesz się pokazać! — Jak na zawołanie, pojawił się osobnik w kasku i skórzanej kurtce. Wyszedł zza kolumny obok samochodu.

— Długo udało ci się trzymać z dala od lasów — powiedział przetworzonym przez wokoder głosem.

— Nie ja wybierałem trasę, no cóż — odparłem. — Kiedy ujrzałem liście dzisiaj, pomyślałem, że to po prostu niemożliwe, potem jednak mnie naszło, że to tylko… wysoce nieprawdopodobne, żeby drzewoludy tak daleko zaszli z technologią kopiowania ludzi. Lecz oto jestem.

— Dziś zginiesz — oznajmiła lakonicznie maszyna wcisnięta w obcisłe ubranko.

Jeździec uniósł ręce do góry i usłyszałem jakiś metaliczny łoskot. Spojrzałem do góry i ujrzałem, że w jakiś sposób unosi się nade mną jakaś stara maszyneria, wyrwana z betonu. Maszyneria unosiła się tak chwilę, po czym

(brakujący fragment)

Goście

Luty 16, 2011 (środa)

Właśnie wracałem ze spotkania z potencjalnym wydawcą, kiedy na parkingu przed restauracją zostałem uderzony w głowę i straciłem przytomność.

Ocknąłem się w mieszkaniu, które wynajmowałem. Okropnie bolała mnie głowa od uderzenia. Byłem przywiązany do krzesła. Za oknem było już ciemno. W mieszkaniu zresztą też, świeciła się tylko lampka obok włączonego na wiadomości telewizora oraz w przedpokoju. Kim byli ci, którzy mnie uprowadzili? Dlaczego przyprowadzono mnie tutaj? Nie wiedziałem, czy cieszyć się z powodu, że mnie nie skrzywdzili, czy nie? Mogli chcieć poczekać aż odzyskam przytomność. Mnóstwo pytań.

Zanim przedsięwziąłem jakieś działania, rozeznałem się jeszcze w sytuacji. Całkiem sensownie, bowiem odkryłem, że na wersalce ktoś siedzi i ogląda telewizor. Wcześniej nie byłem przyzwyczajony do ciemności panujących w mieszkaniu. Niestety, zorientowanie się ze swojej obecności było obustronne. Mężczyzna wstał i zapalił duże światło.

Wyglądał inaczej niż mógłbym się tego spodziewać. Może ciężko mieć wyobrażenia o swoim porywaczu, ale ten wyglądał jak pracownik firmy ochroniarskiej. Miał czarny, dobrze dopasowany kombinezon, wysokie sznurowane buty. Nie miał niczym zasłoniętej twarzy. Ciemne krótkie włosy i starannie przystrzyżona broda a la Kano z „Mortal Kombat”. — Nazywam się John Gareth — przedstawił się. — Nie mogę, niestety, powiedzieć nic więcej. Mój przełożony będzie za niedługo. Nie mogę cię odwiązać, ale gdybyś czegoś potrzebował, mów. Nie krzycz, bo wtedy będę zmuszony cię zakneblować.

Kiedy go słuchałem, miałem wrażenie, że wszystko to nie sprawia mu wcale przyjemności, choć ciężko wyczuć do kogo ma pretensje — mnie czy swojej pracy. Wrócił na wersalkę, gdzie dalej oglądał telewizję, ale bez większego zainteresowania. Wtedy postanowiłem, że muszę mieć przy sobie coś w rodzaju zestawu ucieczkowego. Teraz przydałby mi się na pewno jakiś nożyk. Związany byłem, trzeba to przyznać, wzorcowo. Nie za mocno, nie za luźno i nie do odwiązania. Gdybym zaczął się szarpać, konstrukcja zacisnęłaby się w niewygodnej pozycji. Podejrzewałem ponadto, że wystarczy jedno cięcie i człowiek jest uwolniony. Tylko nie miałem noża.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Gareth wstał i otworzył. Usłyszałem odgłos grubych obcasów. Do pokoju ze mną wszedł mężczyzna w czarnym płaszczu, jasnych dżinsach, białej koszuli i wysokich żółtych butach. Podniosłem głowę i nasze spojrzenia spotkały się. Wyglądał dość młodo, choć z drugiej strony nie potrafiłem powiedzieć, ile może mieć lat. Po części dlatego, że miał siwe włosy. Nie mogłem oderwać od jego twarzy wzroku. Było w niej coś dziwnego.

— Nie poznajesz mnie, Frank? — spytał w końcu.

Ciarki przebiegły mnie po plecach. Tak samo nazwała mnie dziewczyna, z którą kiedyś wylądowałem w pętli czasowej, a której imienia nadal sobie nie przypominałem. Ale ten koleś tutaj. Kto to był?

— Nie bardzo — odpowiedziałem. — Gdybyś mógł mi pomóc…

— Cyryl — odparł, a po chwili dodał jeszcze: — Cyril Velmont.

— Może pomińmy tę część z uprzejmościami — powiedziałem. — Nic mi to nie mówi.

— Miałeś wypadek czy jak? — spytał Cyryl, nachylając się nade mną. Nagle się wyprostował. — No tak, to było w innym świecie. — Otrząsnął się. — No dobra, zrezygnujmy z tej części. Kiedyś się lubiliśmy, jeśliś ciekawy. Przyszedłem w poważnej sprawie. Miałem cię opieprzyć, ale ty chyba sam nie wiesz, co tu wyprawiasz. Będziemy więc może łagodniejsi.

— Co wyprawiam? — spytałem.

— Wykonujesz ostatnio tyle skoków, że musimy zareagować. Widzisz, Frank, każdy twój skok w inne miejsce, wprowadza małe zakłócenie równowagi, więc rzeczywistość „wyrównuje” nieprawdopodobieństwem w innym miejscu. Czasami kogoś spotka niesamowite szczęście, czasami pech. Taki jest koszt. Ale wykonałeś ostatnio kilka skoków jeden po drugim, co doprowadziło to… — Spojrzał na Garetha. — Jak oni to nazywają?

— Co-co-co-combo breaker — odpowiedział John.

— Doprowadziłeś do combo breakera i stało się coś wysoce nieprawdopodobnego.

— Co? — spytałem zaintrygowany.

— Nie mogę ci powiedzieć — stwierdził Cyryl. — Frank, nie możesz tak skakać.

— Okej — odparłem.

— To za mało — odrzekł sucho, kładąc mi rękę na głowie. Zaczął coś wypowiadać pod nosem. Z początku nie rozumiałem, a potem było za późno. Pod jego dłonią wytworzył się swoisty impuls uderzeniowy, który mną wstrząsnął. Straciłem przytomność.

Ocknąłem się w swoim łóżku. Telewizor był wyłączony. Krzesło nadal stało tam, gdzie byłem związany. Dookoła leżały kawałki liny. Siadłem na łóżku i złapałem się za głowę, bolała bowiem przy każdym ruchu. Do wcześniejszego uderzenia doszły migrenowe echa małego czary-mary, jakie zaserwował mi Cyril Valmont. Chwilę dochodziłem do siebie, zastanawiając się, co właściwie się stało wcześniej. I nagle pojąłem.

Nie wiedziałem, jak dokonać skoku. Nie potrafiłbym przenieść się na drugą stronę pokoju, a co dopiero mowa o innym wymiarze. Podszedłem do okna, żeby spojrzeć na bawiące się na trawniku przed blokiem dzieci. — Aleś mnie załatwił, Cyryl — powiedziałem pod nosem.

Nietykalność

Luty 4, 2011 (piątek)

Znalezienie Andrieja Zacharowa, kiedy on sam sobie tego nie życzy, graniczy z cudem. Niestety, po epizodzie z próbą ratowania Maćka byłem spalony u Jorna, a Jaelle — nawet, gdybym potrafił ją znaleźć — raczej nie chciałaby mi pomóc (poza tym bałaby się ruszać temat Zacharowa). Byłem w kropce. Odbyłem podróż do Andaluzji, do miejsca, w którym ostatnio zlokalizowane było wejście do Czarnej Chaty, ale nie pozostał po niej choćby ślad. Literatura tajemna, która mogłaby zawierać taką informację, na pewno została przez samego zainteresowanego zniszczona. Innymi słowy, siąść i płakać.

Wtedy przypomniałem sobie o człowieku, którego wyciągnąłem z Hikikomorii. Był to, co prawda, odpowiednik metody czołgowej z komputerowych przygodówek, która polegała na używaniu po kolei wszystkich przedmiotów z inwentarza na wszystkich przedmiotach w zasięgu wzroku, ale wolałem to niż siedzieć i gapić się w ścianę. Tylko ten, co nic nie robi, nie popełnia błędów. Nie wiedziałem, jak się nazywa, ale pamiętałem, gdzie jest dom, w którym wylądowaliśmy. Dom był wielki i trochę zaniedbany, co kiedyś sugerowałoby zubożałą szlachtę, ale w obecnych czasach kogo — przemysłowców? To też już archaizm. Założyłem więc rodzinę, która kiedyś była dziana, ale zostały jej tylko wspomnienia dawnej świetności. Duma nie pozwalała im sprzedać posiadłości. Przy furtce był przycisk dzwonka, z którego skorzystałem. Całe ogrodzenie było pordzewiałe i obrośnięte roślinnością.

Widziałem, że ktoś jest w domu, ponieważ świeciło się światło w jednym z mniejszych pomieszczeń (kuchnia?). W salonie było ciemno. Nie wciskałem więcej przycisku. Domownicy mogli spać, mogli mnie nie słyszeć albo udawać, że nie słuszą (lub śpią). Odczekałem chwilę i usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi. Starszy mężczyzna w grubym szlafroku podszedł do mnie i nieufnie zaczął mi się przyglądać przez ogrodzenie. — O co chodzi? — spytał.

Musiałem improwizować. — Dzień dobry, przyszedłem zobaczyć się z synem — odpowiedziałem możliwie najbardziej uprzejmym tonem.

— Nie ma go! — zawołał mężczyzna, ale nie uwierzyłem mu.

— Rozumiem. Chciałbym z nim pomówić o tym, co wydarzyło się pod jego nieobecność.

— Nieobecność? — zaciekawił się mężczyzna. Nachylił się do przodu. — Teraz pana poznaję — zakrzyknął odkrywczo. — To pan spadł z nim z sufitu!

— Tak, to ja. Kiedy go zastanę? — spytałem, jednocześnie zachowując się, jakbym się już zbierał.

— Nie — powiedział szybko mężczyzna, chcąc mnie zatrzymać. — Nie byłem z panem szczery wcześniej. Hieronim jest w domu. Proszę wejść.

Zaprowadził mnie po niskich schodkach do werandy czy wiatrołapu — nie potrafiłem określić, które to właściwie było — którędy dostaliśmy się do domu. Wydawało mi się, że w środku było chłodniej niż na zewnątrz. Po mniejszym przedpokoju weszliśmy do wielkiego salonu, w którym na środku stał niewielki stół. W jednym narożniku stał mały, 14-calowy telewizorek, a w drugim narożniku dwuosobowe łóżko, wzorcowo zaścielone. Stamtąd przeszliśmy do małego przedsionka z trzema drzwiami. Przeszliśmy przez te naprzeciwko, trafiając do kuchni, jak wcześniej typowałem. Tu było cieplej. Przy stole siedziała kobieta i czytała jakąś książkę. Stare wydanie z pożółkłym, acz mocniejszym od ekologicznego, papierem. Na mój widok włożyła zakładkę do książki i odłożyła ją na bok. Spojrzała na mnie pytająco.

— Przyszedłem do Hieronima — powiedziałem.

— Dzień dobry — odparła z wyrzutem kobieta, jakby wcale się nie witała, tylko jedynie mnie pouczała.

— Tak, dzień dobry — powiedziałem zmieszany. — Właściwie dobry wieczór.

— Wrócił z panem — powiedziała. Mężczyzna usiadł przy stole. Nie zaproponowali mi ani nic do picia, ani jedzenia. — Proszę nam powiedzieć, gdzie był — jej głos przyjął ton nieznoszący sprzeciwu.

— Pytała go pani? — odrzekłem trochę wymijająco, jednocześnie siadając przy stole. Zwalczyłem odruch obracania sobie krzesła i chowania się za oparciem.

Kobieta parsknęła ze śmiechu, choć jednocześnie było w tym jakieś oburzenie. — Mój syn powiedział mi, że nie zrozumiem i tak. — Wyraźnie bolał ją ten brak zaufania ze strony syna. — Wyobraża sobie pan? Nosiłam go pod sercem przez dziewięć miesięcy, wychowywałam, łożyłam, ba! dalej łożę, a on mi się tak odpłaca.

— Wrócił — zauważyłem. Chyba chciałem ją pocieszyć.

— Ściągnął go pan.

— Bynajmniej. Nie mam takiej władzy. Owszem, odpowiadam za przetransportowanie go tutaj, ale decyzja była jego.

Rozejrzałem się po kuchni. Ojciec Hieronima siedział w milczeniu. Nie przypominali zupełnie tych ludzi, których widziałem wtedy. Nie minęło wiele czasu, ale wyraźnie podupadli, może nie na zdrowiu, ale jakoś duchowo. Nie wiem, ile ich syna nie było, ale pomyślałem, że jego poszukiwania zaabsorbowały ich na tyle, że kiedy nerwy się skończyły, to oni nie potrafili już wrócić do stanu sprzed zniknięcia. Zwłaszcza, że Hieronim nie był zbyt otwarty. W pewnym sensie nie dziwiło to. Jego matka od początku sprawiała wrażenie apodyktycznej. Wstałem. — Przepraszam, ale zrozumiałem, że Hieronim jest w domu. Nie chcę przeszkadzać.

Kobieta patrzyła na mnie chwilę z zaciętą miną, ale w końcu odpuściła. — Henryku, zaprowadź pana — powiedziała zrezygnowana, choć wciąż apodyktyczna.

Henryk zabrał mnie z powrotem do wielkiego pokoju z małym stołem, gdzie udaliśmy się do drzwi po prawej. Otworzył drzwi i dał znak, żebym wszedł. Sam został na zewnątrz. Po moim wejściu do pokoju zamknął drzwi i usłyszałem, że wraca do kuchni. Pokój Hieronima nie zmienił się wiele. U góry świeciła się lampa. Hieronim siedział po turecku na łóżku i gapił się w ścianę. Od pobytu w Hikikomorii pozbył się wszystkich włosów. Był łysy. Usiadłem przy jego biurku, nie chcąc mu przeszkadzać.

— Rodzice się nie pozbierali — powiedział bez obracania się. — Dawniej prowadzili aktywne życie, wychodzili do teatru, na spotkania. Teraz wciąż siedzą i pilnują mnie. Chyba nie rozumieją, że gdybym chciał, mógłbym uciec. — W jego głosie nie było słuchać żadnego poczucia wyższości. Zdawał się całkiem wyzbyty ego. Kiedy wstawał, zobaczyłem, że nie siedział po turecku, tylko w pozycji lotosu.

— Nie rozmawiasz z nimi, martwią się — powiedziałem, ale zlękłem się, że może to potraktować jako pouczanie. — Najgorsze jest nieznane — dodałem, choć nie wiem, czy było to działanie na własną korzyść czy stratę.

— Podjąłem kilka prób, ale nie chcieli słuchać. Byłeś tam też. Wiesz, że to raczej nie do opowiedzenia. Nie kogoś w wieku i zakleszczeniu mojej matki — odparł beznamiętnym tonem.

— Uciekasz przed czymś? — spytałem. — Twój głos sprawia wrażenie nieobecnego.

— Sam nie wiem. Próbuję się ułożyć na nowo w tym świecie. Nie sądziłem, że zatęsknię za tamtą krainą. A jednak.

— Możesz wrócić — powiedziałem.

Przez moment wydawało się, że Hieronim przestraszył się tej opcji. — Nie o to mi chodziło. Nie chcę tam wracać, ale tutaj też nie czuję się najlepiej. Syndrom kota, który chce być w pomieszczeniu, z którego właśnie wyszedł. Medytuję i próbuję dojść do stanu względnej równowagi. Czasami, wbrew pozorom, gapienie się w ścianę bywa pomocne. Podejrzewam, że Hikikomoria zasiała we mnie cząstkę siebie. Gdziekolwiek się nie udam, zawsze będę miał w głębi siebie jej obraz.

— Rozumiem.

— Nie przyszedłeś rozmawiać o mnie i mojej rodzinie — powiedział wprost. — Mogę jakoś pomóc?

— Szukam kogoś. Pomyślałem, że może ty będziesz wiedział — odparłem.

— Kogo?

— Andrieja Zacharowa.

W pomieszczeniu zapanowało milczenie. Hieronim myślał przez chwilę, cały czas spokojny. W końcu wstał, podszedł do regału po prawej od wejścia i wyciągnął starą knigę, którą przyniósł mi i położył na stole. Tytuł na okładce był nieczytelny, więc otworzyłem księgę. I zamarłem.

Była to jedna z ksiąg, które sądziłem, że zostały zniszczone przez Zacharowa. Napisana w starym języku, w którym nikt nie potrafił już nic zapisać, a jedynie czytać. Pomimo iż nie odnoszę się z większym szacunkiem do niczego, tak teraz dotykałem grubych stronic z nabożną wręcz czcią. To było jak relikwia, jak instrukcja budowy arki Noego albo pamiętnik Adolfa Hitlera.

— Naturalnie, nie możesz jej wynieść — oznajmił Hieronim, mącąc ciszę przerywaną jedynie tykaniem zegara w pokoju obok. — Musisz z niej skorzystać tutaj.

Po tych słowach udał się z powrotem na swoje łóżko, gdzie teraz dojrzałem zafu, na którym siedział; nie bezpośrednio na łóżku. Usiadł przodem do ściany. Spojrzałem na księgę. Mogłem się z nią gdzieś teleportować, ale jeżeli Hieronim miał takie coś na stanie, to mógł mieć i inne rzeczy. Zacząłem przeglądać księgę. Była napisana w dość ciekawy sposób, ponieważ nie zawierała ani jednej odpowiedzi wprost, jedynie sposoby dojścia do nich. Trochę jakbym szukał tablic matematycznych, a dostał poradnik wyprowadzania wzorów. Bardziej mozolne, lecz jednocześnie uniwersalne. Zacząłem studiować różne znaki i symbole. Na jednej ze stron był specjalny diagram, w który zacząłem się wpatrywać, by pobudzić wyobraźnię i odblokować pewne mechanizmy w mózgu. Ze spotkania z Zacharowem w Andaluzji zapamiętałem, że spotkaliśmy się w sferze limbicznej. Pomyślałem, że jeśli wprowadzę się w śpiączkę — na jakiś czas — to w jakiś sposób ściągnę jego uwagę.

Nagle ocknąłem się. Musiałem się zamyślić, stwierdziłem. Chciałem wrócić do lektury, lecz odkryłem, że księga jest nieczytelna. Hieronima nie było na łóżku. Kiedy opowiada się to po fakcie, widzi się dokładnie, co się dzieje, ale w trakcie człowiek jest w pierwszej chwili trochę skołowany. Dobrze, że wiele razy ćwiczyłem świadome śnienie. Sytuacja nie była dla mnie nowa, choć z początku działałem raczej instynktownie. Wstałem od biurka i otworzyłem drzwi do salonu, lecz salonu tam nie było.

Byłem w jakiejś jaskini. Dookoła buchał ogień, a wszystko tonęło w czerwono-pomarańczowej tonacji. Spojrzałem do góry, ale nie ujrzałem nieba, lecz ciemną pustkę. Obejrzałem się za siebie, żeby zobaczyć, czy mam gdzie wracać, ale za mną nie było już drzwi, przez które tu wszedłem. Spojrzałem na prawą dłoń, w której — wydawało mi się — trzymałem klamkę, ale okazało się, że jest pusta. Ruszyłem przed siebie. Pod stopami chrzęściły mi jakieś kamienie, najbardziej przypominające żużel, tyle że drobniejsze. Co chwilę słyszałem w oddali buchające ognie, które na moment rozjaśniały jaskinię bardziej, choć mrok nade mną nie zmieniał się.

Doszedłem do krawędzi kamiennego wzniesienia, poniżej którego pod dużym skosem schodziła w dół skalna ściana. Poniżej płynęła rzeka lawy. Ruszyłem wzdłuż krawędzi. W pewnym momencie ujrzałem stojącą kobietę w czarnym, skórzanym stroju. Dość szczelnie zasłaniał jej ciało, odsłaniając oczom widza jedynie krwistoczerwone usta i kawałek bladej skóry dookoła. Nie wiedziałem, gdzie patrzy, więc zatrzymałem się i zacząłem ją obserwować. — Andriej Zacharow oczekuję cię w swej twierdzy — powiedziała, wyciągając rękę do mnie.

Złapałem ją za rękę i w momencie byliśmy gdzieś indziej. Miejsce wyglądało podobnie, ale było tu ciemniej i chłodniej. Znajdowaliśmy się na wyższej górze niż ta, na której byłem przed chwilą. Było tu niewiele miejsca. Przy jednej krawędzi stał kamienny tron, na którym siedział Andriej Zacharow. Kobieta w skórze stała obok mnie.

Czego chciałeś?, spytał Zacharow, a jego głos — jak poprzednio — słyszałem w swojej głowie.

— Nie chcę być już więcej nietykalny — powiedziałem.

No proszę, odpowiedział. A dlaczegóż to?

— Więcej szkody z tego niż pożytku.

Szkody?

— Ja jestem nietykalny, ale ludzie dookoła mnie płacą większą cenę. Gdyby nie nietykalność, Teofil Pigwa przeżyłby, ponieważ reagowałbym wcześniej. Od momentu, w którym się to stało, nie daje mi to spokoju. Nietykalność sama w sobie nie jest zła, ale powoduje moją degenerację.

Myślisz?

— Tak.

A jeśli powiem ci, że nie było nigdy żadnej nietykalności z mojej strony?

— Co? Jak to?

Nigdy nie obiecałem ci nietykalności. Owszem, taka opinia poszła w świat, ale nie miała ze mną nic wspólnego. Ponieważ pomogłeś mi, nie prostowałem tego. Jeżeli istniała jakaś nietykalność, to dlatego, że sam ją sobie nadałeś. To ty zrzuciłeś odpowiedzialność na innych. Nie powstrzymałeś Teofila przed dobraniem się do dziewczynki i zapłacił za swoje działania. Ale czy była wina nietykalności czy raczej… ciebie? Zastanów się.

— Kłamiesz! — zawołałem. — Jesteś strasznym mataczem i tyle!

Andriej Zacharow spojrzał na mnie. Ta rozmowa dobiegła końca, oznajmił. Poczułem, że kobieta w skórze łapie mnie za rękę. — Nie! — zawołałem, wyrywając się jej.

Wtedy odkryłem, że siedzę na szpitalnym łóżku. Miałem jedynkę. Obok łóżka, na krześle siedział Hieronim. Patrzył na mnie spokojnym wzrokiem.

— Obudziłeś się — powiedział. — Zostawiłem cię na chwilę samego, a kiedy skończyłem medytować, leżałeś obok biurka. Zadzwoniłem po pogotowie. To było wczoraj.

— Czy jakiś lekarz nie powinien przyjść mnie zobaczyć? — spytałem.

— W Polsce? Nie umierasz, to sobie poradzisz.

— To spory sarkazm, jak na medytującego gościa — zauważyłem.

— Mam nadzieję, że znalazłeś, czego szukałeś — powiedział niezrażony. — Choć mnie wyprawa do Hikikomorii nauczyła, że to nie zawsze to, co się chce, jest najlepsze.

— Nie wiem — odrzekłem. — Może spotkałem Andrieja, a może miałem dziwny sen. Nie potrafię tego powiedzieć. To było dziwne.

— Niekoniecznie chodziło mi o osobę. Szukałeś pewnej odpowiedzi, wydaje mi się.

— Tak. To akurat chyba znalazłem.

— To dobrze.

— Chyba tak.

— „Chyba”?

— Odpowiedź mi się chyba nie podoba. Sam nie wiem. Muszę to przemyśleć jeszcze.

— Zatem nie będę przeszkadzał.

Wstał i wyszedł, a ja zacząłem rozważać różne sytuacje, w których korzystałem z nietykalności.

Incydent na wiejskiej drodze

Luty 3, 2011 (czwartek)

Krótko po powrocie z Hikikomorii krwawy Romeo zaproponował mi wyjazd w góry, z czego skorzystałem. Weekend się udał, jakoś dużo nie łaziliśmy po górach. Romeo spotkał jakieś dwie góralki i zbajerował je na tyle, że zaprosiły nas na noc do domu jednej z nich. Następnego dnia rano musieliśmy się chyłkiem wymknąć, ponieważ okazało się, że jest mężatką, o czym nas nie poinformowała. Los cepra w takich okolicznościach nie należy do wesołych, więc spieprzaliśmy aż się za nami kurzyło.

Romeo stwierdził, że wrócimy trochę wcześniej, żeby ominąć korki na Zakopiance. Pomysł dobry, ale wyjazd w południe niewiele pomógł. Na wysokości Gaju ujrzeli sznur samochodów ciągnących się po samo miasto. — Przerąbane — powiedziałem automatycznie na ten widok. Spojrzeliśmy na siebie z Romeem, ale ten nie zamierzał się poddawać. Odbił w prawo, wjeżdżając na stromą, asflatową drogę szerokości jednego samochodu i trochę, prowadzącą przez ciemny las. Było to moje pierwsze spotkanie z lasem od czasu małej konfrontacji z Dżordżem, ale wyciszyłem swój umysł, licząc że to ukryje moją obecność w dostatecznym stopniu. Ale to nie drzewoludy miały być moim zmartwieniem.

Droga prowadziła głównie pomiędzy domami jednorodzinnymi, ale w pewnym momencie wjechaliśmy pomiędzy pola. Romeo zwolnił, ponieważ wysokie trawy — a może jakieś eksperymentalne, modyfikowane genetycznie zboża — zasłaniały trochę drogę na zakręcie. I wtedy ujrzałem dwa sedany produkcji niemieckiej, jeden czarny, drugi srebrny metalik stojące na polu. Pomiędzy nimi stało jakieś 8–9 bysiorów i klęczał jakiś mężczyzna w garniturze. Ponieważ Romeo wyraźnie zwolnił, a bysiory nie wiedziały, że przez zboże, jeden z nich obrócił się do nas i odchylił skórzaną lub pseudoskórzaną kurtkę, pokazują pistolet zatknięty za pasek. Romeo momentalnie przyspieszył.

Nagle przed oczami stanęła mi mała Ariel i Teofil prowadzący ją na zagładę. Nie wiem dlaczego. Spojrzałem na Romea. — Musimy zawrócić — powiedziałem, sam w to nie wierząc. Jakbym słyszał kogoś innego mówiącego to.

— Pojebało cię?! — zawołał Romeo, prując drogą z prędkością znacznie przekraczającą rozsądek.

Przekonanie go nie wchodziło w rachubę. Nie zawróciłby tam. Było to całkiem rozsądne, choć może trochę egoistyczne działanie. Ja tymczasem czułem, że mi coś coraz bardziej ciąży, jak jakiś kamień wewnątrz. Na szczęście pobyt w martwej strefie dał mi możliwość spróbowania teleportacji w bardziej doraźnym celu i na krótszych dystansach. — No dobra — powiedziałem, spoglądając na mojego towarzysza podróży i… zniknąłem. Nie przygotowywałem go nigdy do tego, nie miał pojęcia o moich nadprzyrodzonych umiejętnościach, musiał być więc zaskoczony.

Pojawiłem się za plecami bandziorów bezgłośnie i bez żadnych efektów specjalnych w postaci jakichś błyskawić czy innego barachła, więc nie zauważyli mnie, z wyjątkiem klęczącego mężczyzny, ale on był zbyt przerażony, żeby uznać mnie za kogoś spoza grupy. Zrobiłem rozpoznanie sytuacji. Mężczyzn było 9 i żaden nie sprawiał wrażenia ważniejszego od pozostałych. Samochody miały wyłączone silniki i pootwierane drzwi. Z jednego dudniła jakaś prosta muzyka taneczna.

— Musisz nam powiedzieć… — zaczął jeden bandzior, ale wtedy drugi się obrócił i dostrzegł mnie kątem oka.

— Hej! — zawołał.

Ja tymczasem dokonałem drugiego teleportu, który był bardziej męczący niż poprzedni, pomimo iż dystans znacznie krótszy. Teraz byłem przy mężczyźnie w garniturze. Złapałem go za ramiona i poczułem, że nie jestem w stanie tak od razu dokonać kolejnego skoku.

— Skąd się tu wziąłeś? — spytał bandzior, który zaczął wcześniej mówić.

— Czary — odpowiedziałem. Skoncentrowałem się. Nadal nie mogłem się teleportować. Byłem tym zbyt wyczerpany.

— Posłuchaj, to nie twój interes tutaj — zaczął mówić całkiem rozsądnie mężczyzna. — Odejdź i zapomnij, co tu widziałeś. Nie dotyczy cię to, a my nie mamy interesu w zabijaniu cię.

— Nie mogę — odpowiedziałem. — Już raz zwlekałem.

— Co? — zdziwił się mój rozmówca.

— Rozpierdolmy go — powiedział drugi, bardziej nerwowy.

Złapałem znowu mężczyznę i teleportowałem nas. Niedaleko, bo w zboże kawałek dalej, ale jako że nie zrobiliśmy żadnego śladu, to moglibyśmy być gdziekolwiek. Mężczyzna w garniturze chciał coś powiedzieć, ale zabroniłem mu. Wyjąłem scyzoryk z kieszeni i przeciąłem sznur. Następnie zaczęliśmy się czołgać dalej. — Co to kurwa za magik? — zawołał ktoś przy samochodach. — Znaleźć ich natychmiast!

Poczułem, że mogę znowu wykonać skok, ale po raz kolejny może być na krótki dystans. Bez sensu trochę, pomyślałem. Niestety, bandziory odnlazały nasz trop. — Tutaj są! — zawołał któryś. Uśmiechnąłem się pod nosem i dałem znak mężczyźnie w garniturze, żeby siedział cicho. Wkrótce otoczyli nas grupą i „przywódca” podszedł do mnie, złapał za ubranie i podniósł do góry.

— Nie wiem, jak tego dokonałeś i, po prawdzie, nie obchodzi mnie, ponieważ zaraz każę was obydwu tutaj zastrzelić — powiedział wściekły.

— Gdzie ciepłe słońce złoci zbóż łany — odpowiedziałem.

Mężczyzna rzucił mnie na zakładnika, zirytowany. Na to liczyłem. Złapałem więźnia za rękę i teleportowałem nas z powrotem do samochodów.

— Oni tu przyjdą! — zawołał przerażony mężczyzna.

Nie odpowiedziałem nic, tylko podbiegłem do czarnego samochodu i wyjąłem kluczyki ze stacyjki, a następnie pobiegłem do srebrnego. — Wsiadaj! — zawołałem. Ruszyliśmy z pełnego gazu, wykręcając samochodem ładny piruet na ziemi, a następnie wskakując na drogę i zostawiając zdezorientowanych mężczyzn za nami. Odetchnąłem z ulgą dopiero kiedy przestałem ich widzieć w lusterku.

Ściszyłem muzykę. — Musimy porzucić auto jak najszybciej się da — powiedziałem.

— Jak pan tego dokonał? — spytał mężczyzna. — Nazywam się Krzysztof Kowal i miałem nieszczęście pożyczyć od tych ludzi pewną sumę pieniędzy, których nie mogę obecnie oddać. Myślałem, że to już koniec. Jak się pan nazywa?

— Aubrey.

— Obri?

— Tak.

— Jestem pana dłużnikiem, panie Obri.

— Drobiazg — odparłem. — Zrobiłem, co trzeba. — Tak naprawdę, wolałem o tym nie myśleć.

Samochód porzuciliśmy zaraz po wjeździe do miasta. Krzysztof Kowal zniknął nim się zorientowałem. Tym lepiej. Zamknąłem samochód, a kluczyki — obydwa komplety — wyrzuciłem do studzienki kanalizacyjnej.

— Skąd ci przyszedł ten pomysł z powrotem do samochodu? Skąd wiedziałeś, że będą kluczyki w stacyjce? — spytał mnie Romeo, kiedy godzinę później mu opowiedziałem o wszystkim.

— Radio — odpowiedziałem. — Dudniło tak, że szkoda gadać.

— Mogli cię zabić, jak tylko się tam pojawiłeś.

— Pomyślałem, że widzieli mnie w twoim wozie, więc nie będą ryzykować w obawie, że ściągniesz pomoc. Nie do końca myślałem, co robię. Po prostu czułem, że muszę pomóc temu człowiekowi.

— Kim on był? Powiedział ci?

— Że jest ich dłużnikiem, ale nie obchodzi mnie, ile w tym prawdy. Jakiś mistrz zen miał takie ćwiczenie: pokazywał zdjęcie żołnierza celującego do kobiety uciekającej z dzieckiem na rękach. Następnie pytał: „Co byś zrobił w takiej sytuacji?”. Uczniowie odpowiadali różnie, np. że chcieliby się dowiedzieć, o co chodzi, ale mistrz odpowiadał, że do tej pory kobieta byłaby być może martwa. „Co zatem powinniśmy zrobić?”, spytali uczniowie. „Powstrzymać żołnierza, za wszelką cenę”, odpowiedział mistrz. „Dopiero potem będzie czas na pytania. W tej chwili trzeba działać”. Jest to trochę nowe podejście względem wcześniejszych odmiany buddyzmu, gdzie bardziej chodziło o powstrzymywanie się przed zbieraniem złej karmy. Użycie przemocy, jakiekolwiek, wiąże się z zebraniem złej karmy. Adepci zen mówią: chrzanić to, jeżeli uratowanie życia wiąże się z zebraniem odrobiny złej karmy, to niech tak będzie. Wiesz, zenki ślubują, że nie opuszczą cyklu odrodzeń dopóki wszystkie istoty nie osiągną oświecenia. I tak było tutaj. Zagrożone było życie ludzkie, więc je uratowałem. Tyle.

Tak naprawdę, czułem się znacznie lepiej niż to przedstawiłem Romeowi.

— A to zniknięcie? Jak tego dokonałeś? — spytał w końcu.

— Czary — odpowiedziałem. — Trochę rzeczy o mnie nie wiesz.

— Lepiej żeby tak zostało?

— Chętnie o tym kiedyś opowiem, jeśli cię to interesuje, ale w tej chwili jestem zmęczony.

— No dobra.

Następnego dnia rano włączyłem sobie telewizor do śniadania i na kanale informacyjnym zobaczyłem znajomą gębę. Był to przywódca grupy bandziorów. Pogłośniłem. Podawali, że znaleziono 9 ciał w miejscu egzekucji. Ciarki przeszły mi po plecach. — Podejrzewa się, że grupa miała zatarg z ludźmi Wodzisława Postawskiego, gangstera, który od siedemnastu miesięcy ukrywa się przed polską policją oraz Interpolem — oznajmił prezenter.

Wyłączyłem telewizor. Wolałem się nie nakręcać. Plus był taki, że bandziory nie będą mnie szukać, bo nie żyją.

Maruder

Styczeń 5, 2011 (środa)

Wszedłszy na wzgórze ujrzał dom w oddali. Wyglądał jak samotna wyspa na białym oceanie śniegu. Mężczyzna kucnął i obserwował chwilę. Całe szczęście była zima i dało się łatwo stwierdzić, czy ktoś kręcił się w pobliżu. Tafla śniegu była nienaruszona. Z jednej strony to dobrze. Z drugiej – jeżeli pójdzie do domu, to będzie wiadomo, że tam jest. Rozejrzał się dookoła. Popatrzył za siebie. Nikogo nie było i nie zapowiadało się na to. Ruszył przez głęboki po kolana śnieg. Stawiając stopę, wsuwał najpierw palce, wchodząc w biały puch jak nóż w masło.

Dom był obsypany śniegiem z każdej strony. Stał chwilę i oglądał. Dom był prostą, białą bryłą z niegdyś czerwonym spadzistym dachem. Stanie tam głupie, ale cały czas żył w strachu o siebie i co jakiś czas osiągał punkt krytyczny. Wtedy mu nie zależało. Moment jednak minął i mężczyzna brnął dalej. Obszedł dom dookoła i wrócił przed drzwi wejściowe z łopatą. Właściwie mógł się z łatwością włamać, ponieważ drzwi były przeszklone, ale nie chciał robić hałasu. Odśnieżył nie bez trudu zmrożony śnieg i stwierdził, że chyba jednak będzie musiał zbić szybę. Drzwi były zamknięte.

Nie zrobił wiele hałasu. W środku było chyba zimniej niż na zewnątrz. Obszedł dom. Po prawej stronie był salon, po lewej kuchnia. Obydwa pomieszczenia takie same. W obydwu znajdowały się takie same drzwi jak wejściowe. Naprzeciwko wejścia były schody na górę i jakieś drzwi, ale nie prowadziły do piwnicy, tylko schowka pod schodami. W domu nie było piwnicy. Trochę szkoda, na ogół ludzie mają w piwnicy jakieś zapasy żywności.

Zaczął od kuchni. Była zdecydowanie źle urządzona. Na środku znajdował się stolik na sześć osób, a pod ścianą w głębi mały piecyk gazowy, lodówka i szafka. Reszta przestrzeni była niewykorzystana. Mężczyzna nie zastanawiał się nad tym dłużej. Sprawdził szafkę i lodówkę. Znalazł jakieś konserwy, które wyjął i ułożył na stole.

Poszedł do salonu. Również tam przywitała go pustka. Pod ścianą naprzeciwko wejścia stał stolik ze starą wieżą hi-fi. Żałował, że nie było prądu, bo mógłby posłuchać muzyki. Możliwe, że chodziło mu to po głowie, ponieważ nie miał takiej możliwości. Umysł ludzki czasami kraży po dziwnych torach. Na lewo od wejścia stała kanapa, fotel i wiklinowy stół ze szklanym blatem. Nad kanapą były książki. Podsunął gogle na czoło i stanął na kanapie, a następnie zaczął obserwować książki. Wziął jedną do ręki, ale rozsypała mu się w dłoniach. Usiadł na chwilę na kanapie, ale nie było nic do roboty. Poszedł na górę.

Nad kuchnią była sypialnia. Pomieszczenie nad salonem było w stanie surowym. Ciężko było powiedzieć, czy prace ustały wraz z tym, co spustoszyło krainę, czy znacznie wcześniej. Wrócił do sypialni. Było tu dwuosobowe łoże małżeńskie, zaścielone jakby nigdy nic, oraz łóżeczko dziecięce. Duża szafa ścienna i szafki nocne po bokach łóżka. Nie było ciepłych ubrań, same eleganckie. Złapał łóżeczko dziecięcie i wytaszczył z pokoju.

Potłukł je na szczebelki i ułożył przy szklanych drzwiach w kuchni. Wybrał te wychodzące na tył domu. Ostrożności nigdy za wiele. Z wojskowej kurtki wyjął metalową zapalniczkę i rozpalił ogień z pomocą kilku książek. Kiedy płomień się ustabilizował, wziął garnek i wyszedł po śnieg. Podgrzał go na ogniu. W szafce było trochę starej herbaty, którą zaparzył. Podgrzał również konserwę, którą zjadł łyżeczką, którą miał przy sobie. Siedział przy ogniu aż się ogrzał.

Przejrzał jeszcze raz rzeczy w szafach. Nic przydatnego. Miał na sobie kurtkę wojskową, wełniany sweter, koszulę i podkoszulek. Na nogach dwie pary spodni, bojówki i dresy. Na nogach wysokie, sznurowane buty wojskowe. Na głowie czapkę i grubą chustę. Oczy krył za goglami. Miały jakieś kolce u góry, więc nie były zawodowe. Podejrzewał, że jakiś artysta od performance’u używał ich jako elementu scenicznego stroju. Nie miało to jednak znaczenia. Grunt, że chroniły od wszędobylskiego światła lejącego się z nieba i odbijającego od nieskalanego obecnością człowieka śniegu. Lubił wojskowe rzeczy, bo były solidnie wykonane.

Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zostać na noc, ale dom był nieosłonięty z żadnej strony. Kawałek dalej widział rozwalającą się ruderę, która wzbudzała mniej zainteresowania. Nałożył gogle na oczy i wyszedł przez rozbite drzwi wejściowe. Wrócił po swoich śladach kawałek i spojrzał na horyzont, nad którym unosił się dym. Coś tam było.

Ruszył w kierunku dymu.

Żona szefa

Grudzień 12, 2010 (niedziela)

Krwawy Romeo siedział za biurkiem i patrzył zza klapy laptopa na swojego szefa, który był już głęboko w kodzie. Chwilę wcześniej odbył z nim krótką rozmowę i w tej chwili czuł, że już może zacząć mordować. Od kilku miesięcy Romeo starał się dostać umowę o pracę. Został zatrudniony na umowę-zlecenie, kiedy jeszcze był studentem, a teraz pomimo rzucenia studiów nie mógł się doprosić umowy. Nie zależałoby mu na tym specjalnie, nie martwił się o emeryturę, ponieważ miał świadomość, że przeżyje system emerytalny, ale chciał mieć pewność, że jak trafi do szpitala, to nie będzie musiał pokrywać kosztów leczenia z własnej kieszeni. Po wielu miesiącach udało mu namówić się swojego szefa na rozmowę. Ten wziął go do sali konferencyjnej i oddał się temu, co najbardziej lubił w kontaktach z ludźmi, czyli monologowi.

— Widzisz, chętnie dałbym ci tę umowę, ba! nawet podwyżkę, ale nie spełniliście położonych w was nadziei — zaczął z miną strasznego cierpiętnika. — Mieliśmy pomysł razem z Mieczysławem, to właściwie bardziej jego pomysł, żeby wziąć do pracy kompletnych amatorów, a następnie nauczyć ich, no was, wszystkiego, rozumiesz? Pomysł świetny, ponieważ pozwala oszczędzić dużo pieniędzy, które można wydać na przykład na szkolenie lub lepszy sprzęt, rozumiesz, ale, jak mówiłem, zawiedliście, no właściwie nie wy, to sam pomysł trochę nie wypalił. Oczekiwaliśmy, że będziecie zachowywać się jak zawodowcy, a wy pracujecie jak amatorzy — powiedział tak żarliwie szef, że Romeo nie miał wątpliwości, że ten w to wierzy.

I tu był pies pogrzebany. Krwawy Romeo nie potrafił rozmawiać poniżej pewnego poziomu. Jego układ immunologiczny odmawiał w takiej sytuacji jakiegokolwiek udziału w dyskusji. Tak też się wtedy stało. Szef uznał, że jego wypowiedź odpowiedziała na wszystkie wątpliwości jego podwładnego, więc zebrał się i poszedł. Romeo zrozumiał wtedy, że żadnej umowy nie dostanie, co trochę go przybiło; bucówa to jednak bucówa. Nie uważał się za najlepszego i najbardziej uczciwego człowieka, ale nie znosił, kiedy traktowano go jak idiotę. Wrócił do swojego stanowiska i zaczął obmyślać kolejne krwawe zemsty.

Nikt jednak nie zginął. Zamiast tego Romeo wymyślił inny plan. Obudził się następnego ranka i wiedział, co zrobić. Przypomniał sobie maksymę z filmu „Revolver”: „Nic tak nie dotyka, jak upokorzenie i mała strata finansowa”.

Demon

Romeo przypomniał sobie żonę swojego szefa, Gosię. Atrakcyjna brunetka. Czasami wpadała do firmy, za każdym razem powodując skrzętnie maskowane reakcje programistów. Gosia nie zwracała na nich większej uwagi, choć Romeo, który bardziej ją obserwował niż nią się podniecał, odnosił wrażenie, że to taka poza i że tak naprawdę jej to schlebia. W gruncie rzeczy nie zwracał na nią uwagi. Wydawała mu się może nie tyle silną, co despotyczną kobietą. Jego lekko sadystyczna natura popychała go w ramiona dziewcząt o innej konstrukcji psychicznej. Poza tym nie był głupi — żona szefa rzecz święta. I nie chodziło tu wcale o wydumane kodeksy mężczyzn, którymi lubią się chwalić, a z których nic nie zostaje, kiedy przychodzi co do czego. Romeo był pragmatykiem. Niepotrzebny mu był wróg w osobie własnego szefa. Ale teraz nie miał nic do stracenia.

Szef był człowiekiem, który dusił się w małżeństwie. Przychodził do pracy pierwszy i wychodził ostatni. Kilka razy Romeo zostawał dłużej — był typem śpiocha, więc zdarzało mu się późno przyjść do pracy — i za każdym razem miał wrażenie, że jego szef się ociąga z wyjściem. Kolejnym tropem były rozmowy telefoniczne. Co dziwiło Romea, jego szef odbywał całe długie rozmowy ze swoją żoną, podczas których traktował ją jak idiotkę. Był dla niej niemiły, jakby jadowity ton każdej wypowiedzi miał ją zniechęcić do dalszej rozmowy. Albo była odporna (może miłość dodawała jej sił?), albo faktycznie taka głupia — faktem było, że jego zabiegi nie działały i cała firma wysłuchiwała długich pełnych pogardy tyrad. Cała firma w jednym pokoju ma sens, ale kiedy chce się przeprowadzać burze mózgów, nie wywlekać problemy małżeńskie.

Ale to nie to pozwoliło odkryć Romeowi prawdę.

W którymś momencie Gosia przyszła do firmy w charakterze pracownika. Potrzebowali kogoś, kto zrobiłby elementy graficzne do aplikacji, nad którą wtedy pracowali. Z tej okazji szef kupił nowy komputer, który byłby w stanie udźwignąć program graficzny. Gosia nie okazała się być tytanem informatyki, więc przez pierwsze 2 dni wgrywała Windowsa, a potem wybierała torbę na laptopa, przesyłając linki swojemu mężowi. W pewnym momencie oznajmiła jakby nigdy nic: — Ale może to nie ja będę wybierała torby, bo potem ty sobie ten komputer weźmiesz, prawda, to po co ci babskie opakowanie?

To było to.

Romeo rzucił kątem oka na swojego szefa. Ten musiał bardzo żałować, że nie jest żółwiem, ponieważ tylko trochę mógł schować głowę w ramiona. Człowiek, który przez telefon gromił swoją żonę jak Murzyni z filmów gangsterskich, teraz chciał zapaść się pod ziemię. To był dość osobliwy widok. Szef nigdy nie wydawał się twardzielem, ale teraz okazało się, że damskim bokserem też nie był. Cóż za niefart.

Przez następne dni Romeo obserwował tę parkę. Gosia w końcu wzięła się do pracy, ale czasami zagadywała o różne sprawy. Szef niezmiennie wtedy klepał kod. Jego czynny udział w rozmowie był zbyteczny, ale Gosia oczekiwała bardziej widowiskowej uwagi, a kiedy jej nie otrzymywała, wszyscy w pomieszczeniu słyszeli: — Nie pisz na klawiaturze, kiedy do ciebie mówię. — Szef zaczynał wtedy naciskać klawisze delikatnie, żeby ich nie było słychać. Wychodziło mu to całkiem nieźle. Musiał mieć w tym wprawę, aczkolwiek z pomocą przychodziła mu również miękka klawiatura w jego fujitsu-siemensie. — No przecież mówię, żebyś nie pisał — perorowała znowu Gosia, na co szef reagował jeszcze cichszym stukaniem. Skończyło się też późne wychodzenie. Wychodził pierwszy.

Romeo pojął, że szef z dusznej atmosfery domowej ucieka do pracy, do bezpiecznych linijek kodu i nienarzucającego się towarzystwa swoich podwładnych. I nagle żona wtargnęła w tę przestrzeń. Dlatego był taki wrogi przez telefon — przeganiał ją ze swojej oazy. W końcu szef wymyślił, że Gosia może zajmować się swoją częścią z domu. Jak się pojawiła, tak znikła. Szef znowu przesiadywał po godzinach. Wszystko wróciło do normy.

Romans

Romeo zaczął zapisywać, co jego szef mówi ludziom przez telefon. Szczególnie żonie. W ten sposób poznał jej tygodniowy plan na tyle, żeby wiedzieć w jakich porach jest w domu sama. Zwolnił się kiedyś wcześniej i pojechał do ich mieszkania. Gosia otworzyła ubrana po domowemu. Stał w drzwiach z różą w ustach. Najpierw parsknęła śmiechem, ale potem szybko go wciągnęła do mieszkania. Bała się, że ktoś z sąsiadów zobaczy. Bała się, że mąż jej nie uwierzy, że nie miała z tym nic do czynienia. A potem było już za późno.

Romeo dobrze przygotował się do tego spotkania. Postarał uderzyć się w troskę o nią. Opowiedział, że nie może już słuchać, jak jego szef traktuje własną żonę. Był oburzony, ale umiarkowanie. Potem powiedział, że nie może o niej zapomnieć, odkąd pracowała z nimi. Spytał ją, jak jej idzie. Trochę ją osaczył, ale starał się być przy tym delikatny.

Gosia była ustawiona materialnie. Pod tym względem miała może nie wszystko, ale żyła na wystarczającym jej poziomie. Mieli już dwójkę dzieci. Statystycznie, jeżeli uzna Romea za interesującego typa, to włączy jej się mechanizm zróżnicowania garnituru genetycznego swoich dzieci. Trzecie dziecko to akurat w statystykę. Nie wydawała się odstawać od średniej krajowej. To były tylko założenia oczywiście, ale jak dotąd szło według planu. Choć Romeo w to nie wierzył, to nawet spryskał się kupionymi na Allegro feromonami. Wszystko, byle się zemścić.

Chwyciło. Gosia musiała jednak czuć się nieszczęśliwa, a przynajmniej zaniedbywana, ponieważ oddała mu się już tamtego dnia. Następne spotkania inicjowała już ona. Ciągnęło się to przez 3 miesiące i szef nie zaczął nic podejrzewać, tak bardzo uciekał w pracę. Romans zatrzymał Romea trochę dłużej w pracy. Nie przestał uważać, że jest dymany przez pracodawcę, ale stało się to w jakiś sposób znośne. Jego plan zakładał, że ten etap musi chwilę potrwać.

Na następnym etapie oznajmił, że jej mąż płaci mu za mało i że musi zrezygnować z ich spotkań, żeby wziąć dodatkową pracę. Gosia była w szoku, w którym zaproponowała mu pieniądze. Do tego też przygotowywał ją od jakiegoś czasu, opowiadając o tym, że szef oszczędza bardzo na pracownikach, a przy tym był zdziwiony, że nie widać tego po mieszkaniu — mały telewizor czy meble z Ikei. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu czuła się dobrze w swoim życiu i nie chciała tego wypuścić z rąk. Przez kolejne trzy miesiące ciągnął pieniądze od swojego, co było nawet niezłym układem, ale takie rzeczy zawsze w końcu wychodzą na jaw. Wolał mieć ten moment pod kontrolą.

Tak dotarł do ostatniego etapu, czyli ujawnienia całej intrygii niczego nie podejrzewającej ofierze.

Zemsta

Romeo usiadł wieczorem do komputera i skasował z niego wszystkie informacje, z napoczętymi projektami włącznie. W ten sposób znalazł się w punkcie bez odwrotu. Tak na wszelki wypadek. Poszedł spać.

Rano z niczym się nie spieszył. Kontemplował każdą czynność, delektował się nią. Ubrał się schludnie i prosto, trochę bardziej elegancko niż na co dzień. W ten sposób chciał wyglądać lepiej przy codziennym — kasualowym — wyglądzie swojego szefa. Po zaparkowaniu samochodu pod firmą niespiesznym krokiem przemierzał korytarz do drzwi firmy. Z dużą świadomością chwili nacisnął klamkę.

Wszedł do środka. Szef rozmawiał przez telefon, postanowił więc poczekać. Nagle usłyszał jednak coś, co podcięło mu skrzydła i pewność siebie. — Jesteś w ciąży?! — zawołał szef. Wyraźnie nie był uradowany. Romeo chciał zrobić krok w tył, żeby przemyśleć taktykę, ale szef zobaczył go odświętnie ubranego i powiedział Gośce, że nie może teraz rozmawiać. Romeo miał kilka sekund na podjęcie decyzji.

Podszedł spokojnym krokiem, usiadł naprzeciwko swojego szefa, położył na biurku zamkniętego laptopa wraz zasilaczem, po czym oznajmił: — Odchodzę. — Następnie wstał i wyszedł. Wsiadł do samochodu i odjechał.

Opowieść Romea tego samego dnia wieczorem przy piwie w małej knajpce w dzielnicy żydowskiej

— Zupełnie mnie to zaskoczyło. Już miałem przed oczami jego minę wyrażającą bezbrzeżne zaskoczenie. Że robi się czerwony na twarzy i zaczyna drzeć jak w ataku szewskiej pasji albo wręcz przeciwnie: powstrzymuje się, wiedząc, że dookoła siedzą pracownicy, którzy będą potem śmiać się za jego plecami z tego, co mu zrobiłem. Chciałem opowiedzieć o tym, jak pod jego nieobecność bezcześciłem jego małżeńskie łoże, a potem kazałem jego żonie za to płacić jego własnymi pieniędzymi, które oszczędzał na nas. Myślę, że po tym musiałby dać chłopakom podwyżkę, ponieważ morale by siadły. Ale tak naprawdę mnie to nie obchodziło. Chciałem go upokorzyć i to podwójnie: wizerunkowo oraz finansowo, jak w tym cytacie. Ale nagle pojawiło się dziecko. Najprawdopodobniej moje. Pomyślałem, że jak się ujawnię, to chuj zrobi test na ojcostwo, a po drodze Gośce zgotuje piekło podejrzeń. Nie, żebym bardzo przejmował się tym, co ona czuła, ale to mi do niczego nie było potrzebne. I najważniejsze: mógłbym zostać zmuszony do płacenia jakichś alimentów i utrzymywania bachora. Bardzo chciałem tego uniknąć. W ostatniej chwili postanowiłem się więc wycofać z końcowej fazy planu. Zamiast tego zwolniłem się i ulatniam. Będę musiał się przeprowadzić i zmienić numer telefonu. Nie sądzę, żeby szefu mnie szukał. Pewnie ucieszy się, że ma z głowy jednego z amatorów. A ja go odwiedzę za 20 lat i wbiję mu szpilę w samo serce. Co się odwlecze, to nie uciecze.

Powrót syna

Listopad 6, 2010 (sobota)

Piotr Kamieniecki wszedł do sali konferencyjnej. Systematyczna Sandra już tam siedziała. Jej twarz wyrażała obojętność, jak zawsze zresztą. Piotr zasiadł na jednym z 2 przygotowanych krzeseł. Jan Izydor stał pośrodku w zwykłych spodniach i podkoszulku. Na stopach miał crocsy. Co najważniejsze, był umyty. Dwa dni zajęło mu przepytanie ludzi na mieście i ogarnięcie informacji zgromadzonych przez Sandrę. Następnie zapieczętował swoją Norę Przemienienia i wezwał Piotra (Sandrę też, ale ona była na miejscu, więc dotarcie do sali konferencyjnej nie wymagało od niej wiele zachodu). Jan lubił czasem przedstawić im swój tok myślenia, co — jak twierdził — pozwalało mu go niejednokrotnie uporządkować.

— Dzięki wiadomościom emailowym, nielicznym, co prawda, ale jednak, udało mi się dotrzeć do pewnego Cygana, który był świadkiem spotkania Hieronima Korszyńskiego z Cyganką, która para się wróżbiarstwem, zielarstwem i pokrewnymi tematami. Niestety, na wskutek działalności jednego z naszych dzielnych policjantów, Cyganie zmuszeni byli uciec za Wschodnią granicę i obecnie przebywają na Białorusi. Nie mam z nimi kontaktu, więc pozostaje mi relacja tego trochę niedorozwiniętego Cygana, na którego notabene brat bierze zasiłek, w związku z czym zostali w Polsce. Ku naszemu szczęściu. Dostaliśmy namiar na człowieka, którego ani mnie, ani Sandrze nie udało się odnaleźć. Na razie odkładamy ten trop. Z lektur Hieronima wywnioskowałem, że przygotowywał się do jakiegoś survivalu, co, jak wiemy, zupełnie do niego nie pasuje. On nigdy nie był na obozie, nawet na zielonej szkole czy dwudniowej wycieczce szkolnej. Co również zastanawiające, nie przygotował sobie żadnego sprzętu ku temu. Samą wiedzą przeżyć nie idzie. I najważniejsze: zostawił papcie koło łóżka. Równo ułożone.

— Papcie? — zdziwił się Piotr. — To ma być dowód na coś?

— Sam w sobie nie, ale gdyby uciekał z domu, gdyby w ogóle chciał z niego wyjść, to zostawiłby je w przedpokoju, a nie ułożone obok łóżka, jakby kładł się spać.

— Sądzisz, że został porwany w czasie snu? — spytał trochę zdezorientowany Piotr.

— Nie — odpowiedział Jan. — Zanim odpowiem na to pytanie, będę chciał zobaczyć jego pokój osobiście. Korszyńscy udają się dzisiaj na koncert do filharmonii, a my skorzystamy z tej okoliczności.

— Czekaj, co ty kombinujesz? To nie mieszkanie Waneckiego, gdzie wysłała nas jego matka — zaprotestował Piotr, ale mina Jana była na tyle wymowna, że opadł na krzesło.

* * *

Jan Izydor wśliznął się do domu Korszyńskich. Przeszedł przez wielki przedpokój połączony z klatką schodową i salon, skąd dotarł do pokoju Hieronima. Zapalił światło i zaczął obserwować. Właściwie nic nie przestawiono. Po prostu chciał to zobaczyć na własne oczy. Jak tylko wszedł, wiedział, że ma rację. Nawet jeśli nie miała ona sensu. Najmniejszego. Obszedł pokój, dotykając mebli, niczym Salad Fingers. Nagle usłyszał naciskaną klamkę.

Obrócił się i ujrzał pana Korszyńskiego, który wchodzi do pokoju. Jan nie czekał na nic, tylko wcisnął przycisk nadajnika. Sygnał odebrał Piotr Kamieniecki, który siedział w samochodzie przed domem. W momencie zebrał się i wysiadł, a następnie pobiegł do domu. W pokoju Hieronima zastał swojego pracodawcę, na którego krzyczał Korszyński, obok stała jego przerażona małżonka. Obecność nieznajomego w ich domu to była jedna sprawa, ale to, jak on wyglądał, tylko to potęgowało. Jan miał na sobie szary garnitur, ale twarz owinął sobie bandażami, nad którymi sterczała czupryna jego jasnych włosów. Korszyński bardzo się zdziwił, widząc Piotra.

— Co pan tu robi? — spytał, nie spuszczając jednak Jana z oczu.

— Państwo pozwolą, mój szef, Jan Izydor — powiedział bez zbędnych wstępów Piotr, pokazując na nieproszonego gościa.

— Dlaczego włamał się pan do naszego domu? — spytał zaskoczony Korszyński. — Nie rozumiem pana metod.

— To nie jest do niczego potrzebne — odparł nonszalancko Jan, choć Piotr wyczuł jakieś napięcie w jego głosie. — Nie płaci mi pan za zdradzanie moich metod. Nie jestem tu również dla pana rozrywki. — Piotr chrząknął. Zdolności interpersonalne Jana były dość skromne, żeby nie powiedzieć ubogie. — Sprawa, z którą mamy tu do czynienia, jest całkowicie bez sensu — powiedział Jan.

— A to dlaczego? — spytał zniecierpliwionym tonem Korszyński.

— Ponieważ uważam, że Hieronim nie opuścił nigdy tego pokoju. To jedyny wniosek, jaki wyciągam z danych, które udało mi się zgromadzić.

— Sugeruje pan, że zabiłem syna?! — zawołał zdenerwowany, ale i jednocześnie skołowany Korszyński.

— Bynajmniej. Wtedy nie wynajmowałby pan mnie. Raczej chciałby pan to ukryć. Zniknięcie państwa syna nie ma w sobie nic nagłego. Wszystko było dokładnie przygotowane, tylko że on nie uciekł nigdzie na zewnątrz. — Obszedł pokój. — A jednak. Nie ma go tutaj.

Korszyński usiadł przy biurku swojego syna. Był wyraźnie zmęczony. — Nie jest pan nam bardzo pomocny — powiedział. — Liczyliśmy na znalezienie syna, a tymczasem… co to w ogóle ma być?

— Wynajął pan już wcześniej innego detektywa. Sprawę badała policja. W końcu przyszedł pan do mnie.

— Następny będzie chyba jasnowidz — burknął Korszyński. — Nie zamierzam panu zapłacić ani grosza!

— Przypominam, że umowa nie zakłada znalezienia syna, a jedynie ocenę materiału dowodowego — wtrącił Piotr. — Pan Jan Izydor jest konsultantem.

— Nie dam się zbyć tym prawniczym bełkotem!

Nagle stało się coś bardzo dziwnego. Pierwsza dostrzegła to pani Korszyńska, która nie brała udziału w słownej przepychance. W milczącym zdumieniu wskazała palcem na sufit, gdzie zaczęła tworzyć się czarna plama, która powoli rosła. Przypominała bardziej zdjęcia odległych galaktyk i zjawisk astrologicznych niż zwykły naciek na suficie. W pomieszczeniu zaczął wytwarzać się ruch powietrza. W pewnym momencie nastąpił błysk, po którym plama zniknęła, za to na podłodze pod nią leżało dwóch mężczyzn, którzy wylądowali na niej z hukiem.

Pierwszy ubrany był w czarną kurtkę i dżinsy oraz trampki. Miał długie włosy i coś groźnego w spojrzeniu, chociaż nie robił żadnej miny. Jan widział takie spojrzenie u ludzi, którzy widzieli dużo niesamowitych rzeczy. Rozglądał się po pomieszczeniu trochę zdziwiony, jakby miał się znaleźć gdzie indziej, ale dziwnym zrządzeniem losu nie znalazł. Drugi mężczyzna wyglądał, jakby przez ostatnie kilka lat żył na jakimś odludziu. Miał długie, skołtunione włosy, zarośniętą twarz, a jego ubranie nosiło ślady wielu przejść. Wyglądało, że jest w formie. Po tym, jak szybko rozejrzał się po pomieszczeniu, wstał i podszedł do łóżka, na którym usiadł.

Wszyscy patrzyli na to w osłupieniu. Pierwszy Jan odzyskał przytomność umysłu.

— Państwa syn — powiedział.

Korszyński chciał zacząć krzyczeć, ale przyjrzał się osobnikowi. Podszedł do łóżka i objął go. — Synu! — zawołał. Korszyńska dołączyła.

— Nic tu po nas — stwierdził Jan i ruszył do wyjścia. Wtedy zauważył, że drugi mężczyzna, który wpadł tu przez sufit, też zbiera się do wyjścia. Chciał podejść do niego i wypytać go o kilka rzeczy, ale ogarnęła go nieśmiałość. Mężczyzna wyszedł z pokoju. Jan wypuścił powietrze z płuc. Przepadło.

Kiedy wsiedli do samochodu, Robert spytał:

— Co tam się stało?

— Nie wiem. To, co tam miało miejsce, wymyka się racjonalnemu rozumowaniu. Ale do tego doszedłem już wcześniej. Wiedziałem, że Korszyńscy wychodzą dziś, ale zostanie służąca, która ich ściągnie z powrotem.

— Nie mogłeś po prostu się z nimi umówić?!

— To nie pasuje to mojego wizerunku. Oni to powtórzą innym ludziom i będę dziwakiem.

Piotr westchnął. — Wiedziałeś, że spadną z sufitu? I skąd? — spytał.

— Poszedłem do jasnowidza.

— Jasnowidza?! — zawołał Piotr. — Nigdy w to nie wierzyłeś.

— Nadal nie wierzę, ale logika tutaj zawodziła. Absurdalne sytuacje wymagają absurdalnych rozwiązań. Jasnowidzka powiedziała mi, że chłopak wróci dzisiaj, więc zaaranżowałem spotkanie tak, żeby się zgrało. Słuchaj no, nic nie ryzykowaliśmy. Sprawa była nie do rozwiązania. A tak możesz Korszyńskim wystawić fakturę, a ja nie mam na koncie nierozwiązanej sprawy, choć przyznam, że to raczej PR-owa sztuczka.

Piotr machnął ręką.

— Jakkolwiek — powiedział. — A słuchaj, mam jeszcze jedno pytanie, nie związane ze sprawą.

— Zespół Möbiusa — odpowiedział Jan, a widząc zdziwienie na twarzy swojego prawnika, dodał: — Chciałeś wiedzieć, dlaczego Sandra się nie uśmiecha. Ma zespół Möbiusa, jej twarz nie ma żadnej mimiki. Plus parę innych objawów.

— Mój boże — odparł Piotr. — Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

— Nie pytałeś — odpowiedział Jan. — To córka znajomych. Z racji na jej chorobę nie mogła znaleźć pracy. Skończyła bibliotekoznawstwo i informację naukową, co czyniło ją idealną kandydatką do prowadzenia archiwum. Z racji na brak życia towarzyskiego bardziej się przykłada niż ktoś inny. Oczywiście płacę jej odpowiednio do starań i efektów.

— Coś jeszcze powinienem o niej wiedzieć? — spytał Piotr.

— Powinieneś? Nie. Ale myślę, że może mieć syndrom Aspergera, choć to akurat może być efekt uboczny obcowania z samymi komputerami.

— Nie sądzisz, że ona cierpi?

— Nie wiem. Nie mogę jej w tej kwestii pomóc. Mogę jej tylko dać dobrze płatną pracę. Jak jej źle, to niech idzie do terapeuty. Stać ją.

Piotr odpalił silnik.

Kraina milczenia

Październik 17, 2010 (niedziela)

Było pewne wydarzenie, o którym Maciek Muchoborski mnie nie poinformował. Wydarzenie, które miało miejsce po naszej wizycie w obozowisku Cyganów. W pierwszej chwili wstrząsnęło nim do głębi. Nie mógł się pozbierać przez 2 dni, potem zrobił nalot na cygańskie obozowisko, następnie przyszedł do mnie. Wydarzenie to zmusiło go do dalszych poszukiwań, pomimo zniechęcania przeze mnie do tematu. Może źle się do tego zabrałem.

Zaczęło się niewinnie. Na komisariat przyprowadzono chłopaczka, który zaatakował tramwaj po tym, jak ten mu zaczął odjeżdżać. Akurat przechodził tamtędy pieszy patrol policyjny, który chciał go wylegitymować i spisać. Młody człowiek był już jednak w amoku — wyzywał tramwaj, który właśnie odjechał z przystanku, od skurwysynów i nie słuchał, a kiedy policjanci „podjęli bardziej bezpośrednie kroki”, zaatakował ich. Jednego wywrócił, drugi nie czekał na dalszy przebieg wydarzeń, tylko wyjął tonfę i obezwładnił młodego gniewnego. Skuli go, przyjechał radiowóz i 19-latek wylądował na komisariacie. Tam było urwanie głowy i — nie wiem, czy zgodnie z przepisami — przesłuchał go Maciek, który akurat miał przerwę na kawę. Stwierdził, że może ją równie dobrze wypić w pokoju przesłuchań.

Wszedł i zaczął wypytywać chłopaczka o całe zajście. Standardowe pytania. Młody opowiadał, że motorniczy widział, jak biegnie, a pomimo tego ruszył. Następnie przeszedł do opisu przebiegu wydarzeń z policją i uniósł się. Wtedy stało się coś dziwnego. Jego twarz na chwilę zmieniła się, nabrała ostrych rysów i lekko zielonego koloru. Chłopak wyglądał jak jakiś czort ze staropolskiego podania. Maciek spytał go, co to było, co się właśnie stało. Młody był zaskoczony, bo pierwszy raz mu się to zdarzało. Jego mały defekt był do tej pory niezauważany przez zwykłych ludzi. Ale wszyscy „niezwykli” ludzie się znają, wiedzą o sobie, spotykają się w małych grupach. Policjant, z którym rozmawiał, nie był mu znany z opowieści ani widzenia. Wcięło go i nie wiedział, co zrobić. Maciek przycisnął go i dowiedział się, że ojciec delikwenta jest goblinem. Jego natura na ogół nie ujawnia się u syna, chyba że się wściekał (tak miał), ale nawet wtedy trzeba było mieć poszerzoną zdolność patrzenia. A tę mieli prawie wyłącznie ci, którzy się znali.

Gdyby ojciec młodzieńca był jedynie goblinem, to pewnie sprawa potoczyłaby się inaczej. Ale jego ojciec trudnił się przeprowadzaniem ludzi do innych wymiarów. Nie każdy to potrafi, tak samo jak nie każdy potrafi przenieść kogoś. Mnie się to udało, kiedy byliśmy zobaczyć się z wyrocznią, ale po prawdzie — sporo ryzykowałem. Ojciec rzeczonego młodzieńca trudnił się tym zawodowo, potrafił bez szwanku dla czyjegokolwiek zdrowia (może poza psychicznym) przetransportować większą grupę osób do innego wymiaru. Jego usługa była dość kosztowna, ale bynajmniej nikt nie przepłacał.

Książka, którą znaleźliśmy, nie tylko nie zniechęciła Maćka, ale z jakiegoś powodu dodatkowo nakręciła. Miał spisane dane ojca naszego półgoblina, Jorna, a sprawa jego syna była zawieszona w proceduralnej próżni. Maciek zorganizował to w ten sposób, żeby mieć argument na przyszłość. Przyszłość nadeszła wraz z małą książeczką napisaną przez niejakiego Charona. Maciek groził Jornowi, że nigdy więcej nie zobaczy swojego syna i że policja ma specjalny wydział do zajmowania się sprawami nadprzyrodzonymi, wyciągnął broń, krzyczał — jednym słowem odstawił niezłą szopkę. Jorn, jak wszyscy działający w jakiejkolwiek szarej strefie, przestraszył się. Wiedział, że nie ma gdzie złożyć zażalenia. Kiedy Maciek powiedział, że interesuje go Hikikomoria, Jorn o mało nie padł na miejscu. Transportował tam już jedną osobę, ale bardzo rzadko tak często ludzie chcieli się tam wybierać. Z drugiej strony, Jorn potraktował to jako szansę pozbycia się problemu. Z Hikikomorii nikt nie wracał, więc Jorn tym chętniej się zgodził, choć „oficjalnie” kręcił nosem, że to czy tamto. Poinformował go ogólnie o sztywnych zasadach panujących w tamtym świecie i pomógł Maćkowi Muchoborskiemu dokonać przejścia.

— Dlaczego do mnie z tym przyszedłeś? — spytałem go, kiedy mi opowiedział o wszystkim.

— Ponieważ ten podlec kazał mi przysiąc, że nikomu nie powiem, a w szczególności tobie — wyjaśnił Jorn. — Wtedy skojarzyłem, co mi znajomy Cygan opowiadał, że musieli przez tego drania zwijać obóz i że postawiło cię to w niekorzystnej sytuacji. Pomyślałem więc, że wszyscy na tym zyskamy. Chciałem tylko ci powiedzieć, żebyś go nie szukał niepotrzebnie.

— Po co on tam poszedł? — bardziej pomyślałem na głos niż spytałem.

— Normalnie zagaduję do ludzi, ale tego bubka chciałem się po prostu pozbyć. Nie wiem — odpowiedział Jorn. — Ale… — zaczął i zacząłem mu się przyglądać — ale było w nim coś dziwnego. Jakby o niczym innym nie marzył, tylko uciec tam do tej porąbanej krainy.

Pomyślałem, że muszę go stamtąd wyciągnąć. Było to sprzeczne z wyznawanymi zasadami, jak i raczej sprowadzało same problemy na mnie, na Jorna, jego syna i Cyganów, ale Hikikomoria nie była w mojej opinii miejscem, w którym ktokolwiek powinien kończyć. Jest to tak okrutna kraina, że brak właściwie szans na przeżycie.

Czas na kilka faktów, które wydobyłem z książeczki autorstwa Charona. (Musiałem się przygotować do wyprawy.) Zgodnie z piórem tego podróżnika do różnych światów, cała kraina pokryta jest piaskiem, jedna wielka niekończąca się piaskownica, po horyzont i jeszcze dalej. Brak jest terenów górzystych, co pozwoliłoby naszkicować jakąkolwiek mapę; tak się nie da — nie ma punktów odniesienia. Od czasu do czasu napotyka się różne obiekty niewiadomego pochodzenia, np. drewniana chata, a od czasu do czasu również na pojedyncze osoby/istoty, ale wśród nich panuje spora nieufność. W całej krainie nie wolno wymawiać ani słowa. Kto je wypowie, zostanie surowo ukarany. Jak — do tego dojdę.

Korciło mnie, żeby spytać Jorna o jakieś szczegóły lądowania, ale musiałem to przeprowadzić w tajemnicy, a Jorn już pokazał jaki ma do tajemnic stosunek. Wylądowałem w piasku. Był trochę grząski, ale nogi nie zapadały się bardzo. Tylko po kostki. Chodzenie po takim podłożu dość szybko zrobiło się męczące, ale nie było wyjścia. Piasek w trampkach, parę razy się wywróciłem, więc piasek i w ubraniu oraz we włosach, bo przecież nie mogłem się po prostu wywrócić — poleciałem na pysk, zaryłem jak pieprzony czerw pustyni. Poza tym jednak nuda. Nic się nie dzieje. Nikogo nie spotkałem. W przeciwieństwie do większości bywalców tego wymiaru mogłem jednak się ewakuować w jednej chwili. Tyle że zależało mi na wyciągnięciu stąd Maćka.

Nie wiem ile szedłem. Zaczęło chcieć mi się pić. Wziąłem ze sobą dwulitrową butelkę z wodą mineralną (niegazowaną), ale do tej pory ją oszczędzałem. Usiadłem na piasku i napiłem się trochę. Potem ruszyłem dalej. Niebo nade mną było niebieskie i bez jednej chmurki, słońce wisiało gdzieś nade mną, ale nie dawało mocnego światła, jakby między czystym niebem a źródłem światła była dodatkowa warstwa. Nie było też jakoś gorąco. I nie wiał wiatr. Jedno wielkie nic. Koszmar.

Nagle poczułem, że wszedłem na coś twardego, ledwie przysypanego piaskiem. Odsypałem trochę i odkryłem, że to… szyba. W tym momencie materiał nie wytrzymał i z hukiem runąłem w dół. Nie było na szczęście wysoko i miałem na sobie bluzę z kapturem, więc zdążyłem zasłonić się zanim coś mnie pocięło poważniej. Jeden odłamek wszakże przeciął mi policzek. Nie było jednak czasu o tym myśleć, ponieważ trafiłem do ciekawego miejsca. Wszędzie leżały manekiny ludzi, a pośrodku ich stał osobnik w metalowym hełmie, który przypominał czapkę członka Ku-Klux-Klanu. W ręce dzierżył wielki katowski miecz. Przewiązany był w pasie skórzanym jasnym fartuchem. Umięśniony tors był nieokryty. Stał niczym posąg. Wielki Egzekutor. (To i inne określenia są autorstwa Charona.) On zajmował się tymi, którzy mieli czelność lub odwagę naruszenia obowiązujej w tej krainie ciszy. Teraz stał bez ruchu. Nikt nie przemówił. Jeżli wierzyć Charonowi, miejsce, w którym byłem, to Świątynia Przemienienia. Ludzie byli tu zaciągani i w nieopisanym procesie zamieniani w manekiny. Większość stała, choć niektóre leżały. Jeden roztrzaskałem spadając z góry. Wstałem i ostrożnie podszedłem do Wielkiego Egzekutora. Stał nieruchomo, ale przez to był nieznośny jak straszne sceny z Davida Lyncha — niby nic się w nich nie dzieje, ale człowiek nakręca się, że w takim razie stanie się coś jeszcze gorszego, a ponieważ i to się nie dzieje, to zaczyna nastawiać się na jeszcze gorsze, co również nie dochodzi do skutku. I tak aż do takiego wzrostu napięcia, że człowiek dostaje głupawki. Dotknąłem Egzekutora. Był twardy jak skała i zimny. Zacząłem oglądać pojedyncze manekiny, aż nagle zamarłem, bowiem dało się słyszeć czyjś głos. Ciche kwilenie, jakby stłumione. Rozejrzałem się nerwowo. Wszędzie były tylko manekiny. Zacząłem przemieszczać się po pomieszczeniu — oczywiście na palcach — żeby zlokalizować źródło. W końcu odkryłem, że jeden z manekinów wydaje dźwięki. Był w kształcie młodej kobiety. Być może zakaz nie dotyczył wydawania żadnych dźwięków, a tylko mówienia, gdyż Wielki Egzekutor nie drgnął. Klęknąłem przed manekinem i zacząłem się przyglądać. Wpadało tu dość sporo światła, ale ona leżała w cieniu innych.

Manekin miał ludzkie oczy, co było najbardziej przerażające, ponieważ reszta była sztuczna, choć w paru miejscach elastyczna. Podniosła się na rękach i pokazała mi swoje dłonie — palce były już zrośnięte. Straciła nad sobą panowanie i znowu zaczęła drzeć się przez swoje zrośnięte usta. Uderzała przy tym twardymi dłońmi o betonową podłogę. Wstałem i spojrzałem na nią z większej perspektywy. Ujrzałem, że jej nogi są całkiem sztywne i nie zginają się w kolanach. Nie mogła wstać. Zacząłem się wycofywać, podczas gdy ona wciąż wydawała rozpaczliwe odgłosy. Spojrzałem po innych manekinach — każdy zastygły był w jakiejś nienaturalnej pozie, wymuszonej sztywnieniem kolejnych członków. Było mi ciężko, ale musiałem ją zostawić. Nie mogłem jej pomóc, nawet gdybym ją zabrał do innego świata. Może do jakiegoś czarodzieja, ale nie miałem takich kontaktów. Właśnie doświadczałem tej krainy, co było przyciężkawym doświadczeniem. Popatrzyłem w górę i zacząłem zastanawiać się, jak się stąd, do cholery, wydostać. Nie było nigdzie żadnej liny. Miałem się zacząć za czymś rozglądać, ale wycie kobiety-manekinu się nasiliło, co mnie zaczęło denerwować. W dużym stopniu dlatego, że czułem się winny.

Postanowiłem spróbować teleportacji. Na ogół stosowałem ją rzadko, ponieważ jest dość męcząca, ale przypomniałem sobie z książki Charona informację, że w Hikikomorii panuje tak zwana martwa strefa. To niezbyt wymyślne określenie kryło w sobie ciekawe i niezbadane dokładniej zjawisko, w którym ustają pewne zjawiska. Ludzie się nie starzeją, nie umierają i nie istnieje komunikacja radiowa. Nie wszelkie fale zanikają, bo światło i dźwięk jest, a to też fale. Ale komórki czy radio odpada. Choć w Hikikomorii również z racji na brak potrzebnej infrastruktury. To, co mnie interesowało, to brak męczenia się. Po wrażeniu pierwszego zmęczenia, które nie przechodzi, ale do którego człowiek się przyzwyczaja, odkrywa się, że właściwie sprawność jest ta sama. Problem tkwi w psychice i przyzwyczajeniach spoza martwej strefy. Podskoczyłem i przeniosłem się poza dziurę.

Wpadłem w piach. Wtedy wymyśliłem sposób na szybkie zlustrowanie okolicy. Teleportowałem się jeszcze raz, tylko wysoko w powietrze. Piach był na tyle miękki, że powinien mnie zamortyzować. Chciałem ujrzeć panoramę. Wypadłem chyba z kilometr nad ziemią, ale opłaciło się, bo w oddali ujrzałem małą drewnianą chatkę. Nie czekając na być może bolesny upadek (martwa strefa nie niwelowała bólu, nawet jeśli wiedziałem, że przeżyję upadek), teleportowałem się w okolicach chatki i trochę niżej.

Chatka przypominała te amerykańskie, zabudowa pod pustynny teren. Jedno okno było zabite dechami, ale w pozostałych były szyby. Wszedłem na ganek, który zazgrzypiał, jak tylko postawiłem nogę. Wtedy zauważyłem, że jakiś harmider w środku ucichł. Przypominało to harcowanie psa. Odruchowo zacząłem cofać się od drzwi. Zszedłem z ganku i wtedy drzwi otworzyły się z hukiem. W progu ujrzałem dziwnego człowieczka. Gdyby wstał, nie sięgałby mi wyżej jak do pasa, ale on był na czworakach. Ubrany był w jakieś łachmany bliżej nieokreślonego koloru (ale coś z palety bordo-brąz). Zachowywał się jak zwierzę, przyglądając mi się przekrzywiał głowę jak pies. Zacząłem mu się przyglądać. Miał szczerbate zęby, pomiędzy szczeliny których zmieściłoby się po całym zębie. Ale najdziwniejsze były oczy. Przypominały wystające z drzewa sęki. Mały przestał się przyglądać i rzucił się do biegu. Miał krótkie kończyny — to znaczy: ręce i nogi, więc więcej się namachał niż przebiegł, ale i tak wolałem nie ryzykować. Kiedy był tuż przede mną po raz kolejny się teleportowałem. Tym razem na dach domku. Łatwość teleportacji zaczynała mi się podobać. Zaczynałem czaić, co może się podobać w tej krainie. Warunki były przerąbane, ale człowiek miał znacznie większe możliwości.

Kurdupel rozglądał się chwilę dookoła, ale w końcu skapitulował i popędził daleko od chatki, aż się za nim kurzyło. Kiedy był daleko, zeskoczyłem z dachu i wszedłem do chatki. W środku były 2 pomieszczenia. W tym, do którego się wchodziło, stała stara kuchenka węglowa, z odpadającą emalią i ogólnie zaniedbana, choć sprawiała wrażenie, jakby zaniedbano ją dawno temu, obecnie jednak proces niszczenia nie postępował. Na blacie stał kubek i otwarta puszka kawy zbożowej. Skąd się tu wzięła kawa? Skąd woda do jej zalania? Nie znalazłszy odpowiedzi na te pytania, przeszedłem do drugiego pomieszczenia, w którym stała wielka szafa i nic poza nią. Podszedłem do okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz, czy dziwne stworzenie nie wraca, kiedy usłyszałem zgrzypnięcie zawiasów. Szafa! Odwróciłem się szybko. Z mebla wyszedł człowiek. Był nieogolony i miał długie skołtunione włosy, które opadały mu grubymi strąkami na ramiona. Trochę przypominały dredy. Na sobie miał cienki płaszcz, pod spodem miał żółty cardigan i jakieś popielate spodnie. Na stopach miał białe tenisówki. Patrzył na mnie nieufnym spojrzeniem, ale nie podejmował żadnych działań. Delikatnie sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem zdjęcie Maćka, które ściągnąłem ze strony Policji i wydrukowałem na laserowej drukarce, żeby uzyskać jak najlepszą jakość. Pokazałem zdjęcie mężczyźnie. Podszedł i przyglądał się chwilę Maćkowi, a potem spojrzał na mnie zaciekawiony. Dał znak, żeby iść za nim.

Nie miałem kompasu i nie wiem, czy by zresztą działał, więc powiem, że poszliśmy w kierunku za chatką. Mój przewodnik miał twarz ogorzałą od wiatru i ogólnie sprawiał wrażenie kogoś, kto przez dłuższy czas żyje w ciężkich warunkach, ale się do nich dostosował. Szedł wartkim krokiem. Złapałem go za ramię, żeby coś pokazać, ale odwinął mi momentalnie. Zasłoniłem się, upadłszy, ale poprzestał na tym. Pozbierałem się z piaski i teleportowałem kawałek dalej, po czym wróciłem do niego. To było niesamowite dla mnie, że nie kosztowało mnie to wielkiego wysiłku. Po powrocie do strąkowłosego pokazałem dookoła pytająco. Wskazał dalej w tym samym kierunku. Złapałem go szybko i teleportowałem nas spory kawałek. Na miejscu odskoczył, ale chyba zrozumiał, co zrobiłem, bo pokazał raz jeszcze. W ten sposób, metodą skoków o takiej długości przebyliśmy dość spory odcinek, aż dotarliśmy do drewnianej platformy na palach, na szczycie której siedział Maciej. Złożyłem ręce po japońsku i skłoniłem się mężczyźnie, a następnie teleportowałem na górę. Pomyślałem, że będzie mi tego brakować. A potem przyszło mi do głowy, że mógłbym zostać. Ale nie miałem czasu myśleć nad tym więcej, ponieważ Maciek wstał i patrzył na mnie wrogo.

Ruszyłem w jego kierunku, ale wtedy wyciągnął pistolet zza paska i wycelował mi w głowę. W pierwszej chwili ogarnęło mnie rozbawienie, ponieważ nie potrafiłem ocenić, czy strzał w głowę też nie pozbawiał życia w martwej strefie, ale zaraz potem zastanowiła mnie ta broń. Po co mu ona była? Czytał książkę Charona i wiedział, że mu się raczej nie przyda. Zagrożenia tutaj nie dawały się usuwać bronią. Zresztą z jednym magazynkiem wkrótce miałby wymyślny młotek. A jednak wziął ją. Ciarki przeszły mnie po plecach. Dla mnie? Przewidział, że mogę się pojawić.

Przyjrzałem mu się jeszcze raz. Był ubrany na czarno, płaszcz leżał obok, przygnieciony kamieniem. Sam Maciej nosił oznaki lekkiego zmęczenia, miał rozwiane włosy, ale poza tym wyglądał dobrze. Mój wzrok znowu spoczął na lufie wycelowanego we mnie pistoletu. Westchnąłem ciężko. Hikikomoria była okrutną krainą, ale też wiedziałem już, że szanse przeżycia są spore. Zrobiłem krok do tyłu. Maciek opuścił broń. Z jednej strony moja wyprawa tutaj była pozbawiona sensu, jeśli chodzi o ściągnięcie Maćka, ale z drugiej — w końcu to pojąłem. To było jego życie i jego decyzja. Zrobiłem drugi krok do tyłu. Skłoniłem się i zeskoczyłem z platformy.

Strąkowłosy podszedł do mnie i wyjął z kieszeni małą kulę ziemską, a następnie spojrzał na mnie pytająco. Zrozumiałem, że chce wrócić ze mną. Skinąłem głową potwierdzająco. Złapałem go za rękę i teleportowałem nas.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.